Właściciele Legii Warszawa: W klubie jest kryzys, ale nie ma smuty [WYWIAD RIGAMONTI x 2]

Leśnodorski i Wandzel fot. M. Rigamonti
Leśnodorski i Wandzel fot. M. RigamontiGazetaPrawna.pl
20 października 2016

- Jesteśmy w kryzysie - przyznaje współwłaściciel Legii. Ale mimo to wylicza sukcesy: klub został trzy razy mistrzem Polski, zdobył Puchar Polski i po 21 latach jest w Lidze Mistrzów i chwali prezesa Bogusława Leśnodorskiego w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.

2164702-magdalena-i-maksymilian-rigamonti.jpg
Magdalena i Maksymilian Rigamonti w Dzienniku Gazecie Prawnej

Nie sądzę. To wręcz niemożliwe.

Chociaż jest tak, że odpowiadamy za zachowania kibiców na stadionie i wokół stadionu.

I jest wstyd.

Przy wejściu na sam stadion doszło do nieprzyjemnego incydentu, lecz trwał on krótko i został szybko opanowany. Nie ma co tego usprawiedliwiać, lecz takie rzeczy zdarzają się w tłumie. Ale by tego incydentu nie demonizować: sytuacja na dziś wygląda tak, że nadal zatrzymane są dwie osoby. Z perspektywy czasu można też powiedzieć, że hiszpańska policja również się nie popisała. Na stadionie było już OK.

Już jesteśmy ukarani za mecz z Borussią.

2 listopada gramy z Realem przy pustych trybunach.

Nie wiem, ja chyba nie. Nie wytrzymam tego.

Ja chyba też nie. Zobaczymy. Strasznie jest grać przy pustych trybunach. Już raz coś takiego przeżyliśmy, z Ajaxem Amsterdam. Na trybunach było wówczas kilkaset osób zaproszonych przez UEFA. Bawili się świetnie. Absurdalna sytuacja.

Skądinąd jeden z nich w koszulce „F***k UEFA”.

Inny miał szalik z krzyżem celtyckim, symbolem zabronionym na meczach. Dziwne to było.

Ja chyba nie chcę tego drugi raz przeżywać.

Nikt. To profesjonaliści, poradzą sobie. Nie wiem tylko jak Real, bo oni chyba nigdy nie grali przy pustych trybunach.

Wysokie. Chcą udowodnić, że potrafią grać, że są drużyną i że ten klub sobie poradzi. Naśmiewanie się z nich jest nie na miejscu.

Byli wówczas w najgorszym kryzysie. Zerwane więzi w zespole, problemy z trenerem.

Nie wiedziałem, że na takie tory zejdzie ta rozmowa. W Albanii nie mieliśmy informatorów. Zasięgaliśmy języka gdzie indziej, w Belgii na przykład, w której Hashi był trenerem i zdobył mistrzostwo kraju, grał w Lidze Mistrzów. OK, ale to nasz błąd, że go zaangażowaliśmy.

Chociaż to właśnie z nim awansowaliśmy do LM.

Oczarował nas tym, jak i co mówił.

Zaryzykowaliśmy. I ryzyko się nie opłaciło. 

Błąd zrobiliśmy i tyle. Teraz trzeba się podnieść, jak w sporcie.

To żart? Zgodził się na pewne kompromisy, ale to chyba lepiej, jak Bogusław opowie.

Okazał się porządnym człowiekiem. W biznesie jest tak, że ludzie jak nie muszą, to nie rezygnują z kasy. On się zachował fair, nie zażyczył sobie całej przysługującej mu odprawy.

Jesteśmy w kryzysie, ale... Proszę jednak zważać na proporcje, bo od kiedy Bogusław jest prezesem, to klub został trzy razy mistrzem Polski, zdobył Puchar Polski i po 21 latach jest w Lidze Mistrzów. Mamy trudny moment, ale i tak znacznie większa jest liczba sukcesów niż porażek. Proszę nas sprawiedliwie oceniać.

