Nawet jeśli Brytyjczycy zagłosują za wyjściem z Unii, referendum na Wyspach nie jest dla rządu wiążące. Nie istnieje żaden zapis, który nakazywałby automatyczne zastosowanie się do decyzji wyrażonej w plebiscycie. Czego zatem oczekiwać po ogłoszeniu oficjalnych wyników? Dopóki nie ustosunkuje się do nich rząd i nie zaakceptuje icj parlament, wyniki pozostają tylko opinią. W szarej strefie, między głosem ludu a decyzją parlamentu, pozostaje ogromne pole do działania. Tak jak zawsze w przypadku unijnych referendów.



Według prawnika i publicysty magazynu „New Statesman” Davida A. Greena niewiążący charakter referendum może być furtką dla rządu Davida Camerona. Przy niskiej frekwencji lub przy bardzo wyrównanym wyniku pozwala ona wywrócić stolik. Taką możliwość gwarantuje doktryna suwerennego parlamentaryzmu, wyprowadzona z myśli brytyjskiego konstytucjonalisty Alberta Venna Diceya. W jej założeniu władza parlamentu jest najwyższa. Nie może być przez nikogo zakwestionowana. Prawo kontynentalne nie uznaje tej zasady. Uwielbia ją za to – i odwołuje się do niej – PiS w sporze o Trybunał Konstytucyjny. Furtki pozwalające ominąć wolę ludu są zresztą mechanizmem powszechnym w europejskiej polityce.
Reklama

Pobierz raport Forsal.pl: Brexit vs Twoja firma. Stracisz czy zyskasz >>>

Reklama
Ostatnio zastosowano je w Grecji po decydującym dla Europy plebiscycie o odrzuceniu warunków pomocy dla Aten. Aleksis Tsipras odwołał się do woli narodu, by wzmocnić swoją pozycję w rozmowach z Niemcami. Decyzja była ryzykowna. Angela Merkel nie dała się zaszantażować. Postanowiła przyjąć wyzwanie i zagrać va banque. Przez kilka tygodni rynki szalały. Zadłużeni w walutach obcych przeklinali Tsiprasa. Spłacając kredyty w coraz droższym franku, czekali na wyjście Grecji ze strefy euro. W końcu doszło do głosowania. Nie było dylematu niewielkiej różnicy głosów. Ponad 61 proc. Greków opowiedziało się za odrzuceniem pakietu pomocowego. Nieco ponad 38 proc. było za. Wydawało się, że porzucenie euro przez Ateny jest tylko kwestią czasu. Sama Komisja Europejska wyraźnie dawała do zrozumienia, że pytanie referendalne dotyczy tak naprawdę obecności w unii walutowej.
Mimo tego wojennego tonu już w dniu ogłoszenia wyników zaczęto mówić o konieczności dalszych negocjacji i o oczekiwaniu na nowe, poważne propozycje ze strony Tsiprasa. Były oczywiście głosy rozczarowania. Przekonywano, że Grecy muszą zmienić mentalność. Summa summarum Grecja została jednak w strefie euro. Zamiast rozpadu unii walutowej byliśmy świadkami dyskusji o konieczności dalszego umarzania (powszechnie uznanych za niespłacalnych) długów Aten. Nikt już nawet nie pamięta, jak od debaty o upadku euro gładko przeszliśmy do założenia, że właściwie nic się nie stało. Trudno w tym wypadku całą winę zrzucić na specyficzną kulturę polityczną Grecji. O ostatecznym i przesądzającym dla Europy plebiscycie mówili przecież nie tylko populiści z Aten, ale i najpoważniejsi politycy unijni.
Podobnie było w referendum, w którym Francuzi (a tuż po nich Holendrzy) odrzucili traktat ustanawiający konstytucję dla Europy. W zmienionej formie dokument został w końcu przyjęty jako traktat lizboński. Oczywiście nie bez problemów. W 2008 r. Lizbonę w referendum zakwestionowała Irlandia. Wówczas cała unijna klasa polityczna wezwała do... nieprzejmowania się wynikiem głosowania i dalszego ratyfikowania traktatu (opracowania nowego dokumentu żądał tylko Václav Klaus). W międzyczasie zorganizowano dogrywkę głosowania. W 2009 r. wynik był już właściwy.
Brytyjska kultura polityczna jest daleka od tego standardu. Przynajmniej tak chcielibyśmy zakładać. O decydującej roli parlamentu i możliwości wykorzystania go do zmiany „nie” na „tak” przekonują nie tylko publicyści tacy jak Green. Mówił o tym w wywiadzie dla „Business Insidera” Peter Catterall z University of Westminster. – Większość zwolenników wyjścia z UE oczekuje, że jeśli wygra Brexit, 24 czerwca rano obudzi się poza Unią – komentował. – Jeśli tak zakładają, czeka ich szok – dodawał. W przypadku takiego wyniku premier David Cameron – na mocy art. 50 traktatu lizbońskiego – powinien notyfikować Radzie Europejskiej zamiar opuszczenia Unii przez Wielką Brytanię.
Traktaty przestają obowiązywać Londyn dwa lata po takiej notyfikacji. Można wynegocjować oczywiście wcześniejszy termin z Brukselą. Ale można też rozmowy przedłużać latami. Nie ma również precyzyjnie zapisanego terminu, w którym notyfikacji należy dokonać. To kolejne pole do korygowania woli narodu. Brytyjski premier już sygnalizował, że proces wychodzenia z Unii może potrwać nawet dekadę. To wystarczający czas, by pomyśleć nad nowym referendum. Można oczywiście głosować, ale wynik musi być właściwy.