Angela Merkel stroni od dogmatów i przyjmuje postulaty konkurencji politycznej za własne. Unika skandali i trudnych decyzji. W mieszczańskiej Republice polityka ciepłej wody w kranie jest w cenie.
Reklama
Na niedawnym pogrzebie Helmuta Kohla, patrona politycznego współczesnej chadecji, Angela Merkel miała nie przemawiać. Wdowa po wieloletnim kanclerzu nie życzyła sobie tego. Ostatecznie rządząca od 2005 r. polityk zabrała głos. Próba zmarginalizowania jej przy okazji tak dużego wydarzenia pokazuje stosunek do szefowej rządu ze strony liderów CDU starszego pokolenia. Dla nich Merkel jest kanclerzem z – nazwijmy to umownie – awansu społecznego. Aspirującym. Walczącym o uznanie politykiem, który bez mrugnięcia okiem dokonał politycznego zabójstwa swoich patronów.
– Ona nie potrafiła porządnie jeść nożem i widelcem. Przy oficjalnych kolacjach często kręciła się bez sensu i musiałem ją przywoływać do porządku – tak wspominał ją Helmut Kohl w rozmowie, którą przeprowadził dziennikarz Heribert Schwan. Trudno się tak ostrej opinii dziwić. Z jednej strony Kohl słusznie uważał, że to on ustanowił wychowaną w Niemczech Wschodnich Angelę ministrem ds. kobiet i młodzieży. Karierę zaczęła właśnie w jego rządzie w 1991 r. Z drugiej strony to ona zadała mu cios w plecy, gdy pod koniec lat 90. wybuchł skandal z niejasnym finansowaniem CDU. Wówczas potępiła oficjalnie Kohla i została przywódczynią chadeków. Ale wtedy jeszcze niewiele zapowiadało wielką miłość, jaką wyborcy nad Renem na wiele lat obdarzyli przyszłą kanclerz.
Po wyborach w 2005 r. to właśnie ona przejęła stery od kanclerza Gerharda Schrödera. Pierwsze lata rządów z dzisiejszej perspektywy wydają się sielanką. Sielanką bez konkluzji. Na początku konsumowano efekty dobrej kondycji niemieckiej gospodarki i nie przeprowadzano radykalnych zmian czy reform. Końcówka pierwszej kadencji kanclerz to czas, gdy na światowych rynkach wybuchł kryzys finansowy. Pojawiło się realne zagrożenie upadłości banków i potężnego ciosu dla całej gospodarki. Co zrobiła Merkel? Zachowała się w swoim stylu, czyli zrobiła niewiele. Po prostu była. Uspokajała, że na pewno oszczędności zwykłych Niemców są bezpieczne. Masowała naród. Przestrzegała przed paniką. Odgrywała rolę swoistego psychoterapeuty.
Trwający sukces
Jak wyliczyli niemieccy dziennikarze, niedługo po wybuchu kryzysu podczas krótkiej konferencji prasowej aż osiem razy użyła słowa „naturalnie”. Bo przecież najważniejszy jest spokój. Merkel nie zgodziła się wtedy np. na stworzenie jednego banku, do którego miały trafić wszystkie zainfekowane produkty rynku finansowego. Jej niechęć do podejmowania decyzji wyszła Niemcom na dobre – choć kryzys odczuli, to jednak przeszedł on stosunkowo łagodnie. Trudno tutaj nie widzieć analogii do zachowania ówczesnego premiera Polski Donalda Tuska, który odczuwał wyraźną niechęć do podejmowania radykalnych decyzji. W cenie był rzeczownik „kontynuacja”. Choć system bankowy nad Wisłą był w znacznie lepszej kondycji, to obie strategie – i Merkel, i Tuska – były podobne: nie róbmy wiele, poczekajmy na rozwój wypadków, uspokójmy ludzi. W przypadku niemieckiej polityk tak jest do dziś – w 2015 r. młodzi niemieccy internauci wybrali słowem roku czasownik „merkeln”, czyli niepodejmowanie decyzji, nicnierobienie i niekomentowanie.
Ale Merkel, podobnie jak Tusk, potrafi się wykazać dużym wyczuciem tego, czego pragną ludzie. Po katastrofie nuklearnej w japońskiej Fukushimie przyznała, że zmieniła zdanie i stała się przeciwniczką energii pozyskiwanej z atomu. Tusk w takich momentach dorzucał więcej emocji – przypomnijmy sobie jego słowa choćby o kastrowaniu pedofilów. Różnica jest taka, że polski premier zazwyczaj poprzestawał na słowach, a jego niemiecka, bardziej doświadczona politycznie odpowiedniczka jednak jakieś działania podejmowała. Powoli, ale jednak. Ten spokój i wyważenie na pewno zyskuje u wyborców uznanie.