Nie mam poczucia, Maciek, żeby pani nas niesprawiedliwie oceniała.

Tylko mówię o tym, że przez wiele lat w tym klubie był czas wielkiej smuty. Teraz jest kryzys, ale nie ma smuty.

Ale przeciwnik największy z możliwych. Jeśli ktoś chciał nam zrobić kłopot, to zrobił i tym, co się działo na meczu z Borussią i tym, co się działo w Madrycie.

No, ale chłopaki nie płaczą.

Pieniędzy?

Na pewno ponad 3 mln zł. Takie są bezpośrednie straty. Bilety, gastronomia, loże, prawa telewizyjne, a do tego sklep, w którym sprzedajemy naszą kolekcję.

To jest polityka światowa firmy sportowej, która dla nas przygotowuje kolekcje. Proszę jednak zajrzeć do sklepu, tam są też tańsze rzeczy bez ich logo.

Zarabiamy też na transferach. Bogusław ma do tego nosa, wyczucie do kupowania piłkarzy i sprzedawania ich w dobrym momencie.

Nie, powiem na przykładzie. Mieliśmy ofertę sprzedania Michała Pazdana.

Za prawie 4 mln euro. Nie weszliśmy w to, zrezygnowaliśmy z tych pieniędzy dla dobra klubu. I przekonaliśmy Michała, że warto zostać.

Również. Choć i tak ma u nas mniej, niż by zarobił w Turcji. No, ale jest u siebie.

O, Jezus Maria!

Dużo. Został w klubie, ale zaraz potem złapał kontuzję i nie mamy ani pieniędzy, ani piłkarza. To żart, oczywiście. Zaraz będzie z nim wszystko w porządku. On jest dobry i dobrze zarabia. Inni też.

Lewandowski jest dwa razy więcej wart niż nasz klub.

Wie pani, myślimy, że wśród dzieciaków, których teraz wychowujemy i szkolimy, jest co najmniej kilku takich Lewandowskich. Dlatego inwestujemy w młodych, w dzieciaki. Najwięcej w Polsce wydajemy na Akademię Piłkarską.

Na razie na jednym sztucznym boisku trenują wszyscy. Negocjujemy z miastem, żeby jeszcze dwa wybudować. Wracając, dzień meczowy bez kibiców to jest dziura w budżecie, bo to jest moment największych zysków. Mamy 80 tys. euro kary do zapłaty i najgorszą z możliwych kar: zamknięcie stadionu. A pieniądze są nam potrzebne choćby po to, żeby rozwijać Akademię.

OK, to nie zrobimy transferu, nie kupimy nowego zawodnika.

Powiedziałem o dzieciach, bo inwestowanie w młodych dla tego klubu jest dużo sensowniejsze niż płacenie kary. Cały czas mamy za mało pieniędzy.

Z 80 mln do 220 mln zł w cztery lata, bo klub cały czas się rozwija.

Obawiam się jednak tych pośrednich strat związanych z karami UEFA.

Nie. Tylko ponad dwudziestu. Ponad 80 to my zidentyfikowaliśmy i mają dwuletni zakaz stadionowy.

I żaden nie jest w areszcie.

Nie będę tego komentować.

Minister spraw wewnętrznych najlepiej.

Policja zatrzymała 23 osoby, którym postawiła zarzuty. Rozumiem, że nie było przesłanek, by je trzymać w areszcie. My możemy wydać zakazy stadionowe. I korzystamy z tego prawa. Dotąd nigdy tyle osób naraz nie dostało zakazu.

Dla kibica ogromna.

Nie ma jak tego zrobić. Choć na poważnie rozważamy pozwy cywilne, lecz to długa procedura.

Kilkunastu z nich.

Mamy kibiców w wielu miejscach w Polsce. Ci byli akurat z Radomia.

Słyszałem o takiej tezie.

Sugeruje pani, że to było ustawione?

