Kto uratuje więcej potrzebujących: lekarz czy bankowiec? Odpowiedź na to pytanie będzie prostsza, gdy pod uwagę weźmie się efektywność.
Pewien człowiek podczas spaceru do pracy zobaczył dziecko taplające się w sadzawce. Z początku nie poświęcił mu zbyt wiele uwagi, w końcu dzieci i sadzawki to zupełnie naturalne połączenie, prawda? Jednak po chwili sytuacja wydała mu się niezwykła: po pierwsze, które dziecko kąpałoby się tak wczesnym rankiem? A po drugie, był luty. W końcu dotarło do niego, że dziecko – właściwie niemowlę – się topiło, i co gorsza w pobliżu nie było nikogo, kto mógłby mu pomóc. Wyglądało więc na to, że padło na niego. Jeśli nie pomoże, narazi niemowlę na pewne utonięcie. Mogłoby się wydawać, że nie ma się nad czym zastanawiać, tym bardziej że sadzawka była niewielka i płytka, ale... jeśli pójdzie dziecku na ratunek, zamoczy garnitur i oksfordy. Poza tym najpewniej spóźni się do pracy, bo będzie musiał się przebrać i oddać niemowlę rodzicom. Co powinien zrobić?
Reklama
Ten banalny dylemat, po raz pierwszy opisany przez australijskiego filozofa i etyka Petera Singera w artykule „Famine, Affluence and Morality” z 1972 r., w gruncie rzeczy był czymś w rodzaju sideł. W końcu to oczywiste, że gdy można uratować życie, proste przyjemności i zwyczajne obowiązki powinny zostać odsunięte na bok. Singer jednak nie pisał artykułu, by pokrzepić czytelników – tak, jesteśmy dobrzy, bo uratowalibyśmy to dziecko – ale by nimi zachwiać. Singer pisał „Famine...” tuż po wojnie domowej w Bengalu Wschodnim (dzisiejszym Bangladeszu), która pochłonęła 3 mln ofiar i wywołała kryzys uchodźczy (kolejne 10 mln osób). Było jasne, że taka skala przemocy – a do wojny doszła także gigantyczna powódź – to pewna zapowiedź katastrofy humanitarnej. Czy odmowa pomocy tonącemu dziecku faktycznie różni się czymś od odmowy udzielania pomocy dzieciom umierającym z głodu w Bengalu? – pytał Singer.

Reklama
Jego rozumowanie było proste. Po pierwsze, cierpienie wynikłe z głodu, bezdomności i chorób jest złe. Po drugie, jeśli można mu zapobiec, bez poświęcenia czegoś równie ważnego, to niezrobienie niczego również jest złe. Po trzecie, poprzez przekazywanie pieniędzy organizacjom pomocowym można zapobiec cierpieniu wynikłemu z głodu, bezdomności i chorób bez poświęcenia równoważnych dóbr. A skoro tak, nieudzielenie wsparcia organizacjom pomocowym jest złe.
Wówczas radykalizm Singera nie przełożył się na skuteczne działanie – w wyniku klęski głodowej w Bangladeszu w 1974 r. zginęło 1,5 mln ludzi, niedostatecznie wysoka pomoc humanitarna ze strony Zachodu także się do tego przyczyniła – ale mimo tej klęski jego idea przetrwała. Obecnie jest wpływowa jak nigdy dotąd. Zyskała też nową nazwę – efektywny altruizm.
Bolesne porażki
To że pomagać trzeba, jest jasne – choć czy aby na pewno? – równie ważne jest jednak to, jak się pomaga. Historia pomocy rozwojowej zna przypadki spektakularnych klęsk i kulawych programów opartych na dobrych chęciach. Adam Leszczyński, ekspert do spraw pomocy rozwojowej i autor niewydanej jeszcze książki o altruizmie, przypomina, że od samego początku epoki współczesnych projektów rozwojowych jej korzeni należy szukać jeszcze w latach 20. ubiegłego wieku, ale z uwagi na wielki kryzys i II wojnę światową idea bezpośrednich inwestycji finansowych służących podniesieniu dobrobytu ludności kolonialnej weszła w życie dopiero w latach 50. – dobroczyńcy przekonywali się, że pomaganie jest trudne. Nieraz bardzo, czego przykładem doświadczenia Brytyjczyków z ambitnym projektem uprawy orzeszków ziemnych w Tanganice (dzisiejsza Tanzania). „Ten projekt zaliczył wszystkie wpadki klasycznych, odgórnych projektów rozwojowych” – mówi Leszczyński.
