Gdy pojawiał się w miejscu publicznym, działa się magia: ludzie lgnęli do niego, zatrzymywali go na ulicy, prosili o zdjęcie, rozmowę, radę albo pomoc, a on rzadko odmawiał. Był człowiekiem od zbiórek, adopcji, telefonów w środku dnia i w środku nocy, interwencji w sprawach dzieci, zwierząt i ludzi, którzy nie mieli już siły prosić instytucji o reakcję. Po jego śmierci została pustka, którą trudno będzie wypełnić. Łukasz Litewka zginął 23 kwietnia. Jutro odbędzie się jego pogrzeb.
Dariusza znali prawie wszyscy w okolicy. Działał w lokalnym samorządzie, znał ludzi, miał pracę, życie, które lubił i plany na przyszłość.
Darek i Rodzice Wojtusia przyjdą się pożegnać
Wszystko zmieniło się, gdy dostał diagnozę: złośliwy nowotwór mózgu. Rokowania? Bez skomplikowanej operacji tylko oczekiwanie na śmierć. Problem w tym, że ta kosztowała 100 tys. a na taki wydatek Dariusza nie było stać. Założył więc zbiórkę, licząc na to, że znajdą się ludzie, którzy wesprą go w walce z nowotworem. Dariusz nie jest jednak osobą, która z miejsca łamie serca opowiadając o swym cierpieniu więc zbiórka szła kiepsko. Pierwsze dni nie przyniosły przełomu. Ale wtedy pojawił się Litewka.
Opisał na swoim profilu historię Darka, nadał jego cierpieniu twarz, charakter, i przekazał je ludziom. W ciągu godzin sprawa zaczęła żyć własnym życiem. Udostępnienia szły w tysiące, wpłaty zaczęły napływać lawinowo. Potrzebne pieniądze zebrano w jeden dzień.
Dziś Dariusz Bednorz w rozmowach z mediami mówi szczerze.
- Bez Litewki to by się nie udało. To, co się podziało, było pokłosiem tego, co zrobił Łukasz
Rodzice Wojtusia, do ostatniej chwili mieli oparcie w Litewce. Najpierw zaangażował się w zbiórkę pieniędzy na chorego na nowotwór 6-latka. Umieszczał wpisy, zachęcał do zbiórek, przyjeżdżał z wizytami -on i jego fundacja byli obecni, namacalni, prawie jak członkowie rodziny. Gdy Wojtuś przegrał z chorobą, Litewka nie porzucił ich w potrzebie. Przyjechał na pogrzeb dodając otuchy załamanym rodzicom. Dziś to oni przygotowują się do jego pożegnania, choć nadal nie mogą uwierzyć w jego śmierć.
Litewka: Pozytywny wojownik z politycznym zapleczem
Siła Łukasza Litewki nie brała się z partyjnej hierarchii. Budował ją latami w rozmowach z ludźmi, zbiórkach, działaniach, bezpardonowej postawie, wielkim sercu. Dla jednych był posłem, dla innych „Zrzutkomanem” - człowiekiem, który potrafił jednym wpisem uruchomić w social mediach lawinę wpłat, telefonów i deklaracji pomocy. Nie ograniczał się do publikowania apeli. Łączył ludzi, sprawdzał potrzeby, nagłaśniał zbiórki, organizował wsparcie dla rodzin, dzieci z niepełnosprawnościami, osób w kryzysie i schronisk.
Katarzyna Kotula mówiła w RMF FM, że media społecznościowe Litewki były głosem ludzi potrzebujących pomocy. Podkreślała, że on nie przyszedł do polityki po to, by uprawiać politykę w klasycznym znaczeniu, ale by robić konkretne rzeczy i do nich wykorzystywać polityczne zaplecze. W Polsat News wspominała, że potrafił w bardzo krótkim czasie zorganizować wsparcie komuś, kto potrzebował mieszkania, pokoju do wynajęcia albo pracy. To dobrze opisuje mechanizm jego działalności: najpierw człowiek i problem, później publiczny apel, następnie natychmiastowa mobilizacja ludzi.
Litewka rozumiał emocjonalny język internetu, ale nie sprowadzał go wyłącznie do zasięgów. Zasięg był narzędziem. Celem była konkretna reakcja: pieniądze na leczenie, karma dla zwierząt, adopcja psa, sprzęt, transport, nagłośnienie sprawy, której wcześniej nikt nie chciał podjąć. Właśnie dlatego jego profile nie przypominały typowej komunikacji polityka. Były tablicą ogłoszeń ratunkowych, miejscem, gdzie ludzie wracali, bo widzieli efekty.
