Perypetie Czechów z kontraktem na elektrownię atomową zablokowanym na skutek skargi francuskiego EDF to sygnał, jak Paryż widzi europejski renesans tej i innych gałęzi przemysłu. A także przestroga dla kolejnych krajów, które – jak Polska – mają przed sobą kolejne decyzje w sprawie wyboru technologii jądrowych.
Czeska grupa energetyczna ČEZ, inwestor w projekcie budowy dwóch nowych bloków jądrowych w elektrowni w Dukovanach, odwołała się wczoraj od decyzji sądu w Brnie, który dwa tygodnie temu wstrzymał podpisanie kontraktu wykonawczego z koreańską spółką KHNP. Sądowe zabezpieczenie, wydane na wniosek francuskiego EDF, którego oferta przegrała z koreańską, orzeczono na dzień przed planowanym podpisaniem umowy przez KHNP i Elektrárna Dukovany II (EDU II), bezpośrednio odpowiedzialną za projekt spółkę-córkę ČEZ (pod koniec kwietnia 80 proc. udziałów w niej przejął czeski rząd). Nieoficjalnie wiadomo, że w związku z planowaną uroczystością do Czech zdążyła już wyruszyć licząca ok. dwustu osób delegacja z Korei.
Francuzi zwierają szyki
Wart ok. 18 mld dol. kontrakt zakłada budowę dwóch reaktorów o łącznej mocy ponad 2,1 gigawata. Zakończenie budowy pierwszego jest planowane na 2036 r., a kolejnego dwa lata później. Według Francuzów oferta, która zapewniła KHNP zwycięstwo w przetargu, była jednak nieuczciwa, bo koreański koncern korzystał z nielegalnych z punktu widzenia prawa UE rządowych subsydiów. W związku z tym grupa EDF zaskarżyła wybór koreańskiej technologii m.in. przed Komisją Europejską oraz w czeskim urzędzie antymonopolowym, który jednak pod koniec kwietnia odrzucił francuską skargę. To w odpowiedzi na tę decyzję francuski potentat energetyczny postanowił odwołać się do sądu. Spółka EDU II zapowiedziała z kolei, że jeśli postępowanie zostanie ostatecznie rozstrzygnięte po jej myśli, może domagać się od EDF odszkodowania za zwłokę w realizacji projektu.
Wcześniej z odsieczą dla francuskiego koncernu postanowił też przyjść Stéphane Séjourné, francuski komisarz odpowiedzialny za politykę przemysłową UE i zastępca Ursuli von der Leyen. W liście datowanym na 2 maja zwrócił się do czeskiego rządu z wezwaniem do „natychmiastowego wstrzymania się” od podpisania umowy na nowe reaktory. Urzędnik podkreślił, że Komisja rozpoczęła wstępne postępowanie sprawdzające, które ujawniło „istotne przesłanki” wskazujące, że wybrany przez Czechy partner korzystał z zagranicznych subsydiów, które mogą wpływać na rynek wewnętrzny UE. W związku z tym – dodał – KE pracuje obecnie nad decyzją o uruchomieniu pogłębionego dochodzenia w tej sprawie.
Séjourné zastrzegł kilkukrotnie, że Komisja dostrzega wagę projektu z punktu widzenia bezpieczeństwa energetycznego i zapewnił o woli współpracy z czeskimi władzami, która pozwoli „zapewnić jego legalność” z punktu widzenia przepisów o zagranicznych subsydiach. Ocenił jednak zarazem, że zasady lojalnej współpracy wymagają od rządu czeskiego powstrzymania się od wszelkich działań, które prowadziłyby do nieodwracalnych konsekwencji i uniemożliwiłyby efektywne zastosowanie unijnego prawa.
Kluczenie Brukseli
Według Pragi stanowisko komisarza jest w praktyce tożsame z argumentacją podnoszoną przez EDF. Minister przemysłu i handlu Lukáš Vlček stwierdził, że – biorąc pod uwagę, że pismo wyszło spod pióra francuskiego urzędnika – „nie jest to przypadek”.
Wydźwięk pisma wiceprzewodniczącego KE starały się później tonować służby prasowe Komisji. Jeden z rzeczników Brukseli, Thomas Regnier, oświadczył, że list Séjournégo nie ma wiążącej mocy prawnej, a inicjatywy komisarza nie należy interpretować jako wezwania do powstrzymania się od działań, bo zabezpieczenie w tej sprawie wydał wcześniej niezależny czeski sąd. Rzecz w tym, że – jak zauważył portal Euractiv, który dotarł do listu i opublikował go w całości – Séjourné napisał list cztery dni przed decyzją sądu w Brnie. Regnier zarzucił jednocześnie stronie czeskiej brak odpowiedzi na przesłany przez Komisję w lutym oficjalny wniosek o informacje na temat projektu.
Czesi się bronią, Koreańczycy robią dobrą minę do złej gry
Szef czeskiego rządu Petr Fiala, który początkowo unikał szerszych komentarzy na temat działań Francuzów, udzielił w zeszłym tygodniu wywiadu dziennikowi „Blesk”. Ocenił w nim, że działania EDF wpływają na bezpieczeństwo i strategiczne interesy Czech. – Jest pewna logika, która każe przegranemu oferentowi w jakiś sposób się bronić i trudno mieć mu to za złe. Uważam jednak, że posuwają się w tej obronie bardzo daleko – powiedział premier. Fiala podkreślił, że koszty opóźnień powstałych na skutek tych działań nie powinny obciążyć czeskiego podatnika.
Za wygraną w sprawie inwestycji, która ma zapewnić koreańskiemu przemysłowi jądrowemu pierwszy przyczółek na Starym Kontynencie, nie zamierza dawać też Seul. Minister przemysłu Ahn Duk-geun zapewniał, że opóźnienie ceremonii podpisania kontraktu nie powstrzymuje postępów projektu. Niezależnie od głównej umowy doszło do zawarcia serii umów przedwstępnych i porozumień czeskich i koreańskich firm, które mają pozwolić na wypełnienie ambitnych celów w zakresie local contentu i płynnie kontynuować prace w momencie, gdy droga do złożenia podpisów zostanie na nowo otwarta. W kraju sprawa – a w szczególności fakt, że niepotrzebną podróż do Europy odbili parlamentarzyści wysokiej rangi oficjele, uznawana jest jednak za prestiżową wpadkę, która może pociągnąć za sobą dymisje w eksportowych czempionach skupionych w grupie Team Korea.
Gorsze warunki dla Polski?
- Argumentacja EDF wydaje się dość przewrotna, biorąc pod uwagę pomoc francuskiego skarbu państwa dla krajowego przemysłu jądrowego, która uratowała go po problemach związanych z budowami bloków w Olkiuloto (Finlandia – DGP) i Flamanville. Wydaje się, że strategicznym, długofalowym celem koncernu może być utrudnienie lub co najmniej opóźnienie dostępu nowych podmiotów do projektów jądrowych w Unii Europejskiej – komentuje Maciej Lipka z ośrodka Nuclear PL.
Taką interpretację wprost potwierdza w rozmowie z DGP osoba współpracująca z francuską branżą jądrową. – Według naszej strony atomowy renesans ma sens, jeśli będzie budowana jak największa flota reaktorów, najchętniej w tej samej technologii i z tym samym łańcuchem dostaw. Amerykanie w Europie są koniecznością ze względu na siłę polityczną i powiązanie z kwestiami bezpieczeństwa. Koreańczycy nie mają żadnych z tych argumentów, są mniej korzystni dla europejskiego łańcucha dostaw, mają zdolność do ukrywania lub dotowania prawdziwych kosztów budowy – tłumaczy nasz rozmówca. Jego zdaniem to realne zagrożenie z punktu widzenia uczciwej konkurencji.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.