W najbliższym czasie nie będę podejmował żadnych ruchów, które by prowadziły do redukcji zatrudnienia. Ale już nie zwiększamy liczby etatów - mówi Dariusz Blocher, prezes zarządu, dyrektor generalny Budimeksu SA, dyrektor na Europę Ferrovial Agroman.
Reklama
ShutterStock
W jaki sposób uderza w was ten kryzys – jako firmę i jako branżę budowlaną?
W branży nie jest jeszcze tak źle. Wszystkie nasze budowy trwają. Na kilkunastu jest ograniczony dostęp do materiałów czy pracowników. Na razie nie mamy przerwanych łańcuchów dostaw. Pojawiają się problemy np. z elektroniką importowaną z Chin, ale na razie nie są istotne.

Reklama
Mamy w Polsce 370 budów, 7,5 tys. pracowników plus 40 tys. pracowników podwykonawczych. Czyli mówimy o ok. 50 tys. osób. Wprowadziliśmy nowe standardy, zabezpieczenia, dystans między pracownikami. Nie spotykamy się, nie robimy odpraw, nie można jeść w dużych grupach. Żaden z pracowników nie został zainfekowany. Mamy 11 osób na kwarantannie domowej. 15 proc., czyli około tysiąca, pracuje zdalnie. 17 proc. nie ma w pracy: 13 proc. jest na zwolnieniach lekarskich lub opiekuje się dziećmi, a 4 proc. jest na urlopach. Absencja chorobowa jest ok. dwukrotnie większa niż przed rokiem.
To nie wygląda na silne uderzenie.
Branżę budowlaną ta sytuacja dotknie później, chyba że będziemy musieli zatrzymać budowy poprzez decyzje administracyjne, tak jak działo się we Włoszech. Gdy łańcuchy dostaw zostaną zerwane albo będzie zakaz pracy, większość firm przetrzyma miesiąc, może dwa – te, które mają trochę więcej gotówki. My się do takich zaliczamy, więc może wytrzymamy dłużej.
Na początku był szok, gdy zamknięto granice. Wtedy wyjechało dużo obywateli Ukrainy. Ale zaraz pojawili się z powrotem. Z ankiety Związku Pracodawców Budownictwa wynika, że tydzień temu na budowach było obsadzonych 80 proc. stanowisk. Ale w ostatnim tygodniu już tylko 50 proc. Ale nie wiem, ile firm wzięło udział w badaniu.
Szykujecie się do konieczności zawieszenia działalności?
Specjalnie się nie przygotowujemy. Oprócz uzgodnienia ze związkami zawodowymi, że gdyby przyszło do zamykania budów albo całej firmy, to w pierwszej kolejności wysyłamy na urlopy, bo to jest najmniej bolesne. Trzeba zrezygnować z urlopu, ale dostaje się wynagrodzenie, a nas na to jeszcze stać. Na później przygotowaliśmy inny plan ‒ redukcji wynagrodzenia. Ale tylko na czas, kiedy nie będziemy mogli wykonywać pracy.
Osoby, które najmniej zarabiają, miałyby stracić najmniej. Osoby poniżej średniej krajowej dotknęłaby obniżka o nie więcej niż 20 proc. Te, które zarabiają najwięcej, 50 proc. lub nawet więcej.
A jak wygląda sytuacja w innych biznesach firmy, jak działalność deweloperska, usługi?
Działalność usługowa radzi sobie nieźle. To odpady komunalne i utrzymanie dróg. Odpadów jest teraz dwa razy więcej, niż było. Wszyscy siedzą w domach i produkują śmieci. W utrzymaniu dróg też wszystko działa. Działalność deweloperska jest bardzo wygaszona, jest mało chętnych na kupowanie mieszkań, dziennie podpisujemy trzy‒cztery umowy. Wstrzymaliśmy nowe inwestycje, przygotowaliśmy je, ale nie rozpoczynamy budów, nie wprowadzamy projektów na rynek. Bo choć klienci deklarują, że są zainteresowani, po prostu nie są w stanie podpisać aktu notarialnego w związku z koronawirusem. Za kilka miesięcy będziemy mieli armagedon i nie wszystko wróci do normalności.
Dlaczego pan tak myśli?
Zatrzymanie gospodarki będzie trwało pewnie dwa‒trzy miesiące. Tak było w Chinach. Taki krótkotrwały spadek w skali roku miałby ujemny wpływ rzędu 15‒20 proc. spadku PKB. Na szybko można załatać taki ubytek dodrukiem pieniądza, ale później trzeba będzie to sfinansować. Tylko nie wiadomo jak. Gdyby to było w jednym kraju, pewnie udałoby się. Ale problem będzie powszechny, a rynek zupełnie inny. Konsumenci nie będą już tak chętnie wydawać pieniędzy: latać, jeździć na wczasy, chodzić do restauracji. Życie będzie wracało do normalności bardzo długo. W naszym przypadku spodziewamy się, że za sześć‒osiem miesięcy wielu prywatnych klientów może mieć kłopot z kontynuowaniem budów. Nie spodziewamy się zatrzymania budów ze względu na brak środków przez państwo, one będą trwały, ale i państwa będą szukały oszczędności. Ograniczą inwestycje. Tak to będzie wyglądało w perspektywie roku czy dwóch dla branży budowlanej. Spodziewam się bardzo istotnego spadku nowych inwestycji i bardzo dużego bezrobocia po wakacjach. Przyszłość widzę w ciemnych barwach. Ale bardzo bym chciał się mylić.
Jak się pan przygotowuje do tego czarnego scenariusza?
Był taki moment w firmie, że pracownicy mocno panikowali. Powiedzieliśmy im: znajdujemy balans między pracą a bezpieczeństwem jej wykonywania, bo nie możemy doprowadzić do tego, że nie będziemy mieli przychodu. I tak dziś działamy. Ponieważ mamy portfel zamówień na 11 mld, z czego 80 proc. to sektor publiczny, to przez 12‒18 miesięcy mamy co robić. W najbliższym czasie nie będę podejmował żadnych ruchów, które by prowadziły do redukcji zatrudnienia. Ale już nie zwiększamy liczby etatów. Wydaje się, że do pierwszej przymiarki oceny będziemy mogli podejść po wakacjach. Wtedy zobaczymy, jakie będą skutki pandemii i jakie będą długoterminowe prognozy.
Rząd deklaruje wsparcie na poziomie 212 mld, z czego pakiet inwestycyjny jest rzędu 30 mld zł.
To fajnie brzmi, ale jak przyjdzie czas podliczenia, to może się okazać, że pieniędzy po prostu nie będzie.
Państwo zapowiada, że będzie pompowało pieniądze w gospodarkę przez duże projekty.
To zapobiegłoby następnemu kryzysowi. Ale skąd będą na to pieniądze? Na pewno niektóre inwestycje trzeba przemyśleć. Jest wielki znak zapytania, na jakie wsparcie możemy liczyć z Brukseli. Większość naszych inwestycji w ciągu ostatnich lat była finansowana w znacznym stopniu z Unii. Spodziewam się spadku nowych inwestycji rzędu ponad 20 proc. Po 18 miesiącach będziemy mieli 50 proc. tego, na co mogliśmy liczyć.
Jak wygląda dostęp do finansowania?
My nie mamy na razie problemów z bankami, mamy dużą poduszkę gotówkową. Banki dziś są bardzo trudnym partnerem, zwłaszcza dla firm, których bilanse były słabe już wcześniej. Nie chcą udzielać kredytowania na nowe mieszkania, nawet przeciągają postępowania z obecnymi klientami. Branża deweloperska w ogóle nie dostaje nowego finansowania, budowlana również. Jeśli chodzi o firmy budowlane, to nie ma mowy o udzielaniu nowych kredytów. Są też problemy z prolongatą obecnych. Jeśli pojawia się nowy klient, który chce wziąć kredyt mieszkaniowy, to banki nie chcą go rozpatrywać teraz, biorą na przeczekanie. Procesy rozpoczęte są kontynuowane, ale widać, że ze strony banków jest gra na czas. Proszą o większy udział własny, żeby zminimalizować ryzyko.
Nie ma się co dziwić, że wszystkie kraje ratują system bankowy. Jeśli on się wyłoży, to wyłoży się wszystko. Ludzie tego nie rozumieją.
Czy będziemy w stanie żyć w innej rzeczywistości, a jednocześnie konsumować, napędzać gospodarkę?
Człowiek nie jest skonstruowany do tego, by zamknąć się w domu, przenieść do wirtualnej rzeczywistości. Przez rok‒dwa będziemy zwracali uwagę na środki zabezpieczenia, maski, środki odkażające – myślę, że ten biznes będzie się rozwijał. Natomiast powrót do konsumpcji nie nastąpi szybko. Kwestią otwartą są usługi. Dopiero teraz się okazuje, jak gigantyczną są częścią rynku. Jak te wszystkie łańcuszki są powiązane – kurierzy, transport, sprzedaż, obsługa, serwis. I pewnie część tych usług, jak fryzjer czy manikiurzystka, wróci szybko. O same kontakty międzyludzkie się nie boję.
A wnioski dla państwa?
Powinniśmy być bardziej przygotowani na takie sytuacje. Oczekiwałbym przyjrzenia się służbie zdrowia. Nauczką jest dla nas chociażby to, że nie inwestujemy w edukację pielęgniarek i dyskredytujemy ich pracę, bardzo mało płacąc. Tu jest rola państwa. Inna rzecz: kontakt z administracją publiczną powinien być zdalny, elektroniczny. Dziś w Polsce jest całkowity paraliż. Z urzędami miejskimi nie jesteśmy w stanie nic załatwić. Natomiast z urzędem skarbowym dobrze się współpracuje, wszystko jesteśmy w stanie załatwić, korzystając z podpisów elektronicznych.
Jakie inwestycje powinny mieć priorytet?
Państwo powinno inwestować w służbę zdrowia – szpitale powinny być rozbudowane, zwłaszcza zakaźne – bo one nie spełniają standardów. Myślę, że kolejowe projekty będą rozwijane, przynajmniej część z nich, część dróg powstanie, ale nie wszystkie, spodziewam się, że nie będzie nowych inwestycji w lotniska. Spodziewałbym się inwestycji w retencję wody. Nie można zaprzestać inwestycji w energetykę odnawialną.
A mieszkania?
Mam duże obawy. Popyt na mieszkania może spaść w ciągu dwóch lat o ok. 50 proc. Bo znaczna część była budowana z myślą o najmie krótkoterminowym, związanym z podróżowaniem. I jeśli tego będzie mniej, to nie spodziewam się, by ktoś kupował mieszkania.
Przemysł? Gospodarka będzie się przeformatowywać?
Na pewno tak się będzie działo. Ale to się nie stanie w ciągu roku czy czterech lat. Okazało się, że koncentracja produkcji w jednym miejscu to duże ryzyko. Będą podejmowane działania, żeby to trochę zdywersyfikować, ale nie będzie tak, że każdy kraj stanie się nagle samowystarczalny – to niemożliwe. Tylko geografia się zmieni. Część produkcji przeniesie się do Europy, część do innych krajów niż Chiny. Ten proces będzie postępował. Nastąpi też przewartościowanie współpracy między krajami. Bo czy decyzja, że nie wysyłamy leków za granicę, jest dobra? Wydawałoby się, że tak. Ale jeśli jakiś lek jest produkowany tylko w Chinach, a inny tylko w Polsce – to bez sensu.
Środki zaradcze, które stosują państwa i Unia, są wystarczające?
Każdy z krajów zadeklarował duże kwoty, ale jak je rozkładamy na czynniki pierwsze, wygląda to jak w Polsce, gdzie realnej pomocy jest niewiele. Koszty kryzysu powinniśmy rozkładać między państwo, pracodawców i pracowników. Ale państwa nie powinny zbytnio ingerować w to, co się dzieje. Zamykanie wszystkiego przyniesie więcej strat niż korzyści. Im szybciej odblokujemy możliwość pracy, generowania przychodu, tym lepiej – tu widzę rolę państwa. Plus szukanie możliwości pobudzania konsumpcji czy inwestycji. W różnych krajach przyjmowane są różne strategie zarządzania tym kryzysem, ale kluczowe będzie to, jak będzie wyglądała ścieżka wyjścia. Na pewno tradycyjne biznesy będą miały coraz ciężej – nowe technologie, sprzedaż przez internet, social media – tu będzie rozwój. Świat się zmieni.