Tak jak od miłości do nienawiści jest tylko jeden krok, tak z piłkarskiego tronu do czeluści III ligi nie dalej. Czy warszawska Legia może skończyć tragicznie? Tak, z czego ucieszy się prawie cała Polska.
W Legii Warszawa doszło do pęknięcia bez precedensu. Klub, chcący uchodzić za wielki, lecz w Europie będący jedynie boiskowym statystą, może nie przetrwać. Nie padnie dzisiaj ani jutro. Ale nad długofalową perspektywę jego działania nadciągnęły burzowe chmury. Pojawiają się już pierwsze błyskawice, za chwilę lunie deszcz, który akurat na 100-lecie klubu może go zatopić.
Reklama

Reklama
Pytanie pierwsze
Dariusz Mioduski, największy udziałowiec Legii, boi się o bezpieczeństwo swoje i rodziny. Podobnież kilku szalikowców zaczęło grozić mu pobiciem – taki news gruchnął kilkanaście dni temu z siłą porównywalną do ostatniej porażki Legii z Borussią Dortmund w Lidze Mistrzów 0:6. Podobnież, bo nie zostało oficjalnie ustalone, kto grozi. A mieli zacząć grozić, bo Mioduski próbował usunąć z Legii Bogusława Leśnodorskiego, prezesa i mniejszościowego udziałowca klubu, uchodzącego za pupila stołecznego kibolstwa. Mioduski zadeklarował też, że zawiesza kontakty z klubem. Pod znakiem zapytania stoi jego wyjazd na mecz z Realem do Madrytu w przyszłym tygodniu, najbardziej prestiżowe spotkanie Legii od 2002 r., kiedy w ramach III rundy eliminacji do Ligi Mistrzów grała z FC Barceloną.
Porażająca jest tabandycka garda, od której odbił się Mioduski. Bo Legią realnie w dużym stopniu rządzili bandyci wywierający wpływ na decyzje udziałowców, choćby poprzez działania narażające klub na kary finansowe.
Oczywiście Legia zaprzeczy, że groźby pod adresem Mioduskiego padły ze strony jej kibiców. Będziemy zapewne karmieni opowieściami o nieznanych sprawcach. Ciekawe, czy jeśli „fani” stołecznej drużyny powrócą do publicznego lżenia właściciela klubu, jak to miało miejsce za czasów ITI (prezesem był Piotr Zygo, a Żyleta skandowała: „Legia to my, a nie Zygo i jego psy”), to Legia będzie się tłumaczyć, że to przypadkowi chuligani niemający nic wspólnego z prawdziwymi kibicami?
Zapytałem Seweryna Dmowskiego, szefa PR klubu: czy prawdą jest, że członkowie zarządu KP Legia wiedzieli, że w stosunku do Dariusza Mioduskiego są kierowane pogróżki lub czy takie pogróżki inspirowali? Pytanie wywołało groźby ze strony klubu. Oto odpowiedź: „Zarząd Legii Warszawa nie ma żadnej wiedzy na temat jakichkolwiek pogróżek wobec pana Dariusza Mioduskiego. Równocześnie Zarząd Legii deklaruje, że w przypadku powzięcia wiedzy o jakichkolwiek pogróżkach niezwłocznie skieruje do stosownych organów zawiadomienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa. Jednocześnie informujemy, że Legia Warszawa podejmie kroki prawne wobec wszystkich osób i mediów rozpowszechniających nieprawdziwe informacje w tym zakresie, w szczególności sugerujące wprost lub kontekstowo, że Zarząd Legii Warszawa inspirował takowe naganne działania”. Dla jasności, tylko zadaliśmy pytanie.
Pytanie drugie
Mioduski myślał, że Legię można ucywilizować. Że w polskiej klubowej piłce też jest biznes taki jak w energetyce, w której latami się specjalizował. Albo w handlu, chemii, nieruchomościach – we wszystkim, czym zajmował, się będąc prawą ręką Jana Kulczyka. Że dzięki dobremu gospodarzowi podejrzane układy kojarzące się z Legią z biegiem lat stracą ostrość, wyniosą się poza stadion. Że członkowie radykalnych grup fanów przestaną obnosić się z tym, że przy użyciu dzieci przemycają przez stadionowe bramki marihuanę i handlują nią na stadionie (oczywiście nikogo nie złapano, a jak wiemy, jeśli się kogoś nie złapie, to problemu nie ma, można więc oficjalnie dementować i informować, że handel narkotykami przy Łazienkowskiej 3 to medialny wymysł).