Może oni rzeczywiście przyjechali na ten mecz z planem zrobienia zadymy.

Tak nie działają kibice sfrustrowani, załamani porażką swojej drużyny.

Nie można. Naprawdę jesteśmy czujni.

Nie ma w sprzedaży na Legii. Choć uważam, że piwo powinno być do kupienia.

Teoretycznie słabe piwo można sprzedawać na meczach, które nie mają podwyższonego ryzyka, ale że w Warszawie wszystkie są ryzykowne, to praktycznie sprzedaż jest niemożliwa.

Zdarza się, że coś wniosą, ale rzadko. Na Żylecie się nie pije. Po sprzątaniu wiadomo, na której trybunie było pite, bo leżą małe buteleczki. Jednak ludzie raczej wchodzą już po spożyciu alkoholu.

Nie, nie sprawdzamy. Ale ochrona nie wpuszcza pijanych. Alkohol to na meczach margines.

Mogą.

A jak to mamy sprawdzać? Przecież to by było naruszanie prywatności. Kontroluje się wnoszenie rzeczy niebezpiecznych. Działamy w granicach prawa.

Te puste trybuny to kara bardzo dotkliwa, niesprawiedliwa. Wie pani, problem w tym, że naszym zdaniem za to, co się wydarzyło na naszym stadionie, nie powinniśmy dostać takiej kary. Nałożono ją nie tylko za ten incydent, ale też za to, co się działo na Legii przez ostatnie lata w rozgrywkach europejskich. Kluby z Europy wschodniej funkcjonują trochę w innej tradycji. Zorganizowany doping, race, stanie w przejściach – u nas to dopuszczalne. Gdyby na meczu Odry Wodzisław ze Śląskiem Wrocław kibice biegali po korytarzach, to żadne media by o tym nawet nie wspomniały. Mamy świadomość, że to jest Liga Mistrzów. I jednym z najczęstszych naszych wykroczeń odnotowanych przez UEFA jest właśnie stanie w przejściach. Mamy chyba 16 postępowań w tej sprawie.

Mówię, że to, co dla nas jest dopingiem, dla nich jest wykroczeniem i ja to rozumiem. Wcześniej na naszych trybunach były flagi. Okazało się, że to niezgodne z procedurami, to się ich pozbyliśmy.

To było na meczu Ekstraklasy, nie na europejskich rozgrywkach. Jednak ponad rok temu na meczu wyjazdowym w Danii ktoś wywiesił transparent z napisem „Europe Wake Up”. Chodziło o uchodźców. Dzisiaj pewnie cała Europa by się z takim transparentem zgodziła, ale wtedy to było odebrane jako tekst antyimigrancki. Legia była oskarżana o rasizm. A co do wspomnianego transparentu było nam wstyd, przeprosiliśmy i liczymy na to, że takie wypowiedzi się nie powtórzą.

Zdjęliśmy wszystkie, nawet te, które wisiały przez lata. A jeśli chodzi o rasizm, to opowiem anegdotę. Pojechaliśmy do siedziby UEFA z Dominikiem Ebebenge, który pracuje u nas od lat, a którego ojciec pochodzi z Kongo. Pojechaliśmy rozmawiać o rasizmie w Legii. Duża organizacja, wielka siedziba w Szwajcarii. Nie spotkałem tam ani jednej osoby z innego kręgu kulturowego... Podobnie nie odnotowałem obecności kobiet na ważnych stanowiskach....

Może był tam jeszcze ktoś inny, ale nie spotkaliśmy, co pokazuje, jak konserwatywna to instytucja. Niektóre ich działania są podszyte lekką hipokryzją.

Chcę jednak powiedzieć, że w pełni tych gości z UEFA rozumiem, bo jeśli ciągle ma się z kimś kłopot, a oni mają z nami, to trzeba ponosić konsekwencje.

No, gdzie ja się przymilam? Nie jestem zachwycony tą instytucją, bo jeśli ona uzurpuje sobie prawo, by pouczać innych, to sama powinna być nienaganna. Staram się patrzeć na nich jednak jak na wielkie biznesowe przedsięwzięcie złożone z akcjonariuszy, czyli największych klubów sportowych w Europie. Nie dziwię się, że mówią do nas: to są nasze rozgrywki, jeśli chcecie w nich grać, to musicie stosować się do naszych zasad.

Wstyd nam za to, co się zdarzyło na naszym stadionie, wstyd za Madryt. Jednak okazuje się, że kluby, w których były incydenty znacznie gorsze i poważniejsze, takich kar nie poniosły. Przeanalizowaliśmy całe orzecznictwo organów UEFA i czasem trudno doszukać się sprawiedliwości.

Niestety, nie ma Polaków w żadnych organach jurysdykcyjnych UEFA. Nigdzie nas tam nie ma. Gdyby ktoś był, to by zadzwonił do swojego kolegi Włocha, Hiszpana, Szweda i rozmowa o Legii byłaby na innym poziomie.

Hmmm, niewiele znaczymy. Pewnie, kiedy Platini był szefem UEFA, to Zbigniew Boniek miał na niego jakieś przełożenie.

Ale już go nie ma, nie ma do kogo zadzwonić. Trzeba to zmienić.

Zbyszek i tak się oficjalnie zaangażował w to, żeby nam pomóc. Wysłał list do UEFA.

My też złożyliśmy bardzo dobre odwołanie. Wykazaliśmy, że za podobne incydenty nie zamykano stadionów.

Niestety, organy dyscyplinarne żyją trochę swoim życiem. Część ludzi w UEFA przyznaje, że sami zagonili się w kozi róg, że polityka dyscyplinarna jest nielogiczna. No, bo jaka jest logika w zamykaniu stadionów? Jest to kara dla tych, którzy nic nie zrobili. Trzeba nam było dać pół miliona euro kary i pozwolić uczciwym ludziom kibicować. Wie pani, jestem w takiej sytuacji: poświęciłem Legii ostatnie cztery lata życia. Wszystko rzuciłem i zająłem się klubem. Doprowadziłem do tego, że gramy w LM.

To już inna sprawa. Ale gramy w LM, jesteśmy wśród najlepszych w Europie. I nie mieści mi się w głowie, że grupa kibiców umówiła się z drugą grupą kibiców, że rozwalą mecz, że będzie awantura, wstyd na cały świat. I obciążenie dla klubu na całe lata.

W naszym społeczeństwie też jest grupa, która uważa, że za komuny było lepiej. Niestety, wśród naszych kibiców też są ludzie, którzy twierdzą, że kiedyś, kiedy rządził chaos, było lepiej. Ale to jest kilka procent, mniej niż pięć. Uważają, że ten spokój to jest ograniczanie ich wolności.

Twierdzą, że jest układ pomiędzy nami a dużą częścią kibiców. Uważają, że prawdziwi kibice nie powinni robić tego, co klub chce, co chcą właściciele, prezesi. Dążą do jakiejś patologicznej niezależności i wyrażają ją przez agresję.

Pani się serio pyta? Kibice to przekrój społeczeństwa. Naprawdę. I tak jak w każdym społeczeństwie są tacy, którym władza się nie podoba. W tym wypadku władza to my. Ci zatrzymani mają w większości po dwadzieścia parę lat, ale też większość z nich intelektualnie zatrzymała się na początku podstawówki.

Bo trzeba być kretynem, żeby na pierwszym meczu Ligi Mistrzów, na którą czekaliśmy 21 lat, zniszczyć wszystko. Nie wiem, może to był dla nich wymarzony moment, żeby się pokazać, zaznaczyć swoją obecność.

Nie zrobią, bo nie wejdą na mecz.

Błagam...

Teraz już będziemy zarządzać biletami na meczach wyjazdowych, będziemy decydować, kto jedzie, a kto nie.

95 proc. kibiców gra do jednej bramki. I nieważne, czy są studentami, biznesmenami czy robotnikami.

Jeśli chodzi o przemoc, to tak. Ale w przeszłości, kiedy poprzedni właściciele podejmowali jakąś decyzję, to 80 proc. kibiców protestowało. W innych klubach podobnie. Rządzili, bo kiedy władze klubu chciały coś na nich wymusić, to wystarczyło, że mówili: nie kupujemy biletów, nie przychodzimy na mecz, nie ma nas, nie ma was. I już był strach, bo jak nie kupią biletów, to klub nie zarobi. Tak było w Wiśle Kraków, w Zawiszy Bydgoszcz i w Legii za czasów ITI. Teraz to zostało odwrócone. Nasza polityka dążenia do normalności ma wsparcie i to jest duże osiągnięcie.

Nie. Choć są ludzie, którzy uważają, że gdybyśmy Żyletę zamknęli, to oni by sobie w spokoju obejrzeli na żywo mecz z Realem.

Rozżaleni są. Mają za sobą lata upokorzeń, doczekali się Mistrza Polski trzy razy z rzędu, wejścia do Ligii Mistrzów, a teraz co...

Zamknięcie Żylety wydawało mi się abstrakcyjne. Na Żylecie siedzą różni ludzie, z różnych grup społecznych.

Socjologowie nazywają to wspólnotą wyobrażoną, kolektywną tożsamością.

Miłość ich łączy i my na to stawiamy: miłość do piłki, miłość do Legii. Tłumaczyliśmy, że miłość do klubu jest najważniejsza, że klubowi nie można szkodzić, że nawet jak ktoś ma radykalne poglądy, to powinien je demonstrować poza stadionem. I to się udawało, bo przecież aż do meczu z Borussią na pucharach europejskich nie zdarzył się żaden incydent związany z przemocą, nawet na ciężkich wyjazdach był spokój. Na rozgrywkach krajowych był jeden, trzy lata temu.

Nie można. Jeśli nasi kibice już zapalają race, to zazwyczaj robią to w pierwszej i dziewięćdziesiątej minucie. Nie wrzucają ich na boisko. Nie przerywają meczu.

Do tej pory nie robiliśmy problemów.

Wie pani, jakiej wielkości jest raca? Kilka centymetrów. Można wnieść tak, że ochrona nie zauważy.

Pirotechnika to nie jest problem przemocy ani mowy nienawiści.

Na słynnym Pucharze Polski w maju tego roku kibice Lecha Poznań wrzucali na boisko race. Nasi kibice nie reagowali. Był spokój.

Ponad sześć tysięcy.

Kilkadziesiąt z nich powoduje katastrofę.

No tak, to jest katastrofa.

Na stadionie mieści się 31 tys. Choć szacujemy, że takich, którzy przychodzą na mecze, jest w sumie ponad 80 tys.

Kartę kibica ma 400 tys. ludzi. I dla nich Legia to sprawa w życiu najważniejsza albo prawie najważniejsza.

W aglomeracji mazowieckiej 1,5 mln ludzi deklaruje się jako fani Legii, a w skali całego kraju nawet 5 mln. Średnia w poprzednim sezonie to 24 tys. na każdym meczu, czyli przychodzi 18 tys. zwyczajnych kibiców, nie ultrasów.

Bzdura, to fałszywy stereotyp, z którym walczymy.

Zaszkodzili nam, ale nie rządzą klubem. Nasze służby ochrony ich zablokowały. Cała akcja trwała kilka minut. Nie doszło do żadnego starcia z kibicami Borussi.

Ale jednak nie doszło. I jeszcze raz mówię, nie rządzą nami.

Raczej zaszkodzili sobie. Nie wejdą już na ten stadion. No i zdyskredytowali się w oczach innych kibiców, nawet tych ultrasowskich.

Przez nich nikt na żywo nie zobaczy meczu naszych marzeń, z Realem. Bezgraniczna frustracja i wściekłość.

