Polityczne wahadło wychyla się na prawo, co nie znaczy, że tak już zostanie. Bo przecież mechanizm okresowej zmiany ugrupowań rządzących jest wpisany w system demokratyczny. Również w Polsce, chociaż tutaj wszystko dzieje się szybciej i bardziej intensywnie niż gdziekolwiek indziej.
Piesek robi „hau, hau, hau”. Kurka „ko, ko, ko”. Kotek miauczy „miau, miau”. Przynajmniej w naszym języku. A co robi wahadło dziejów, oprócz tego, że odmierza odcinki czasu? Porusza się z prawa na lewo i nazad – z lewa na prawo. A im bardziej wychyli się w jedną stronę, z tym większą mocą wraca w przeciwną.
Reklama
Tyle że jeśli o politykę chodzi, to w Polsce jesteśmy bardzo szczególni. Tu wszystko dzieje się podobnie jak gdzie indziej. Tylko bardziej. Tylko szybciej. W dodatku z amplitudą, którą najlepszym specjalistom trudno jest przewidzieć. Poza tym, że zawsze będzie bardziej w prawo niż w lewo. I jeszcze że te dwa kierunki zasadnicze – prawy i lewy – które wydają się proste i oczywiste dla reszty świata, u nas nakładają się na siebie i przenikają.

Reklama
Znany nam świat wszedł w prawoskręt. W Polsce rządzi PiS, co doprowadza obecną opozycję do histerii. Węgry już dawno pobiegły na prawo. Można się spodziewać, że na Słowacji do następnego rządu wejdą narodowcy. Czechy są pod panowaniem centroprawicy. Podobny, acz delikatny zwrot zalicza Rumunia. Ale zostawmy byłe demoludy. Holandia – w prawą. We Francji i w Niemczech można zauważyć podobny kierunek (sukcesy Frontu Narodowego nad Sekwaną i Pegidy nad Menem). Wielka Brytania znarowiła się i grozi Brexitem, byle dalej od narzucającej socjalistyczne normy Unii. A jeszcze te Stany Zjednoczone, w których, jak się dziś wydaje, ośmioletnie rządy demokratów zakończą się tej jesieni i władzę przejmą republikańskie jastrzębie. Wraz z postępami terytorialnymi i politycznymi Państwa Islamskiego, razem z narastającą falą uchodźców (albo ekonomicznych emigrantów – jak kto woli) opuszczających znaczone meczetami rejony świata, do wtóru aktom przemocy w wykonaniu mężczyzn o ciemnej skórze i w mentalnym turbanie, zachodni świat się radykalizuje. Wydawać by się mogło, że gdyby dziś Włodzimierz Majakowski wrócił na Ziemię wraz ze swoim talentem i miał napisać wiersz życia, jego tytuł brzmiałby „Prawą marsz”.
Dla społeczeństw zachodniej Europy to szok. Od końca II wojny światowej do tej pory bowiem wahadło dziejów wydawało się tkwić – z małymi wyjątkami – po lewej stronie. A teraz?
Polska prawa od zarania dziejów
Zmęczenie, rozczarowanie, znudzenie. Obiecywali, nie dowieźli wyniku. Oszukali albo przynajmniej zawiedli. W krajach demokratycznych sympatie wyborców zmieniają się cyklicznie. Nieusatysfakcjonowani dokonaniami jednej ekipy, wierząc, że ta druga będzie lepiej zarządzała ich krajem i interesami, chętnie zmieniają kolor długopisów, którymi zakreślają pola na kartach wyborczych. Jak mówi dr Błażej Poboży, politolog z Uniwersytetu Warszawskiego, system demokratyczny ma wpisaną w doktrynę walkę o władzę i wpływy, a okresowa zmiana partii politycznych przy sterze – wraz z całą zmianą oprzyrządowania – jest naturalna.