Poseł z Sosnowca, który wygrał z ostatniego miejsca
Łukasz Litewka urodził się 9 maja 1989 roku w Sosnowcu. Ukończył socjologię na Uniwersytecie Śląskim. Zanim wszedł do Sejmu, przez lata działał w samorządzie. Mandat radnego Sosnowca zdobywał w 2014 i 2018 roku. W 2019 roku próbował dostać się do Sejmu z listy SLD, ale wtedy się nie udało. Cztery lata później startował z ostatniego miejsca listy Nowej Lewicy w okręgu nr 32. Uzyskał 40 579 głosów i zdobył mandat posła X kadencji.
Wynik był politycznym sygnałem. Litewka pokonał nie tylko konkurentów z innych ugrupowań, ale także wyprzedził lidera własnej listy, Włodzimierza Czarzastego. Dla części komentatorów był przykładem polityka nowego typu: mniej związanego z partyjnym aparatem, bardziej z lokalną rozpoznawalnością i bezpośrednim kontaktem z ludźmi. Jego kampania pokazała, że wyborcy potrafią nagrodzić konsekwentną działalność społeczną, nawet jeśli kandydat startuje z miejsca zwykle uznawanego za symboliczne.
Najbardziej zapamiętano jego plakaty z psami do adopcji. Zamiast budować przekaz wyłącznie wokół własnej twarzy, wykorzystał kampanię do promowania zwierząt ze schroniska. Po wyborach zapowiadał, że banery trafią do schronisk, by chronić psy przed zimnem i wiatrem. Gest idealnie pasował do jego stylu: nawet kampanijny odpad miał dostać drugie życie.
Zwierzogranie, prawa zwierząt i polityka bez partyjnej kalki
W ostatnich latach jednym z najważniejszych projektów Litewki było Zwierzogranie, inicjatywa wzorowana rozmachem na wielkich akcjach charytatywnych, ale skoncentrowana na bezdomności zwierząt, edukacji i wsparciu schronisk. Fundacja #TeamLitewka przedstawiała ją jako projekt, który ma łączyć ludzi wokół praw zwierząt i realnej pomocy. Litewka mówił, że marzy o świecie wymagającym pracy „od początku, od podstaw”, a przez Zwierzogranie chce prowadzić misję edukacyjną i walczyć z bezdomnością zwierząt.
Ten wątek nie był dodatkiem do jego wizerunku. W Sejmie pracował między innymi w Komisji Rolnictwa i Rozwoju Wsi, Komisji Samorządu Terytorialnego i Polityki Regionalnej, był też zastępcą przewodniczącego Komisji do Spraw Unii Europejskiej oraz Komisji Nadzwyczajnej do spraw ochrony zwierząt. Razem z Dorotą „Dodą” Rabczewską nagłaśniał sprawy prywatnych schronisk i postulował zmiany w systemie ochrony zwierząt.
Właśnie na tym polu Litewka wychodził poza podziały. W lutym 2026 roku, po kontroli prywatnych schronisk prowadzonej przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji, spotkał się z prezydentem Karolem Nawrockim, by przedstawić propozycje zmian dotyczących sytuacji zwierząt. Dla polityka Lewicy była to decyzja ryzykowna wizerunkowo, ale spójna z jego sposobem działania: jeśli sprawa wymagała rozmowy z kimś z innego obozu, szedł na rozmowę.
Wypadek w Dąbrowie Górniczej
Do tragedii doszło 23 kwietnia 2026 roku na ulicy Kazimierzowskiej w Dąbrowie Górniczej. Litewka jechał rowerem. Według przekazywanych przez media ustaleń śledczych samochód osobowy miał zjechać na przeciwległy pas ruchu i potrącić posła. Pomimo reanimacji nie udało się go uratować.
Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci był krwotok spowodowany rozległymi obrażeniami kończyn dolnych. Kierowca Mitsubishi został zatrzymany i usłyszał zarzut spowodowania wypadku komunikacyjnego ze skutkiem śmiertelnym. Za taki czyn grozi od sześciu miesięcy do ośmiu lat więzienia. Podejrzany miał twierdzić, że chwilowo stracił przytomność. Prokuratura traktowała tę wersję jako linię obrony wymagającą weryfikacji.
Sąd Rejonowy w Dąbrowie Górniczej zastosował wobec 57-latka tymczasowy areszt na trzy miesiące, ale dopuścił możliwość jego uchylenia po wpłacie 40 tys. zł poręczenia majątkowego. Prokuratura zaskarżyła tę decyzję. Według najnowszych informacji podejrzany wpłacił kaucję i opuścił areszt przed rozpoznaniem zażalenia przez sąd wyższej instancji.
Słowa, które wybrzmiewają ponad podziałami
Po śmierci Litewki kondolencje płynęły z różnych stron sceny politycznej. Włodzimierz Czarzasty w TVN24 mówił, że Litewki nie da się zastąpić, bo był człowiekiem, który bardziej niż politykę uprawiał działalność społeczną. Wspominał go jako osobę oddaną ludziom i zwierzętom. Powiedział też krótko: „To był po prostu dobry człowiek”.