Ba, jeszcze zaostrzymy politykę dotyczącą bezpieczeństwa.

Tej grupie niezadowolonych?

Zaraz jeszcze pani powie, że Bogusław ma tatuaż na ręku z Vito Corleonem. To w pani gazecie napisali.

Pokażę, proszę bardzo. Kocham „Ojca chrzestnego” jako dzieło sztuki. I lubię tatuaże. Moja mama ma ponad 70 lat i też ma kilka tatuaży, ostatnio zrobiła sobie kolejny. Zresztą, mama mnie na „Ojcu chrzestnym” wychowała. Jakby chciała pani oglądać bez głosu, to mogę dubbing zrobić. Mam jeszcze inne tatuaże, ale trudniej byłoby pokazać. Wie pani, tak rozmawiamy o kibicach, a ja myślę, czy to możliwe, żeby prezes jakiegoś klubu zmienił kibiców, ludzi po prostu. Jakimkolwiek by był kozakiem, jakiekolwiek pieniądze by za mną stały, to moją rolą nie jest zmienianie postaw społecznych.

Przecież to się nie siada i nie gada. Myślę, że to państwo i odpowiednie prawo powinny wpływać na zmienianie postaw. Ja nie zamierzam bawić się w małego boga. Uczestniczyłem w spotkaniach z decydentami, wysokimi urzędnikami, szefami instytucji i służb porządkowych. Tłumaczyłem, że jeśli kibice mają respektować prawo, to najpierw ci decydenci i politycy muszą im dawać przykład. Mówiłem im, że nie mogą robić sprawy karnej Piotrkowi Staruchowiczowi za siedzenie na płocie, bo się tylko ośmieszają.

Przecież to facet, który prowadził doping na co najmniej 250 meczach, to jak go mam nie znać! I z tego, co wiem, to nie ma już żadnych, lub większości, zarzutów.

W Anglii to państwo wzięło na siebie sprawę powszechnego bandytyzmu stadionowego.

Wzięło, bo ten bandytyzm był szkodliwy społecznie.

U nas jest tak, że na razie mieliśmy dwa incydenty. Pierwszy na meczu z Jagiellonią Białystok, drugi teraz. Za pierwszym razem przyszli do mnie ludzie, wytłumaczyli, powiedzieli, że zostali sprowokowani, przeprosili. Uwierzyliśmy, daliśmy szansę. Teraz się okazało, że część z tamtych osób brała udział w ostatniej akcji.

Z monitoringu to wynika.

Mamy dość zaawansowaną technologię.

Ale oni już nie dostaną drugiej szansy.

Można skorzystać z obowiązującego prawa i nie wpuścić na imprezę masową kogoś, kogo uważa się za osobę niebezpieczną.

Ale też powszechnie wiadomo, że jest złożony projekt ustawy, który likwiduje ten przepis.

Bo zdaniem autorów ogranicza wolności konstytucyjne. Zresztą środowiska kibicowskie podnoszą argument, że zakaz stadionowy też jest niekonstytucyjny. Wychodzą z założenia, że konstytucyjne prawo każdego obywatela do korzystania z dóbr kultury nie może być zakazywane przez prywatnego właściciela klubu sportowego. Niech pani spojrzy, ja tu siedzę, tuż nad wejściem do Legii. Wiem, kto wchodzi, wielu kojarzę. Kolejka stoi po bilety na najbliższy mecz z Lechem Poznań. Widać kto, kto z kim, mogę pani powiedzieć, że tego, co tam stoi, kojarzę z Żylety, zresztą połowa ludzi tu z Żylety.

Nie, nie sądzę. O, ten z papierosem też z Żylety. I tamtych pięciu też.

Głównie młodzi są na Żylecie, trzeba mieć siły, żeby przez cały mecz dopingować drużynę.

Pewnie, że chodziłem.

W 1993 r., kiedy nam zabrali mistrzostwo Polski, to miałem kilkuletni kryzys. Potem wróciłem.

