Teraz jestem szczęśliwy. Choć trudno uwierzyć w to, co zrobiła ze mną tak zwana historia, PRL i potem ludzie, którzy mimo zmiany władzy nadal byli w strukturach. Nie mogę zrozumieć, dlaczego wtedy, w 1989 r., ludzie ze służb nie zostali odsunięci, ludzie z PZPR, milicji - mówi w wywiadzie dla DGP Michał Wysocki, którego esbecja wrobiła w zabójstwo Grzegorza Przemyka.
Przeczytałam książkę Cezarego Łazarewicza „Żeby nie było śladów” o morderstwie Grzegorza Przemyka, o tym, jak gen. Kiszczak, gen. Jaruzelski, Służba Bezpieczeństwa, cały aparat władzy próbowali tę śmierć zatuszować, a winą obarczyć niewinnych. I choć o wszystkim wiedziałam, to z każdą stroną byłam coraz bardziej wściekła. Bo nikt nie został za tę śmierć ukarany.
Kiszczak nie żyje, Jaruzelski nie żyje, milicjanci, którzy 12 maja 1983 r. bili 19-latka tak, żeby popękały mu narządy wewnętrzne, mają się świetnie. Esbecy zajmujący się sprawą i łamiący życie matce Przemyka i jego kolegom są w większości na dobrych emeryturach. Sprawdzam, co robi porucznik Jacek Ziółkowski, który na zlecenie Kiszczaka miał doprowadzić do tego, że niewinny kierowca karetki pogotowia Michał Wysocki obarczy się winą za zabicie maturzysty. W wolnej Polsce był komendantem policji na warszawskim Mokotowie, potem radnym.