Reklama

Kishida stanie przed wyzwaniem odbudowy japońskiej gospodarki, poturbowanej pandemią Covid-19 – informuje agencja Reuters.

Do rywalizacji o stanowisko przewodniczącego Partii Liberalno-Demokratycznej i zarazem fotel szefa rządu stanęło czterech kandydatów po tym, gdy na początku września, zaledwie po roku urzędowania, Yoshihide Suga ogłosił, że nie będzie ubiegał się o reelekcję.

W szranki stanęli ultrakonserwatywna była minister spraw wewnętrznych Sanae Takaichi, przedstawicielka kurczącego się liberalnego skrzydła partii Seiko Noda, były minister obrony i spraw zagranicznych, wykształcony w Stanach Zjednoczonych Taro Kono i ostateczny zwycięzca rywalizacji Fumio Kishida.

Do drugiej rundy wewnątrzpartyjnych wyborów weszli postrzegany jako „indywidualista, napędzany społeczną popularnością” Kono i "mający raczej bezbarwny wizerunek, ale cieszący się silnym poparciem członków partii” Kishida. Stosunkiem głosów 257 do 170 wygrał ten drugi.

Kandydaci starli się w sprawach gospodarczych, dotyczących przyszłej polityki wobec asertywnych Chin, a także kulturowych, związanych ze zmianami prawnymi, umożliwiającymi zawieranie małżeństw osobom tej samej płci. Kono akcentował kwestię energii odnawialnej, której jest orędownikiem, a także konieczność usunięcia biurokratycznych przeszkód na drodze biznesu.

Jednym z pierwszych zadań nowego premiera i przewodniczącego PLD będzie zarządzenie wyborów powszechnych, które powinny odbyć się do 28 listopada.

„Następny premier będzie kontynuował ekspansywną politykę gospodarczą minimum przez następny rok, ponieważ pandemia koronawirusa nie została jeszcze opanowana” – prognozuje Ryutaro Kono, ekonomista związany z BNP Paribas.

Zdaniem ekspertów wygrana Kishidy raczej nie przyniesie zasadniczych zmian w japońskiej polityce.