Sejm uczcił jego pamięć minutą ciszy. Czarzastemu łamał się głos, gdy mówił o śmierci posła. Prezydent Karol Nawrocki odznaczył Łukasza Karola Litewkę pośmiertnie Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. Kondolencje złożyli także przedstawiciele rządu i parlamentarzyści z różnych ugrupowań. W Sosnowcu wystawiono księgę kondolencyjną, flagi przed urzędem miejskim opuszczono do połowy masztu. Księga kondolencyjna pojawiła się również w Sejmie.
Reakcje były czymś więcej niż politycznym rytuałem. Litewka miał opinię człowieka, który potrafił rozmawiać ponad liniami partyjnego konfliktu, bo w centrum stawiał sprawę, nie szyld. Marcin Przydacz mówił w Radiu Zet, że rekomendowałby jego pośmiertne uhonorowanie, gdyby prezydent pytał go o opinię. Podkreślał, że od Litewki biła dobroć i koleżeńskość.
Sprawy trudne, ale ludzkie
Rzetelny portret Łukasza Litewki nie może pomijać spraw trudnych. W przeszłości mierzył się z postępowaniami dotyczącymi działalności publicznej. W 2018 roku przedstawiono mu zarzuty przekroczenia uprawnień funkcjonariusza publicznego i nieuprawnionego przetwarzania danych osobowych w związku z głosowaniem w ramach budżetu obywatelskiego. Była też sprawa dotycząca list poparcia z wyborów parlamentarnych w 2015 roku. Sądy skazały go w tych postępowaniach na grzywny.
Kwestionowano również część zbiórek organizowanych pod jego nazwiskiem. Od 2023 roku prowadzone było postępowanie dotyczące domniemanego oszustwa przy zbiórkach z lat 2020–2023 na portalu Zrzutka.pl. W 2026 roku zostało ono umorzone w całości wobec niestwierdzenia nieprawidłowości.
Litewka budził emocje także we własnym środowisku politycznym. Deklarował wiarę w Boga i jako jedyny poseł Lewicy podczas ślubowania dodał formułę „Tak mi dopomóż Bóg”. W sprawie aborcji jego wypowiedzi bywały odbierane jako bardziej zachowawcze niż stanowisko większości Lewicy, choć ostatecznie podpisał się pod projektem dopuszczającym przerwanie ciąży do 12. tygodnia bez podawania uzasadnienia.
Człowiek od konkretnych telefonów, nie od wielkich deklaracji
Najmocniej zapamiętają go jednak nie sejmowe wystąpienia, lecz sprawy załatwiane poza kamerami. Rodzice dzieci, którym pomagał, wolontariusze, opiekunowie zwierząt i lokalni społecznicy opisywali go jako człowieka dostępnego.
Litewka stworzył więc wokół siebie wspólnotę działania. Nie była to klasyczna struktura partyjna ani formalny ruch społeczny z hierarchią. Był to krąg ludzi, którzy reagowali, gdy publikował apel. Wpłacali po kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt złotych. Udostępniali. Przewozili karmę. Zgłaszali się do adopcji. Szukali kontaktów. Czasem pomagali anonimowo. Ten mechanizm sprawił, że #TeamLitewka stał się czymś rozpoznawalnym: nie tylko nazwą fundacji, ale symbolem szybkiej, oddolnej solidarności.
Pustka po Litewce
Nie był politykiem łatwym do zaszufladkowania. Lewicowiec, który mówił o wierze. Poseł, który wolał akcje społeczne od partyjnych sporów. Kampanijny kandydat, który zamiast liderów pokazywał psy ze schroniska. Człowiek internetu, który próbował przekuwać zasięgi w realną pomoc. Dla zwolenników był dowodem, że polityka może zaczynać się od konkretnego dobra. Dla krytyków bywał symbolem mieszania aktywizmu, autopromocji i polityki. Po jego śmierci nawet wielu przeciwników przyznawało jednak, że trudno zakwestionować skalę pomocy, którą uruchamiał.
Dziś na poboczu drogi zostały znicze. W Sejmie została pusta ława. W Sosnowcu i w internecie została społeczność, która przez lata działała razem z nim. Najtrudniejsze pytanie nie brzmi dziś, kto przejmie po nim mandat, ale kto utrzyma energię ludzi, którzy uwierzyli, że pomoc można organizować szybko, prosto i ponad podziałami.
Pogrzeb Łukasza Litewki odbędzie się w środę 29 kwietnia o godz. 13.30 w kościele pw. św. Joachima w Sosnowcu.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu