Czterokrotne powiększenie mocy jądrowych do 2040 roku i radykalne skrócenie procedur – to niektóre z założeń szykowanej przez Waszyngton rewolucji w energetyce jądrowej. Środkiem, który pozwoli Ameryce na przełamanie branżowego kryzysu i podjęcie wyścigu z Chinami, ma być m.in. deregulacja.
„Zdolność Stanów Zjednoczonych do utrzymania pozycji lidera innowacji technologicznej jest zależna od niezawodności dostaw energii i integralności krajowej sieci elektroenergetycznej. Niewystarczający poziom eksploatacji zasobów energetycznych naszego kraju pozostawia nas bezbronnymi wobec wrogich podmiotów zagranicznych, stanowiąc bezpośrednie i narastające zagrożenie dla dobrobytu i bezpieczeństwa narodowego Stanów Zjednoczonych. (…) W świetle tych ustaleń niniejszym ogłaszam w kraju stan wyjątkowy” – głosił jeden z pierwszych dekretów wydanych po zaprzysiężeniu przez Donalda Trumpa. W najbliższym czasie, jak planuje rząd federalny, instrumentarium stanu nadzwyczajnego ma zostać zastosowane do kolejnej już domeny: energetyki jądrowej.
Renesans jądrowy wprowadzony dekretem
Ogólne ramy przedsięwzięcia, nad którym pracuje administracja Trumpa, jako pierwszy opisał serwis Axios. Jak ustalił portal, w grę wchodzi przyjęcie jednego lub większej liczby aktów wykonawczych, które mają usunąć bariery rozwojowe dla atomu i doprowadzić do wielkiego przyspieszenia w dziedzinie nowych inwestycji. Według Roberta Bryce’a, amerykańskiego dziennikarza i publicysty, który na początku tygodnia opublikował w całości roboczą wersję jednego z dokumentów, formalne przyjęcie aktów może nastąpić jeszcze w bieżącym tygodniu. Stanowić one będą – jak ocenił – najbardziej znaczący akt wsparcia energii jądrowej przez prezydenta USA od czasu słynnego przemówienia Dwighta Eisenhowera o „atomach dla pokoju”, wygłoszonego w 1953 r. „Możecie kochać lub nienawidzić Donalda Trumpa, ale jego administracja jest najbardziej projądrowa w amerykańskiej historii” – dodaje Bryce.
Jako najważniejszy z projektowanych dokumentów wskazuje dekret o „rozpoczęciu jądrowego renesansu”. Nakreślono w nim pesymistyczną diagnozę kondycji amerykańskiego przemysłu jądrowego, który „potrzebował 40 lat na przyłączenie do sieci mocy, które Chiny wybudowały w lat 10”. Wskazano również, że ChRL w ciągu najbliższej dekady zamierza osiągnąć pułap 200 GW w energetyce jądrowej, co dawałoby pod tym względem państwu środka dwukrotną przewagę nad Stanami. Amerykanie przegrywają także na rynkach eksportowych, gdzie – jak odnotowano – 87 proc. reaktorów wybudowanych od 2017 r. opartych było na technologiach rosyjskich i chińskich. „Te trendy nie mogą trwać dłużej” – czytamy w preambule projektu.
Trump szarpie cuglami
Atom, jak podkreślono, ma być jednym z instrumentów, które przyczynią się do „przemysłowej i cyfrowej dominacji” Ameryki. Planowane jest podjęcie intensywnych działań na rzecz bezpieczeństwa dostaw paliwa jądrowego, w tym wsparcie recyklingu i ponownego wykorzystania wypalonego paliwa jądrowego oraz rozwój krajowych zdolności konwersji i wzbogacania uranu. Dekret obejmuje też plany uruchomienia nowych programów kształcenia kadr dla atomu.
Wspierane przez rząd ma być także wznawianie eksploatacji przedwcześnie wyłączonych elektrowni, zwiększanie wykorzystania istniejących mocy jądrowych oraz restart zawieszonych budów. Jedną z pierwszych w kolejce inwestycji z tej ostatniej kategorii mogą być dwa reaktory AP1000 (takich samych, jakie powstać mają na Pomorzu) w elektrowni VC Summer w Południowej Karolinie. Zatrzymany 8 lat temu projekt jest jednym z symboli kryzysu amerykańskiej branży jądrowej. Straty z nim związane były jednym z czynników, które sprawiły, że Westinghouse, właściciel technologii, stanął na granicy upadłości. Od kilku miesięcy coraz głośniej mówi się jednak o podjęciu prac budowlanych na nowo. W styczniu br. należąca do stanu spółka Santee Cooper, która ma 1/3 udziałów w projekcie, rozpoczęła poszukiwanie chętnych na przejęcie i dokończenie inwestycji (bloki gotowe są odpowiednio w 40 i 20 proc.). W zakończonym w maju postępowaniu wstępne zainteresowanie wyraziło szereg podmiotów. Według gubernatora Południowej Karoliny, Henry'ego McMastera, faktyczny restart projektu wymagałby wsparcia na szczeblu federalnym.
Inne dokumenty przygotowywane przez administrację Trumpa wyznaczają cel czterokrotnego zwiększenia mocy jądrowych USA do 2040 r. oraz zobowiązują Departament Energii m.in. do uruchomienia „co najmniej trzech” pilotażowych projektów reaktorów nowej generacji, na bazie publicznych nieruchomości, laboratoriów i innych zasobów. Budowa tych jednostek miałaby się zakończyć nawet w ciągu roku od wydania dekretu.
Kurs na militaryzację atomu
Niezależnie od tego, czy te zapisy znajdą się w ostatecznej wersji aktów, stanowią one obraz skali przyspieszenia, jakiego oczekują prezydent i jego otoczenie. Ostatnie dwa reaktory wybudowane w USA – Vogtle 3 i 4 – ukończono odpowiednio w 2023 i 2024 r., odpowiednio po 17 i 18 latach od uruchomienia projektu (ok. 10 od wylania tzw. betonu jądrowego).
Zakłada się, że jednym z głównych katalizatorów przełomu, który ma umożliwić błyskawiczne wdrażanie projektów jądrowych, będzie zaangażowanie Departamentu Obrony (DOD), który dysponuje zarazem środkami oraz możliwościami omijania barier, które dotyczą przedsięwzięć komercyjnych. DOD ma udostępnić na rzecz projektów jądrowych m.in. swoje nieruchomości i zaangażować zasoby w proces licencjonowania i budowy reaktorów. Realizowane w ten sposób inwestycje cieszyłyby się następnie statusem "krytycznej infrastruktury obronnej" ze specjalnymi prawami w zakresie dostępu do sieci.
Co szczególnie kontrowersyjne, to właśnie administracja wojskowa miałaby sprawować nadzór regulacyjny i licencjonować tę pulę projektów. Nowe kompetencje w tym zakresie uzyskałby także sekretarz ds. energii. Tym samym z układanki przynajmniej częściowo wyłączona zostałaby cywilna Komisja Dozoru Jądrowego (NRC), uznawana za jedną z najbardziej doświadczonych i kompetentnych instytucji tego typu w skali świata. Ciosem w pozycję dozoru byłoby także nałożenie na nią skróconych i usztywnionych terminów na analizę wniosków licencyjnych, w tym na niesprawdzone wcześniej technologie (w opracowanie zmian ma zostać zaangażowany m.in. Departament Efektywności Rządu kojarzony z Elonem Muskiem). W grę wchodzi również rewizja norm bezpieczeństwa radiacyjnego (obecnie NRC zakłada, że nie istnieje coś takiego jak "bezpieczna dawka" promieniowania) oraz procedur środowiskowych.
Igranie z bezpieczeństwem jądrowym
Zdaniem krytyków ograniczenie kompetencji NRC lub naruszenie jej niezależności byłoby krokiem ryzykownym dla bezpieczeństwa jądrowego i zaufania opinii publicznej. O precyzyjnie zaprojektowanej próbie systemowego obejścia historycznie usankcjonowanej niezależności agencji mówi m.in. jej przewodniczący z okresu prezydentury Baracka Obamy Stephen Burns. Ocenia jednocześnie, że z punktu widzenia rozwoju energetyki jądrowej są one w dużej mierze zbędne, ponieważ zmiany legislacyjne zmierzające do usprawnienia pracy dozoru zostały już uchwalone przez Kongres – przy konsensusie obu partii – w ubiegłym roku.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.