Tyle że w naszych warunkach wszystko dzieje się szybciej i bardziej intensywnie. Tak jakbyśmy chcieli nadrobić stracony czas, kiedy z powodu pokręconej historii (zabory i komuna) nie mogliśmy trenować demokracji. No i jeszcze jedno istotne zastrzeżenie. Z tychże samych historycznych powodów jesteśmy krajem o nadreprezentacji prawicowych postaw. – Polacy to szlachecki naród, co dziesiąty obywatel miał swój herb – precyzuje prof. Rafał Chwedoruk, politolog i historyk myśli politycznej z Uniwersytetu Warszawskiego. I dodaje, że to naprawdę wyjątkowa sytuacja, jakiej ze świecą szukać w całej – no, może poza Węgrami – Europie. Stąd szlachecki etos, wciąż żywy i niezwykle mocny, w przeciwieństwie do np. mieszczańskiego, jaki rozwinął się w Niemczech.
W dodatku w wymiarze prestiżowym to szlachta była głównym przegranym rozbiorów. Także ta szaraczkowa, zagrodowa, biedniusia, żyjąca wśród chłopów na identycznym poziomie, ale świadoma swojego pochodzenia i ideałów. Buntująca się, chodząca do powstań, znosząca represje. Stąd klin szlachecki ciągnący się przez Polskę i obejmujący małe miasta i wioski, których ludność nieodmiennie głosuje od ćwierć wieku na prawicę. – W II Rzeczypospolitej to ona była ostoją endeckości, za PRL tkwiła w opozycji, a w 1989 r. głosowała na trzecią drogę – wymienia Chwedoruk. Narodowa i niepodległościowa zawsze w przypadku perypetii z polską państwowością (a tych nie brakowało) doznawała wzmożenia.
Te wszystkie czynniki do kupy sprawiły zaś, że nie rozwinęła się klasa robotnicza, nie przyjęły socjalistyczne ani komunistyczne idee, a lewica do dziś nie może się zakorzenić. To głęboka, mająca historyczne podłoże słabość. Lewica nie ma swojej legendy, bohaterskich dziejów, świetlanych postaci, przed których obrazami można by palić świeczki. Ba, nawet narodowy bohater Józef Piłsudski, który zaczynał jako ludowy, lewicowy działacz, przeszedł na konserwatyzm, o czym sam mówił tak w 1918 r.: „Towarzysze, jechałem czerwonym tramwajem socjalizmu aż do przystanku »Niepodległość«, ale tam wysiadłem. Wy możecie jechać do stacji końcowej, jeśli potraficie, lecz teraz przejdziemy na »pan«”.
Za II RP Polska Partia Socjalistyczna w swoim szczytowym momencie – 1928 r. – zdobyła 13 proc. poparcia, co przekłada się na niespełna 1,5 mln głosów. W mniejszych Czechach socjaldemokracja dostawała więcej. Zresztą ta nasza socjaldemokracja była dosyć szczególna i trzeba przyznać, że to jej staraniom zawdzięczamy to, iż komuniści nie mieli za bardzo czego szukać wśród rodzącej się klasy robotniczej. Wprowadzenie ubezpieczeń społecznych, 46-godzinnego tygodnia pracy, inspekcja pracy, związki zawodowe. Nie można nie wspomnieć tego, że PPS poparła przewrót majowy Piłsudskiego, choć potem była w opozycji wobec konserwatywnej sanacji. Ale wkrótce wydarzyła się II wojna światowa, a po niej mieliśmy pecha znaleźć się w sowieckiej strefie wpływów.
Wówczas okazało się, że mamy pokochać socjalizm, Jedyną Partię i Wielkiego Brata, co oczywiście miało odwrotny skutek. Nawet karierowicze, którzy na zebraniach POP cytowali Lenina i dokształcali się na WUML (Wieczorowy Uniwersytet Marksizmu-Leninizmu), traktowali to pragmatycznie i z przymrużeniem oka. Opowiadali antyradzieckie dowcipy, w tajemnicy biegali do kościoła chrzcić dzieci i skakali z radości, kiedy przychodziły wypchane kapitalistycznym dobrem paczki z Reichu albo ze Stanów. Lewicowość była utożsamiana nie z obroną interesów biednych, ale z państwem okupantem, opresją, przymusem, cierpieniem. Każdy, kto przeciwstawiał się okupantowi, był dobry, dlatego do tej Ameryki to myśmy się niemal modlili. A prezydenta Ronalda Reagana – zaciekłego antykomunistę, zwolennika zbrojeń podkręcającego zimną wojnę, a jednocześnie przeciwnika związków zawodowych (w 1981 r. nakazał natychmiast zwolnić z pracy 11 359 strajkujących kontrolerów lotu) – czciliśmy niemal jak Jana Pawła II. I tak nam zostało, czego przykładem może być pomnik Reagana i papieża w Gdańsku. Taki polski paradoks: klasa robotnicza miasta kolebki Solidarności stawia pomnik republikańskiemu prezydentowi, przez którego między innymi globalistyczną politykę straciła swój zakład pracy.