Ale mocno się przeliczył, stracił biznesowego nosa, jego oszałamiająca umiejętność robienia interesów gdzieś się ulotniła. Zwiódł go dziecięcy urok pięknego stadionu i gromada futbolowych kopaczy, z którymi miał osiągać sportowe szczyty. Nie dostrzegł, że za lukrową fasadą „piękna” futbolu pod znakiem Ł3 mości się bandycki układ. Trzyma się na tyle mocno, że nie drgnie mu ręka, by sięgnąć po przemoc. Zarząd klubu, dziś w skrajnej kontrze do głównego właściciela, tego układu może nie tworzy, ale też nie rozbija, a tym samym toleruje, obawiając się powtórki hejtu z trybun, jaki miał miejsce za czasów ITI.
Mioduski na taką tolerancję od początku nie miał ochoty, teraz dał swoim poglądom upust publicznie, próbując odwołać Leśnodorskiego. W specjalnym oświadczeniu napisał: „Nie jest prawdą, że jestem przeciwnikiem kibiców i dialogu oraz współpracy z nimi. Kibiców Legii uważam za jedną z kluczowych wartości tego klubu i zawsze to podkreślałem. Mój zdecydowany sprzeciw wywołuje za to tolerowanie, a nawet wspieranie osób, które w sposób świadomy działają na szkodę tego klubu i pod sztandarem Legii postępują niegodnie, wbrew wartościom klubu o 100-letniej tradycji. Dla takich osób nie powinno być miejsca nie tylko na stadionie, ale także w całej legijnej społeczności”. A także: „Jest kilka istotnych powodów utraty przeze mnie zaufania do zarządu Legii Warszawa, ale fundamentalnym jest ocena sposobu zarządzania klubem oraz jego budżetem”.
Tym samym główny właściciel przyznał się do ostatecznej utraty złudzeń co do możliwości ucywilizowania chuliganów i opanowania ich destrukcyjnych działań.
Seweryn Dmowski: „Zarząd Legii Warszawa nie komentuje obecnej sytuacji właścicielskiej Klubu. Dokonywanie zmian w Zarządzie Legii Warszawa znajduje się w kompetencjach Zarządu Spółki Legia Holding. Nie zapadła żadna decyzja dotycząca zmian w Zarządzie Legii. Zgodnie z oświadczeniami wszystkich właścicieli Legii, w tym Pana Dariusza Mioduskiego, podłożem sporu właścicieli Legii są odmienne wizje zarządzania Klubem”.
Trzecie pytanie
Leśnodorski takich złudzeń jak Mioduski nie miał. Więc nie tylko wytatuował na przedramieniu podobiznę Vita Corleonego, bohatera filmu „Ojciec chrzestny”, lecz pozwolił na to, by „dziarę” zrobił mu Piotr S. (dzisiaj C.), „Staruch”, słynny zapiewajło z Żylety, który od lat cieszy się przy Łazienkowskiej 3 łaskami władz („Staruch” jest tatuażystą). Uznanie prezesa dla legijnego herszta jest zresztą tak wielkie, że kiedy po jednym z meczów „Staruch” uderzył w twarz obrońcę i kapitana drużyny Kubę Rzeźniczaka (bo ten mu odpysknął), do załagodzenia konfliktu namawiano nie bijącego, ale pobitego. Co zresztą się udało.
Na decyzję Mioduskiego o wyłączeniu się z wpływu na Legię wpłynęły dwie sprawy. Pierwsza – to banda zamaskowanych kiboli, która w czasie pierwszego od 20 lat meczu Ligi Mistrzów w Warszawie (z Borussią Dortmund) próbowała sforsować zabezpieczenia chroniące trybunę gości. Działo się to na oczach Europy, widzieli to delegaci UEFA. Dodatkowo kibolstwu zarzucono oficjalnie skandowanie rasistowskich haseł pod adresem Borussii. Potem Legia kompromitowała się, wyjaśniając, że nie były to przyśpiewki rasistowskie, lecz tylko wulgarne. Za rasizm UEFA nakłada potężne kary finansowe i zamyka stadiony. Takie też zamknięcie nastąpi na meczu najbardziej wyczekiwanym przez normalnych kibiców, czyli Legia – Real Madryt 2 listopada. W środę zdecydowała o tym ostatecznie UEFA.
Zadarzenia w czasie meczu z Borussią są pochodną walki o wpływy wśród kilku grup kibiców z Żylety. Bo wbrew pozorom wcale nie stanowią jednolitej i karnej struktury. Przeciwnie – część „zaprzyjaźniona” władzami klubu jest u łask: zapraszana na koszt klubu na mecze w Warszawie (także w klubie Silver oraz w loży prezesa klubu), korzysta z cateringu, lata z drużyną samolotem na spotkania zagraniczne i „doradza” zarządowi, choć w sposób nieformalny. Jest jednak inna grupa, której Leśnodorski nie hołubi i która czuje się odrzucona. Ta grupa postawiła ultimatom „przyjaciołom” Leśnodorskiego: bywacie, macie wpływy, na pewno klub wam płaci, więc powinniście podzielić się z nami. Jeśli się nie podzielicie, to zemścimy się na klubie. Taką zemstę widzieliśmy w czasie meczu z Borussią. Wjazd na trybunę gości próbowali przeprowadzić kibole Radomiaka Radom, którzy dogadali się z grupą odrzuconych, by być ich zbrojnym ramieniem w wojnie o klub.
