Kawałek trzeba iść, tam, prosto. Nie, nie tak daleko. Samochodem lepiej nie, bo się można zakopać. Tu jest czarna ziemia, urodzajna, w niektórych miejscach taka jakby tłusta. Chodźcie – tak zaczęła się nasza pierwsza podróż po Wołyniu. W listopadzie 2013 r. zabrał nas w nią archeolog Olaf Popkiewicz. Poznaliśmy go dwa lata wcześniej na ekshumacjach IV cmentarza katyńskiego w podkijowskiej Bykowni.
Reklama
Idziemy. Pół godziny, godzina. Puste pola. Nic. Żadnego życia. Tam były Ostrówki, tam Wola Ostrowiecka, szkoła, kościół.
Teraz nic, żadnego śladu. Nie, w polu zeschniętych słoneczników stoi mały krzyżyk. Wyłania się tylko wtedy, kiedy powieje wiatr i przegnie lekko słoneczniki, które z daleka wyglądają jak ludzie. Ten krzyżyk ktoś postawił w miejscu kościoła. Taki sam jest wbity w ziemię, na której była szkoła.
– Chodźcie jeszcze kawałek. Tam, do lasu.
Strach jakiś czuć, grozę, dziwnego coś. Ale idziemy. Może dlatego, że listopad i szaro.
– Tu ich znaleźliśmy, 231 osób. W 2012 r. ich znaleźliśmy. Wcześniej rosły tu podobno dobre kurki.
Na tym poletku tyle osób? Jak się zmieścili w takim małym grobie?
– To kobiety i małe dzieci, średnia wieku siedem lat. Matki i dzieci razem, powtulane, to się zmieściły. Trupie Pole na to mówiono.
Wtedy, 29 sierpnia 1943 r., podobno strasznie było gorąco. Opowiadać? Najpierw kobiety, dzieci spędzono do kościoła w Ostrówkach. Ale nagle we wsi pojawili się Niemcy. I Ukraińcy zaczęli się wycofywać. Kobiety i dzieci wzięli za żywe tarcze. A kiedy nad polem pojawiły się samoloty, zaczęło się mordowanie. Najpierw tylko bagnetami i siekierami. Po chwili dowódca dał zgodę na strzelanie. Kazano im się kłaść na ziemię i strzał po strzale. Dobrze, że strzelali, bo dzięki łuskom znalazłem szczątki. Inaczej byłby problem.
Po wszystkim ciała zostawiono. Mówiłem, że upał, więc śmierdzieć zaczęły dość szybko. Odór straszny było czuć aż we wsi Sokół, w której stacjonowali żołnierze UPA. Po tygodniu było już na tyle nie do wytrzymania, że dowódca nakazał 12 ukraińskim kobietom i dzieciom zakopać zwłoki. To była kara za to, że nie wszyscy Ukraińcy popierali UPA. Ludzie to pamiętali, przychodzili, kiedy ekshumowaliśmy, opowiadali makabryczne historie. Idźcie, pogadajcie, zobaczycie, że to nie jest tak, że byli tylko źli Ukraińcy...
Pogadaliśmy, spotykaliśmy i takich, którzy odwracali głowy, i takich, dla których to, co się stało, wciąż jest cierpieniem.
Eksterminację Polaków Ukraińska Powstańcza Armia zapoczątkowała rzezią mieszkańców Parośli, 9 lutego 1943 r. Jednak do największych zbrodni doszło latem tego roku. Zniknęło ponad tysiąc polskich wsi. W 2013 r. jeszcze nie bardzo ktoś się w Polsce tym interesował. Wojciech Smarzowski jeszcze nie ogłosił, że będzie robił film „Wołyń”, większość naszych znajomych wiedziała, że Wołyń jest gdzieś na wschodzie i że coś złego się tam stało w czasie II wojny. Ale co dokładnie?
Do Ostrówek i Woli Ostrowieckiej jest z Warszawy tylko 380 km. Trupie Pole leży tuż za polsko-ukraińską granicą, tuż za przejściem w Dorohusku. Blisko, a jakby inny świat, jakby czas się zatrzymał. – Będę tu wracał – słyszę od Maksa. Po dwóch tygodniach jest już znowu na Wołyniu. Potem, przez następne dwa i pół roku, jedzie tam jeszcze 11 razy. Przygotowany, z wydrukowanymi przedwojennymi mapami Wołynia, ze współrzędnymi GPS dla każdej polskiej wsi, dla każdego miejsca, którego nie ma. Z wiedzą z przeczytanych o Wołyniu książek. I tylko z jednym aparatem, średnioformatowym rolleifleksem z lat 40.