Kanclerz Merkel sukcesywnie poszerza swoją bazę wyborczą. Nie przywiązuje się do dogmatów ideologicznych. Choć z wykształcenia jest fizykiem, w polityce w niezmienne prawa nie wierzy. Jeden z komentatorów serwisu Cicero.de nazwał ją „najbardziej zwycięską kanclerz socjaldemokratyczną” w historii. Stephan-Götz Richter w swoim wywodzie pokazuje, jak skutecznie „żelazna dama” zastawia na swoich konkurentów z lewej strony pułapki. Jej wolta w sprawie atomu z jednej strony była spełnieniem oczekiwań wyborców, z drugiej bardzo zręcznym poszerzeniem bazy wyborczej chadeków o zielony elektorat. To otwieranie się Merkel na nowych wyborców w pewien sposób ułatwił fakt, że przez ostatnie cztery lata CDU/CSU była główną siłą w koalicji z SPD. A już w umowie koalicyjnej zostało zapisane postulowane przez socjaldemokratów wprowadzenie płacy minimalnej. To założenie typowo lewicowe, a wprowadza je... konserwatywna Merkel. Jednak to nie jest tak, że pani kanclerz postanowiła przypodobać się tylko najbiedniejszym. Jednocześnie chadecy sprzeciwili się podnoszeniu podatków dla najbogatszych. Tak więc, zręcznie lawirując, polityk nie traciła poparcia tradycyjnych wyborców, ale potrafiła przyciągnąć nowe grupy społeczne.
Miedzynarodowa samodzielność
Mimo że w Niemczech stara się zyskać przychylność szerokiego grona wyborców, to już w polityce zagranicznej wypowiada się bardziej zdecydowanie. To ona potrafiła podtrzymać jedność Europy w sankcjach przeciwko Rosji Putina. Jednocześnie mocno krytykuje prezydenta USA Donalda Trumpa. To drugie jest zresztą w społeczeństwie niemieckim odbierane bardzo dobrze i znów trudno oprzeć się wrażeniu, że jej ostre wypowiedzi o Trumpie są zręcznym graniem pod publiczkę. Co nie zmienia faktu, że Merkel bardzo twardo broni interesów niemieckiego przemysłu. Choćby przeciwstawiając się wypowiedziom amerykańskiego prezydenta w kwestii handlu. Albo umiejętnie lobbując za budową gazociągu Nord Stream 2.
O tym, jak twarda potrafi być, przekonali się Grecy. To jej upór przy wymuszaniu polityki austerity (oszczędności budżetowych) wywołał ich wściekłość i zaowocował porównywaniem kanclerz do Hitlera. Na Merkel nie zrobiło to większego wrażenia. I w sumie trudno się dziwić – to nie Grecy głosują w niemieckich wyborach.
By zrozumieć, dlaczego obywatele chcą głosować na Merkel, warto się też przyjrzeć kwestii przyjmowania uchodźców przez naszego zachodniego sąsiada. Jeszcze kilka tygodni przed oficjalnym otwarciem granic pani kanclerz została skrytykowana przez media za zimne potraktowanie młodej azylantki z Palestyny, która narzekała na niepewność swojego losu. To wideo żyło w sieci własnym życiem.
Rządy jednostki
Warto pamiętać, że decyzję o przyjęciu imigrantów Angela Merkel podjęła jednoosobowo. Bez analiz i na wątpliwej podstawie prawnej, co tuż przed wyborami przyznał Bundestag. Było to w dużej mierze związane z tym, że przez kilka godzin nie była w stanie skontaktować się z najbliższymi współpracownikami, a potem przestraszyła się obrazków niemieckich pograniczników bijących się z uchodźcami. Opisał to niemiecki dziennikarz Robin Alexander w książce „Die Getriebenen. Merkel und die Flüchtlingspolitik. Report aus dem Innern der Macht”, którą omawialiśmy na łamach DGP. Nie zmienia to faktu, że znów intuicja polityczna kanclerz nie zawiodła – pierwsze reakcje Niemców na pociągi pełne imigrantów były entuzjastyczne. Na dworcach witano ich kwiatami. Jednak wkrótce okazało się, że nawet nieźle funkcjonujące państwo niemieckie z tak dużym napływem ludzi sobie nie poradzi. Zaczęły się też zmieniać nastroje w Niemczech, a molestowanie kobiet przez imigrantów podczas sylwestra 2016 r. w Kolonii przelało czarę goryczy. Retoryka Merkel nieco się zmieniła, a kanclerz wzięła się ostro do pracy. To ona kilka miesięcy później wynegocjowała z Turcją porozumienie, dzięki któremu do granic Europy zaczęło przybywać znacznie mniej migrantów. I co istotne, zrobiła to, znów pomijając innych członków UE, którzy potem wynegocjowane przez nią porozumienie po prostu przyjęli.
Cztery kadencje to w demokracjach liberalnych bardzo dużo. Dlaczego więc Niemcy znów zdecydowali się na wybór „Mutti”, jak ją czasami zdrobniale nazywają? Wywodząca się z chadecji Angela Merkel potrafi dotrzeć do wszystkich wyborców i każdej grupie coś dać. Z drugiej strony na zewnątrz spokojnie, ale stanowczo broni niemieckich interesów. Wreszcie nie wolno zapomnieć, że mimo dużych obciążeń finansowych związanych właśnie z przyjęciem migrantów niemiecki budżet notuje nadwyżkę, a bezrobocie jest na tak niskim poziomie, że Merkel oficjalnie zapowiada jego likwidację w najbliższych latach.
Niemcy po raz kolejny, ciesząc się ciepłą wodę w kranie i rozpędzoną gospodarką, będą mieli wrażenie, że wszystko jest na swoim miejscu. I w sumie trudno im się dziwić.