Oj, grubo się krzyczało. Można się było nauczyć wszystkiego, czego nie można w normalnym życiu powtórzyć. Teraz jest łagodniej. Doping zorganizowany pozwala przetrwać mecz z dużo mniejszym stresem. Ciężko znoszę sytuacje, na które nie mam wpływu. A wie pani, że w Barcelonie doprowadzili do tego, że na meczach wszyscy siedzą i patrzą – i jest jak w teatrze. Unosi się zapach cygar i jest aplauz po każdym pięknym zagraniu. Ich Leo Messi jest wart tyle, co trzy razy nasz klub, więc oni przychodzą popatrzeć na niego w skupieniu i w ciszy.

Nie, tam naprawdę tak jest.

Trybuny Realu są ludyczne, wesołe. Uwielbiam ten stadion. Każdy mecz zaczyna się od arii operowej. A ja lubię operę... Na meczu siedzieliśmy obok prezesa Realu i Placido Domingo.

Ja już i operę, i teatr mam za sobą. Moja mama pracowała w redakcji miesięcznika „Teatr”, spędziłem wczesną młodość, chodząc po teatrach ubrany w garnitur.

Teraz teatry raczej omijam.

Ja to jestem typowym Januszem. Urodziłem się w Bydgoszczy, mieszkałem w Słupsku, gdzie nie było drużyn, z którymi można było się wiązać. Studiowałem w Poznaniu, ale wtedy też jeszcze nie kibicowałem, oczywiście oprócz reprezentacji Polski. Moim idolem, notabene, był Zbigniew Boniek.

To jest raczej szorstka przyjaźń. Nie pojmuję dlaczego do końca. Nasi rodzice pracowali z w jednym pokoju w Wojewódzkim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej w Bydgoszczy. Był moim idolem.

Wie, mówiłem mu to parę razy, ale nie robi to na nim większego wrażenia. Prawdziwym kibicem stałem się, kiedy mój syn zaczął grać najpierw w Kosie Konstancin, potem w Legii. Zdolny bramkarz, kapitan w kilku rocznikach. Był w Szamotułach, w Lechu Poznań... Teraz jest po sześciu operacjach kolana. A ja rzeczywiście miałem propozycję zostania udziałowcem Lecha Poznań, potem okazało się, że mój przyjaciel Bogusław dostał propozycję zostania prezesem Legii i niejako naturalnie chciałem mu pomóc. Pożegnałem się z Lechem i przyszedłem na Łazienkowską, na którą i tak przychodziłem dziesiątki razy, bo syn grał tam mecze. Był kapitanem rocznika '95.

O, pani patrzy, tu są panowie, co chyba na trybunę rodzinną się wybierają. Ciekawe jest to, że kibicom z Żylety porodziły się dzieci, więc przychodzą z tymi dziećmi na rodzinną.

Ale wypić potrafią przed meczem, a potem się drzeć.

Po sześć dych. O, tu jest starsza pani, wbrew pozorom sporo starszych pań przychodzi.

Nie, nie powiem. Większość to młodzi mężczyźni, którzy kochają Legię.

To będzie miała na imię Legia. U mnie też tak miało być, ale żona poszła do urzędu i inaczej to rozegrała.

My wiemy, jakich mamy kibiców. I wiemy, że zawiedliśmy.

Rękę podajemy. Kultura obowiązuje.

Na dziś to mało prawdopodobne. Ciężko powiedzieć, czy porozumienie ma sens.

Rozłam niczego dobrego nie przyniesie. Upublicznienie tego sporu jest złe.

My nie, sam nie rozumiem tej sytuacji.

Ten klub ma sto lat i niejednego prezesa przeżył, i niejednego udziałowca. Tak że spokojnie. 

Wie pani, piłka nożna to najbardziej nieprzewidywalny biznes, jaki znam. 

Autopromocja
381367mega.png
381364mega.png
381208mega.png
Źródło: GazetaPrawna.pl / Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.