– Takim aparatem ktoś wtedy tam mógł robić zdjęcia – mówi. – Może zobaczę coś, co zostało.
Przyjeżdża, wywołuje kolejne filmy. Prawie wszędzie puste pola. Czasem jakieś drzewka owocowe w jednym niewielkim skupisku.
– To znak, że był to jakiś sad, a jak sad, to i dom, i kolejny dom, i cała wieś. Tu, patrz, zaszczepione drzewa, chyba grusza z jabłonią, niedawno ktoś to musiał zrobić. Dla mnie to jak symbol, że tu przed tym 1943 r. Polacy i Ukraińcy żyli w przyjaźni.
W przedwiośniu dzwoni z Wołynia podekscytowany:
– Wiesz, że jak śnieg topnieje, to robią się takie obrysy fundamentów dawnych domów? Białe kwadraty, jakby dom przy domu stał. Znika śnieg i nic nie widać. Pustka.
Oglądam zdjęcia z Janowej Doliny, robotniczej osady. Polacy pracowali tu przy wydobyciu wapienia. Nie ma nic. Patrzę na Hutę Pieniacką, na Parośl, na dziesiątki innych pustych miejsc. I na ludzi, na Ukraińców, głównie starych. Bo młodych prawie w wołyńskich wsiach nie ma. Wyjechali do Lwowa, a może i nawet do pięknego Kijowa.
Wiosną jedziemy razem. Najpierw dwupasmówką, która mknie aż do samej stolicy. Odbijamy na południe, do Marii Woli. To niedaleko Włodzimierza. Z wykazu gospodarstw z 1939 r. wynika, że żyło tu 11 rodzin. Pusto. Z daleka widzimy staruszkę. Podpiera się dwoma kijami. Idzie jakby do nas. Jakby chciała coś powiedzieć. Pierwsi zagadujemy mieszanką polsko-rosyjsko-ukraińskiego języka. Opowiadamy, pytamy, jak się nazywa, o Maria Wolę, o to, co pamięta.
– Sofija – przedstawia się. – Ale wy przecież Polacy, to Zośka, Zośka jestem.
Oczy jej się szklą. Mówi, że jest wdową, że mąż był Ukrainiec, a jego brat w UPA i że mordował tu w Marii Woli. Płacze, twarz zakrywa dłońmi. My płaczemy. Jacy z nas profesjonaliści, kiedy na chłodno, bez emocji nie dajemy rady zrozumieć tego, co się wydarzyło na Wołyniu ponad 70 lat temu i co dzieje się teraz? 12 lipca 1943 r. zamordowano tu widłami, siekierami, nożami ponad 220 Polaków i Ukraińców z polsko-ukraińskich rodzin, w tym 30 osób wrzucono do studni i zasypano kamieniami.
Pani Zośka zaprasza nas do siebie, obiecuje poczęstować pysznym sokiem z brzozy, a my zapewniamy, że przyjedziemy. I pojedziemy jeszcze tej jesieni.
Długi weekend majowy 2016 r., prawosławna Wielkanoc. Ciepło jak latem. Pięknie. Na wsiach wołyńskich goście. Widać choćby po zaparkowanych przy chałupach samochodach. W zwyczajne dni raczej ludzie tu wozami zaprzężonymi w konie jeżdżą. Wójt w Równem wręcza nam butelkę bimbru przedniej jakości, nie z kartofli, tylko ze zdrowego brzozowego soku. Mówi po polsku, że chce między Polakami i Ukraińcami porozumienia, ale wiadomo, że to porozumienie to na wysokich politycznych szczeblach.
Zajeżdżamy jeszcze do Kisielina. Tu w niedzielę, 11 lipca 1943 r., jak co tydzień zjechali na mszę Brzezińscy z Woronczyna, Kraszewscy z Zapustu, Kuleszowie z Żurawca, Bronka Słotwińska z Twerdyn, Gardzyńscy z Warszawki, Skibińscy i Zienkiewicze z Rudni, był też Teofil Sidorowicz z Trystaku. Przyszły dwie młode Jonaszkówny i 17-letnia Julka Filipkówna z samego Kisielina i kilkadziesiąt innych ludzi. Wszystkich było ponad setka. Zamordowano 90. Ostatnich dobijano bagnetami. Do kościoła można wejść bez problemu, nie ma drzwi ani okien, nie ma też dachu. Ale to jedno z niewielu miejsc, które jest, w którym coś jest, coś zostało. Wołyń zdominował nasze życie. Zdjęcia układają się w książkę, w mapę miejsc, których nie ma.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej