„Trzeba zdawać sobie sprawę, komu się dawało”, „Gwałt jest dla kobiety tak stresujący, że nie da się zajść w ciążę”, „Opozycja sprowadzona do poziomu wulgarnych c...”. Oburzenie na panów, którzy wyrażali podobne zdanie na temat czarnego poniedziałku i protestów przeciwko zaostrzeniu ustawy antyaborcyjnej, oczywiście się przetoczyło. I co? Nic
Można oczywiście popaść w zachwyt nad stoma tysiącami protestujących w ramach strajku kobiet. Że to nowa siła polityczna. Że w kilka dni zmobilizowała się ogromna masa kobiet (i trochę mężczyzn) z całej Polski. Że udało się doprowadzić do odrzucenia projektu prawa, który wywołał ogromny opór społeczny. Sto tysięcy osób na demonstracjach w całym kraju to wynik zaskakująco dobry. Przyznam, sama spodziewałam się o wiele gorszego. PiS błyskawicznie wycofał się z zaostrzenia przepisów (nie ma co udawać, że to był projekt obywatelski, choć taki „przekaz dnia” od poniedziałku starają się podawać „Wiadomości”), a premier Szydło oficjalnie zrugała ministra Waszczykowskiego. To wszystko wygląda na jakiś tam sukces. Ale czy realnie poprawi sytuację kobiet? Czy spowoduje, że inaczej zacznie się patrzeć na feminizm i jego rolę w kształtowaniu nowoczesnego społeczeństwa? Czy wreszcie same kobiety masowo i powszechnie zaczną interesować się tym, jak wygląda ich pozycja w systemie prawnym i czy można ją poprawić?
Przykro mi bardzo, ale nie sądzę.