Jak być może słyszeliście, resort infrastruktury chce przywrócić karty rowerowe. Przyznaję szczerze, że początkowo pomysł ten wzbudził we mnie ogromny entuzjazm. Bo mam po dziurki w nosie domorosłych Lance’ów Armstrongów ubranych w kombinezony Durexa, którym wydaje się, że biorą udział w Tour de France. Nie rozumiem, dlaczego ja, by jeździć legalnie samochodem, musiałem najpierw chodzić na kurs i zdawać egzaminy, zaś oni nie potrzebują żadnych zezwoleń. I to nawet wtedy, gdy mają problem z odróżnieniem prawej strony od lewej i dysponują IQ na poziomie brzozy.
Jednak tuż po tym, jak wyobraziłem sobie świat pozbawiony widoku męskich owłosionych łydek i ich czterech liter owiniętych szczelnie folią spożywczą, dotarło do mnie, że ja też mam rower. I moja żona. A także dzieci. Wszyscy mamy jednoślady, które służą nam do tego, żeby wyskoczyć wspólnie na lody w ciepły letni weekend albo pojeździć trochę po lesie. Z tego powodu w okamgnieniu stałem się gorącym przeciwnikiem powszechnej karty rowerowej. Nie sądzę, aby była ona potrzeba takim ludziom jak ja, którzy korzystają z dwóch kółek tylko sporadycznie i wyłącznie w celach rekreacyjnych.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.