Cel naturalnie był słuszny: Brytyjczycy chcieli obsiać orzeszkami ziemnymi 5 mln akrów ziemi, w wyniku czego skorzystałyby i metropolia, i kolonia. Wielka Brytania zyskałaby niedrogie źródło tłuszczów roślinnych, po wojnie mocno deficytowego towaru, a w Tanganice przybyłoby miejsc pracy – szacowano, że nawet 32 tys. Jednak to, co na papierze brzmiało szlachetnie i przedsiębiorczo – miejsca pracy, tysiące ton orzeszków rocznie – w rzeczywistości okazało się niemożliwym majakiem. Administratorzy projektu podeszli do niego z nadzwyczajną dezynwolturą. „Wizja lokalna była bardzo krótka i w dużej mierze przeprowadzona z samolotu, ekspertów z doświadczeniem lokalnym właściwie nie było, nie prowadzono badań nad jakością gleby. Gdy przyjechał transport z maszynami rolniczymi, okazało się, że nie ma ich gdzie wyładować, bo w pobliżu nie było żadnego portu. W końcu za pomocą okrętów desantowych z czasów II wojny światowej wyładowano ciężkie maszyny na plaży. Zresztą cała ta operacja była zaplanowana jak kampania militarna” – tłumaczy Leszczyński. „Busz wschodnioafrykański okazał się zbyt wymagający dla europejskich maszyn, więc zastąpiono je adaptowanymi czołgami Sherman. Szybko pojawił się kolejny problem: Afrykanie nie mieli doświadczenia pracy na roli, a sami eksperci nie chcieli pracować. Na domiar orzeszki nie chciały rosnąć, bo miały nieodpowiednią glebę, a opady były nieprzewidywalne. W efekcie wszystko skończyło się klapą, niesłychanie kosztowną, bo projekt pochłonął około 150 mln ówczesnych funtów (ok. 3 mld według dzisiejszej wartości funta – aut), a ostatecznie w ciągu całego projektu wyeksportowano do Anglii zaledwie 6 tys. ton orzeszków – z planowanych 200 tys. ton rocznie!”.
Przeoczenia, które do tego doprowadziły, popełnia się również dziś. Nierzadko projekty rozwojowe przycina się do potrzeb dawców, a nie odbiorców pomocy. I nie chodzi tu o cynizm czy złą wolę, po prostu zdarza się, że szlachetne plany nie przekładają się na korzyści dla potrzebujących, bo oczekiwania ich i realizatorów projektu rozjeżdżają się zbyt mocno. W Liberii podarowano wózki niepełnosprawnym żebrakom, ale jak mieli z nich korzystać, skoro właściwie nie ma tam ulic? W RPA chciano ulżyć kobietom wędrującym długie kilometry po wodę i wyposażono wioski w konglomerat pompy wodnej i karuzeli. Pozornie same korzyści: dzieci miały zabawę, kobiety – spokój, a wioski dodatkowy przychód z reklam umieszczanych na stelażu karuzeli. Później okazało się, że ze względu na konstrukcję zabawa z pompą wcale nie jest taka przyjemna, więc karuzelą zamiast dzieci kręciły same kobiety – było to nie tylko męczące, ale i upokarzające. Ostatecznie projekt PlayPump – wspierany przez korporacje, gwiazdy popu i tytanów charytatywności w rodzaju Billa Gatesa – został okrzyknięty jedną z największych pomocowych kompromitacji ostatnich lat.
Liczy się matematyka
Jak więc pomagać, tak by nie wyrządzić nikomu krzywdy i sprowadzić na świat choć trochę dobra? Efektywni altruiści mają na to odpowiedź. Środowisko ma dwóch liderów, Williama MacAskilla i Toby’ego Orda. Obaj są filozofami – tak samo jak Singer wyznają doktrynę utylitaryzmu, obaj wykładają na Oksfordzie, obaj zadeklarowali, że gros swoich dochodów będą oddawać organizacjom charytatywnym (MacAskill wyliczył, że na komfortowe życie – z kredytem hipotecznym – wystarczy mu 20 tys. funtów rocznie, Ord – że 18 tys.; wszystko ponad progiem przekazują najbardziej efektywnym organizacjom charytatywnym). Obaj pomagają też chętnym efektywnym altruistom w zmianie swojego życia. Ord i MacAskill są współzałożycielami ruchu Giving What We Can (Dajmy, co możemy), którego członkowie zobowiązują przekazać na cele dobroczynne przynajmniej dziesiątą część tego, co zarobią w ciągu życia. MacAskill jest również pomysłodawcą i dyrektorem organizacji 80,000 Hours (80 tys. godzin) pomagającej wybrać najwłaściwszą karierę dla altruisty. (Stąd też pochodzi jej nazwa, bo przeciętnie w ciągu życia przepracowujemy właśnie 80 tys. godzin). MacAskill jest też głównym ideologiem ruchu, a jego kredo i praktykę wyłożył w zeszłorocznej książce „Doing Good Better” (Robić dobro lepiej). To samouczek każdego początkującego efektywnego altruisty.
