Za Odrą umowa koalicyjna to strategiczny dokument wyznaczający agendę na kolejne cztery lata. 185 – tyle stron liczy zawarta w 2013 r. umowa koalicyjna pomiędzy chadekami z CDU/CSU a socjaldemokratami z SPD (podobną grubość miała również ta z 2005 r.).
Reklama
Co istotne, jest ona wciąż dostępna na rządowej stronie internetowej www.bundesregierung.de. Dla porównania: w Polsce trudno znaleźć choćby programy wyborcze partii z poprzednich wyborów. Nie mówiąc już o tym, że umowa koalicyjna w naszej rzeczywistości jest bardzo ogólna, a część jej ustaleń jest na gębę.
Wspominany dokument z 2013 r. zawiera osiem dosyć szczegółowych rozdziałów poprzedzonych preambułą. Poszczególne części są poświęcone m.in.: gospodarce, kształceniu, sprawom społecznym (m.in. podrozdziały o kulturze, mediach i sporcie czy wyrównywaniu szans życiowych), „silnej Europie” czy „światowej odpowiedzialności Niemiec”. Jego uzgodnienie zajęło obu partiom prawie dwa miesiące (zazwyczaj trwa to nieco krócej), a później umowa koalicyjna została poddana pod głosowanie wszystkich członków SPD. Liderzy socjaldemokratów w koalicję wchodzili stosunkowo niechętnie i postanowili się podzielić odpowiedzialnością z szeregowymi członkami partii, których za Odrą było wówczas prawie pół miliona. Ci opowiedzieli się za umową koalicyjną zdecydowaną większością głosów.
– Takie porozumienie szczegółowo opisuje cele, jakie stawia sobie koalicja. Ustala, co ma być zrealizowane podczas nadchodzącej kadencji parlamentu. W czasie negocjacji zbierają się zespoły fachowców, które omawiają bardzo konkretne kwestie – wyjaśnia dr Piotr Kubiak z Instytutu Zachodniego, ośrodka analitycznego zajmującego się badaniem Niemiec. – Olbrzymią zaletą takiego podejścia jest przewidywalność. To jest jasny drogowskaz zmian na najbliższe cztery lata – tłumaczy ekspert.
Oprócz szczegółowych ustaleń (np. takich jak zmiana prawa, by móc tworzyć drogi rowerowe na drogach technicznych, wokół infrastruktury wodnej) w umowie koalicyjnej znajduje się też często podział tego, które ministerstwa przypadają poszczególnym koalicjantom. Nie chodzi tu o personalia, ale o to, która partia ma prawo desygnować kandydata na dane stanowisko. By lepiej zrozumieć różnice między Niemcami a Polską: w porozumieniu chadeków z socjaldemokratami z 2013 r. zapisano, jakie środki będą stosowane, by ludzie dłużej pracowali. W Polsce temat wieku emerytalnego w kampanii wyborczej 2011 praktycznie nie istniał. Tymczasem dokonano w tej kwestii radykalnych zmian wpływających na losy ludzi.
Taki styl uprawiania polityki wiąże się ze zgniłymi kompromisami, które są zawczasu udokumentowane na piśmie. Choćby w kwestii zmian podatkowych. Nie jest jednak tak, że w umowach koalicyjnych wcześniej jest zapisane wszystko. Tam, gdzie koalicjanci nie potrafią dojść do porozumienia (a czasem jest ich przecież nawet trzech), pewne kwestie zostają niedopowiedziane. O tym, jak ostatecznie zostaną rozstrzygnięte, decyduje siła poszczególnych partii, choć zdarzają się też sprawy, które z powodu braku porozumienia zostają przerzucone na kolejny rząd. Ale czytając dokładnie umowę koalicyjną, już na początku kadencji można prognozować, co faktycznie zostanie zrobione, a o czym wciąż będzie można rozmawiać w kolejnej kampanii wyborczej.