Ale to jeszcze nic. Może być znacznie gorzej i taki jest właśnie plan. Nieoficjalnie wiadomo, że do zarządu klubu docierają sygnały, że właściciele klubu mogą się zmieniać, ale kibice, a właściwie kibolstwo, nie zmieni się nigdy. I że Legia nigdy nie będzie stanowić własności właścicieli sensu stricte, ale zawsze będzie jedynie „własnością kibiców”. Zamierzają udowodnić to w sposób radykalny: jeżeli Mioduski będzie „szkodził” Legii poprzez dążenie do odwołania zarządu (co robi) i nadal będzie „psuł” atmosferę wokół klubu, właśnie on straci najwięcej. Na jednym z najbliższych meczów rozgrywek międzynarodowych – pierwotnie planowano, że będzie to spotkanie z Realem, ale teraz już wiadomo, że ze Sportingiem Lizbona na początku grudnia – grupa kibiców (prawdopodobnie znowu z Radomia) zamierza wbiec na boisko i doprowadzić do zerwania spotkania poprzez pobicie jednego z zawodników gości lub sędziego. W takiej sytuacji Legia przegra mecz walkowerem, zostanie na nią nałożona wielomilionowa kara finansowa i dodatkowo zostanie na kilka lat wykluczona z jakichkolwiek rozgrywek międzynarodowych, w tym nie tylko z Ligi Mistrzów (jeśli w tym sezonie zdobędzie mistrzostwo Polski), ale także z Ligi Europy, w której gra od dwóch sezonów regularnie, bywa że z niewielkimi sukcesami. Konsekwencje międzynarodowe, nie tylko sportowe, są trudne do wyobrażenia. Podobno zarząd klubu ma takie informacje i mówi się, że prowadzi negocjacje z kibolami, aby nie zrealizowali tego czarnego scenariusza. W tym kontekście decyzja Mioduskiego przestaje w ogóle dziwić.
Kolejne pytanie DGP do Seweryna Dmowskiego: czy to prawda, że zarząd KP Legia otrzymał ultimatum od części kibiców klubu: albo będzie kontynuował działania mające na celu utrzymywanie komitywy z radykalnymi kibicami, albo jeden z meczów Ligi Mistrzów zostanie zerwany wtargnięciem grupy zamaskowanych kibiców na płytę boiska, co narazi klub na gigantyczne konsekwencje nie tylko finansowe? I odpowiedź: „Nie jest to prawda. Oczekujemy niepublikowania nieprawdziwych informacji w tej kwestii” (formalnie wszystkie odpowiedzi są sygnowane podpisem Biuro Prasowe Legii Warszawa).
Warszawska Legia to wielki paradoks. Od lat. Kochana w Warszawie (choć nie całej), znienawidzona w Polsce (prawie całej), zdobywa tytuły i nie jest w stanie ich bronić. Kupuje piłkarzy, którzy kompletnie się nie sprawdzają, choć także takich, na których sprzedaży zarabia potem miliony euro. Nie umie zatrzymać trenera Stanisława Czerczesowa, który w ciągu części sezonu nadrabia spory dystans do czołówki ligowej tabeli, zdobywa Puchar Polski i mistrzostwo kraju. W jego miejsce zatrudnia Besnika Hasiego, człowieka bez większych osiągnięć. Bierze go w ciemno, bo jest kolegą z dawnych czasów dyrektora sportowego klubu Michała Żewłakowa. Nowy szkoleniowiec w cztery miesiące zamienia klub w pobojowisko, odpadając z rozgrywek Pucharu Polski i szorując po dnie ligowej tabeli. Jednocześnie, paradoksalnie, kwalifikuje się z drużyną grającą najsłabiej od wielu lat, do elitarnych rozgrywek UEFA i trafia na najlepsze kluby Europy, w tym Real Madryt. Kibole przekształcają ważny mecz w spektakl nienawiści i doprowadzają do zamknięcia stadionu na spotkanie z Realem, mecz jedyny w swoim rodzaju, który warszawskiej drużynie może się już nigdy nie trafić. W tle od wielu miesięcy tli się konflikt właścicieli, dotąd skutecznie zamiatany pod dywan, który powoli, ale konsekwentnie może doprowadzić do wykrwawienia się mistrza Polski, utraty tytułu i zamknięcia drogi eliminacji do Ligii Mistrzów w kolejnym sezonie. Może to i lepiej, bo takie rozgrywki na pustym stadionie to wstyd na całą Europę zwyczajnie niewyobrażalny.