Skąd wiadomo, że pomoc jest efektywna? – pyta MacAskill. Najlepiej szukać dowodów, szczęśliwie jest ich pod dostatkiem, bo w świecie nauk społecznych i ekonomicznych zapanowała moda na badania eksperymentalne. Ich metodologia przypomina tę od lat stosowaną przez koncerny farmaceutyczne przy wprowadzaniu nowych leków na rynek. Załóżmy, że chcemy tę metodę wykorzystać do zbadania wpływu dostępu do podręczników na wyniki w szkole. Można po prostu rozdać dzieciom podręczniki i porównać oceny sprzed i po. Ale przecież na wyniki mogło wpłynąć jeszcze kilka czynników – na przykład gdyby w okresie poprzedzającym badanie dzieci musiały pomagać rodzicom przy uprawie orzeszków ziemnych, miałyby mniej czasu na naukę. Więc być może to nie podręczniki, ale koniec zbiorów poskutkował lepszymi ocenami? Badania eksperymentalne unieważniają podobne dywagacje i zastępują spekulacje faktami. W tym przypadku ekonomista mógłby się przyjrzeć kilku klasom o podobnym profilu (pod względem stanu zdrowia, dochodów rodziców itd.) i losowo wprowadzić dodatkowe podręczniki do kilku z nich. Gdyby wyniki faktycznie się poprawiły, miałby pewność, że stało się to dzięki interwencji.
No dobrze, wiemy już, jak ocenić efektywność jakiegoś programu pomocowego, ale skąd wiadomo, jak wybrać między dwoma zupełnie innymi programami? Załóżmy, że odłożyliśmy 40 tys. zł i chcemy je przeznaczyć na zbożny cel. Możemy pomóc choremu na AIDS i sfinansować zakup leków antyretrowirusowych, które pozwolą mu przeżyć dodatkowe pięć lat, albo zapłacić za zabieg przywracający wzrok dwudziestolatce, przed którą jeszcze 50 lat życia (bez względu na to, czy przejdzie operację). Jak to przeliczyć? Statystycy używają do tego miary zwanej QALY, czyli roku życia skorygowanego o jakość. Pomysł jest prosty, jeden QALY to rok przeżyty w pełnym zdrowiu; jeśli chorujemy, to rok życia jest warty mniej. O ile mniej? Ocenia się to na podstawie deklaracji zadowolenia z życia samych chorych. I tak z badań ankietowych wynika, że rok życia z nieleczonym AIDS jest wart 0,5 QALY, rok życia po zawale to 0,75 QALY, rok życia osoby niewidomej – 0,4 QALY, a rok z depresją to tylko 0,3 QALY. Z dość prostego rachunku wynika więc, że dylemat przedstawiony powyżej ma dość proste rozwiązanie – należy pomóc niewidomej.
Obliczeniami można posłużyć się podczas podejmowania o decyzji o karierze zawodowej. Załóżmy, że jakiś młody człowiek wybiera studia – rodzice sugerują mu finanse, ale on sam myśli o medycynie, bo po studiach zamierza wyjechać do Sudanu Południowego. Teoretycznie wydaje się, że jako lekarz będzie mógł zdziałać o wiele więcej dobrego – MacAskill wyliczył, że w ciągu 40-letniej kariery lekarz w kraju rozwijającym się ocala ok. 300 żyć. Ale łatwo sobie wyobrazić, że jeśli ten konkretny młody człowiek nie wyjedzie do Sudanu, zastąpi go ktoś inny. Być może więc jeśli zostanie dobrze zarabiającym bankowcem, będzie mógł zrobić więcej? Ile kosztuje ocalenie czyjegoś życia? Szacunki są różne – MacAskill ocenia, że cena to 3,4 tys. dol. przekazanych Against Malaria Foundation; jedna z organizacji pomocowych GiveWell – że koszt mieści się w granicach od 623 do 2367 dol. Jeżeli więc altruista-finansista będzie przekazywał 40 tys. dolarów na rzecz organizacji pomocowej przez 40 lat, może uratować więcej żyć niż lekarz z powołaniem.
Co jeszcze – poza samymi liczbami – da się wyczytać z tych kalkulacji? Gdzieś po prawej stronie znaku równości kryje się dodatkowy element, przyczyna popularności efektywnego altruizmu (w każdym razie wśród elit bogatego Zachodu). „Doktryny moralne muszą trafić w ducha czasu, a ta trafia w okres rządów korporacyjnej globalizacji. To nie jest krytyka, raczej obserwacja. W końcu efektywny altruizm idealnie wpisuje się w kult efektywności, przeliczalności, to jest doktryna moralna epoki Excela Nie bez powodu wielkimi fanami MacAskilla są między innymi Mark Zuckerberg czy Bill Gates” – twierdzi Adam Leszczyński. Faktycznie fundacja Billa i Melindy Gatesów też przelicza inwestycje na życia i punkty QALY – 5,8 mln ocalonych od malarii, miliardy punktów jakości życia do przodu.
To bardzo budujące i wartościowe, ale równocześnie jest w efektywnym altruizmie coś niepokojącego. Bo co jeśli ktoś pomyli się w obliczeniach?
Nie tak różowo
Właściwie nie chodzi nawet o pomyłkę w obliczeniach, bardziej o założenia stojące za nimi. Efektywny altruizm – mimo pozorów – nie jest przecież doktryną ściśle naukową czy niezależną od wartości (malaria czy AIDS?), te liczby krzyżują się z jakąś wizją świata. Jakub Synowiec, etyk z Uniwersytetu Papieskiego Jana Pawła II w Krakowie, tłumaczy, dlaczego ta dwoistość doktryny może prowadzić do radykalnie odmiennych wniosków. – W utylitarystycznej kalkulacji staramy się zestawić ze sobą sprawy poniekąd nieuchwytne; przeciwko utylitarystycznym argumentom na rzecz pomocy można więc równie dobrze wysunąć utylitarystyczne argumenty przeciw pomocy. Wyobraźmy że płyniemy na łodzi ratunkowej, wokół której znajduje się mnóstwo rozbitków. Łódź może zabrać dziesięć osób, ale wygląda na to, że rozbitków jest prawie setka. Jeśli będziemy chcieli pomóc wszystkim, zatopimy łódź i samych siebie. Metodą utylitarystyczną można więc dojść do różnych wniosków, mając niepełne i nie do końca wymierne dane, utylitaryści nie muszą zgodzić się co do tego, które działanie będzie najlepsze – mówi.
Widać to na przykładzie najnowszej mody wśród środowiska efektywnych altruistów, a raczej jego części zbieżnej ze środowiskiem tzw. transhumanistów, miliarderów z Doliny Krzemowej, młodych właścicieli start-upów, dorabiających się na nowych technologiach czy aplikacjach na smartfony. Oni też mają swój zbożny cel i też chcą maksymalizować liczbę ocalonych żyć, ale nie poprzez kupowanie moskitier. Dolina Krzemowa chce ocalić ludzkość przed wyginięciem, na przykład wskutek zderzenia Ziemi z meteorytem, radykalnej zmiany klimatu albo innych ryzyk X – od angielskiego słowa oznaczającego „zagładę” (extinction). Tamtejsi dobroczyńcy finansują więc technologie pozwalające na zmianę trajektorii meteorytów albo w geoinżynierię, czyli technologię zmiany klimatu, na przykład poprzez umieszczenie na orbicie gigantycznych luster odbijających promienie słoneczne. Oczywiście są to drogie przedsięwzięcia, w dodatku oparte na prognozach ryzyka, w gruncie rzeczy dużo mniej pilne niż prozaiczne – dla porównaniu – katastrofy humanitarne. Z drugiej strony w kategoriach czysto liczbowych i racjonalnych są one o wiele bardziej godne wsparcia finansowego niż wyeliminowanie skrajnego ubóstwa. Guru ryzyka X, filozof Nick Bostrom – znowu Oksford! – wyliczył, że jeśli nie przydarzy się po drodze żaden planetarny i egzystencjalny kataklizm, to końcowy wynik ludzkości wyniesie 1052 – tyle żyć, każde po około 55 QALY (załóżmy), do ocalenia. Nawet jeśli dolary przeznaczone na przeciwdziałanie ryzyku X zmniejszą prawdopodobieństwo jego wystąpienia o tysięczne promila i tak w utylitarystycznej kalkulacji nic innego nie przyniesie światu tyle samo dobra.
Być może te rozważania wydadzą się absurdalne, ale dobrze pokazują, na czym polega kłopot z konsekwentnym stosowaniem radykalnej doktryny – empatia bez ograniczeń może wydawać się nieludzka, tak samo jak chłodny racjonalny rachunek stosowany do wszystkiego. – Jeśli człowiek rezygnuje z siebie na rzecz pomocy innym, zostaje bohaterem moralnym, „świętym”. To piękna postawa, ale nie można jej wymagać od wszystkich – twierdzi Jakub Synowiec. Teoretycy efektywnego altruizmu zdają sobie z tego sprawę, niemniej będąc pod mocnym wpływem idei efektywnego altruizmu łatwo zbyt radykalnie podejść do kwestii „świętości” – swojej i innych. Wielu na serio zastanawia się, czy efektywny altruista może mieć dzieci, pomagać swoim krewnym albo sąsiadom.
Ta obcość świętości jest przewodnim tematem znakomitej książki reporterki „New Yorkera” Larissy MacFarquhar „Strangers Drowning” (Obcy topielcy), zbioru portretów ekstremalnych altruistów, ludzi odrzucających prozę życia na rzecz obowiązku. Jeden z bohaterów MacFarquhar, aktywista na rzecz praw zwierząt, który cały swój czas poświęca sprawie, odmawia spłaty długów swojej wieloletniej partnerki – wywodzącej się z biedy, w dzieciństwie molestowanej przez ojca – ze swojego funduszu powierniczego założonego przez bogatego ojca, bo „innym ludziom te pieniądze są potrzebniejsze niż tobie”. Podobną historię opisuje MacAskill, który odwiedził etiopski szpital, gdzie operowano przetokę cewkowo-odbytniczą – bolesną przypadłość wywołaną trudnym porodem czy gwałtem, występującą przede wszystkim w krajach rozwijających się. Rozmowy z kobietami oczekującymi na zabieg i widok ich cierpienia głęboko nim wstrząsnął. Mimo to, gdy MacAskill rozważał, czy powinien wesprzeć organizację pomocową finansującą ten szpital, doszedł do wniosku, że osobiste wzruszenia nie powinny wpływać na jego decyzje. W swojej książce podsumował: „Jeśli zdecydowałbym się przekazać pieniądze tej konkretnej organizacji [...] uprzywilejowałbym potrzeby pewnych ludzi, i to tylko dlatego, że tak się złożyło, że ich znam”.
Oczywiście nawet najgorliwszym utylitarystom trudno konsekwentnie stosować te reguły. Gdy alzheimer matki Petera Singera pogłębił się tak bardzo, że nie mogła samodzielnie o siebie zadbać, filozof wydał mnóstwo pieniędzy, by zapewnić jej komfort i godną śmierć. „To znacznie trudniejsze, niż myślałem wcześniej – przyznał później. – Bo gdy umiera twoja matka, to zupełnie coś innego”.
Być może właśnie w tej koncesji na rzecz tego, co w nas ludzkie, tkwi rdzeń popularności efektywnego altruizmu obecnie – to utylitaryzm w wersji light, pomoc przeliczana na punkty dobra, gra w zbawienie świata, przy tym niewymagająca aż tak wielkiego poświęcenia. Istnieje nawet szansa, że ta gra skończy się powodzeniem, bo wiele autorytetów – od samego Singera po urzędników ONZ – wierzy, że dzięki odpowiedniemu zastrzykowi finansowemu w końcu poradzimy sobie z problemem skrajnego ubóstwa.
Ale jak przypomina Jakub Synowiec, jest jeszcze jedna stawka w tej grze: – Widzę w tym ruchu szansę na nie tylko na to, żeby pomóc potrzebującym, ale też sporą szansę dla darczyńców. Jest to szansa na rozwój, także duchowy – zmieniając i organizując swoje życie pod kątem pomocy innym, a nie sobie, odrzucamy egoizm i konsumpcjonizm, przestajemy oceniać innych i siebie przez pryzmat posiadanych przedmiotów oraz możemy odnaleźć to, czego wielu dziś szuka: sens życia, poczucie, że indywidualne życie ma znaczenie dla świata.
Załóżmy, że odłożyliśmy 40 tys. zł i chcemy je przeznaczyć na zbożny cel. Możemy pomóc choremu na AIDS i sfinansować leki albo zapłacić za zabieg przywracający wzrok dwudziestolatce, przed którą całe życie. Kogo wybrać? Statystycy używają w tym celu wzoru QALY