Inna sprawa, że polska polityka jest w pewien sposób związana z tym, co się dzieje w Stanach Zjednoczonych. Lubimy, kiedy rządzą tam republikanie, bo wtedy jest szansa na to, że Europa Środkowo-Wschodnia będzie w większym stopniu istnieć w ich polityce zagranicznej (przeciwwaga dla Rosji), niż gdy stery trzymają demokraci. Profesor Bohdan Szklarski, dyrektor Ośrodka Studiów Amerykańskich na UW, zauważa także, iż można znaleźć pewne podobieństwa pomiędzy elektoratem republikanów i PiS. Jak opowiada, w 1980 r. Ronald Reagan ukradł trzon elektoratu demokratom – białych robotników, finansowo plasujących się jako klasa średnia, którzy czuli się zagrożeni postępującą dezindustrializacją oraz rosnącą konkurencją ze strony kolorowych pracowników, których postrzegała jako bezpośrednie zagrożenie. Religijny, zachowawczy, potrzebował silnego przywództwa i znalazł je właśnie w Reaganie. U nas elektorat PiS też stracił na cofaniu się przemysłu. Ale jest zasadnicza różnica: konserwatyzm amerykański jest wolnorynkowy – to wolny rynek ma przynieść więcej miejsc pracy i lepsze płace. A więc dokładnie odwrotnie niż u nas.
– Ale też choć czerpiemy z USA pełnymi garściami, robimy to powierzchownie, bez głębokiego zrozumienia tego, co się tam naprawdę dzieje. Bardziej teatrum niż mechanizmy i idee – zauważa prof. Szklarski. Mamy więc konwencje polityczne z balonikami, mamy gimbusy na podobieństwo żółtych autobusów, na które napatrzyliśmy się w filmach familijnych „made in USA”. Profesor Chwedoruk podejrzewa, że reforma administracyjna Buzka też była wzorowana na jankeskich pomysłach, podobnie jak OFE. Ale to tylko pazłotka amerykańskiej popkultury, a nie rozwiązania systemowe.
Cykle wyborcze
Raz my, raz wy – była opozycja staje się władzą, dawna władza przechodzi do opozycji. Nic nie jest wieczne. Polska jest dobrym przykładem takiej wymiany ekip u steru – od czasów transformacji tylko raz ten gładki proces został zakłócony. Przez Platformę Obywatelską pod batutą Donalda Tuska, która na drugą kadencję utrzymała swoje pozycje w budynku przy Alejach Ujazdowskich 1/3 w Warszawie. Z jednym zasadniczym zastrzeżeniem: choć różni zdobywali i oddawali władzę, o lewicy nie sposób tutaj mówić, gdyż ta w postaci czystej u nas nie istnieje. A jeśli nawet, to w ilości tak niewielkiej, że należałoby ją powsadzać do klatek (w celach ochronnych).
Spójrzmy na to, w jaki sposób zmieniały się rządy w posttransformacyjnej Polsce. Pierwszych dwóch – Tadeusza Mazowieckiego i Jana Krzysztofa Bieleckiego – w zasadzie nie powinno się liczyć, jako że powołał je Sejm kontraktowy, pierwsze wolne wybory nastąpią dopiero w 1991 r. Gdyby nie jedna rzecz. Pierwszy składał się z – tak, z członków Solidarności i Unii Demokratycznej, ale też z osób należących do PZPR oraz jej dwóch satelickich ugrupowań: Stronnictwa Demokratycznego (SD) i Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego (ZSL). Ale kiedy Mazowiecki podał się do dymisji po nieudanym starcie w wyborach prezydenckich, następny rząd, który został utworzony, miał już inny, znaczniej bardziej prawicowy skład i oblicze: Kongresu Liberalno-Demokratycznego (KLD), Zjednoczenia Chrześcijańsko-Narodowego (ZChN), Porozumienia Centrum (PC) i wreszcie SD.
Po pierwszych wolnych wyborach parlamentarnych mieliśmy nadal festiwal prawicy – rząd Jana Olszewskiego, po jego upadku gabinet Hanny Suchockiej. Jednak, jak zauważa dr Błażej Poboży, jesienią 1993 r. wcale nie musiało dojść do wymiany ideowej w KPRM. Załatwił ją niejako na własne życzenie rząd Suchockiej, wprowadzając progi wyborcze – pojawiło się owo magiczne pięcioprocentowe poparcie będące biletem wstępu do parlamentu. Miało to uspokoić sytuację polityczną, skończyć z tym, że na większość rządową składało się po siedem klubów, a ludzie na ministerialnych stołkach rotowali szybciej, niż zmienia się moda na szerokość spodni. I co się wydarzyło? Gdyby potraktować naszą ówczesną scenę dwublokowo – jedna część, ta niby lewicowa, wywodziłaby się ze starego systemu, druga, niby prawicowa, miałaby korzenie solidarnościowe – to ta druga zdobyła więcej głosów w wyborach. Ale prawica była rozdrobniona, skłócona. Z wielkiego sagana, jakim była Solidarność, w którym pływały różne ideologie, różne interesy polityczne, dopiero wygotowywały się konkretne programy i partie – w pewnym momencie było ich 27. A lewica poszła do wyborów zjednoczona i dostała za to bonus w postaci kluczy do Polski.
Do następnego rozdania parlamentarnego trzech kolejnych lewicowych liderów tworzyło swoje rządy: Waldemar Pawlak, Józef Oleksy i Włodzimierz Cimoszewicz. Ale mimo wielkiego sukcesu, jakim było wprowadzenie Polski do Unii i podpisanie umowy z NATO, ta nasza lewica znów musiała się usunąć w cień. Można dywagować dlaczego – czy powodem była afera Oleksego (oskarżanego o współpracę z rezydentem KGB w Polsce), czy raczej to, że była zbyt wolnorynkowa i prawicowa? W każdym razie w 1997 r. znów są wybory, a po nich rząd AWS-UW z Jerzym Buzkiem. I jego czterema reformami, za które jego ugrupowanie płaci podczas następnych wyborów, oddając pole SLD – mamy rząd Leszka Millera i dwa kolejne, techniczne, Marka Belki. Jednak afera Rywina (2002 r.) rujnuje już całkowicie i tak mocno nadwątloną reputację polskiej lewej strony. Położona na deskach spoczywa na nich do tej pory.
Pomieszanie z poplątaniem
Umowny podział na lewicę i prawicę (komuchów i solidaruchów) zostaje zastąpiony przez inny, w ramach tej samej orientacji politycznej. Po wyborach w 2005 r. na scenę wkraczają PiS i PO. Przez chwilę jako potencjalni sojusznicy (sieroty po POPiS-ie wciąż jeszcze łkają po kątach), ale za moment śmiertelni wrogowie. – Ten 2005 r. jest cezurą – już nie lewica i prawica, ale mohery i lemingi. Polska liberalna kontra Polska solidarna – mówi Mateusz Zaremba z Uniwersytetu SWPS, który obecnie pisze pracę doktorską o preferencjach wyborczych rodaków. Mówiąc innym językiem – ci, którym się powiodło, którzy są zadowoleni z transformacji, zostają przeciwstawieni przegranym.
PiS rządzi tylko dwa lata – gasi kryzys za kryzysem, walczy ze swoimi koalicjantami, odpiera zmasowany medialny atak, wreszcie sam podaje się do dymisji. Po czym następuje osiem lat „teflonowej”, niewrażliwej na co rusz wybuchające afery Platformy Donalda Tuska. Nie rusza jej nawet wielki kryzys – polityczny i społeczny – jaki pojawia się po katastrofie prezydenckiego tupolewa w 2010 r. Ba, PO przekuwa ją w swój sukces i związany z nią Bronisław Komorowski zostaje wybrany na prezydenta.
I tutaj robi się już bardzo śmiesznie, gdyż na potrzeby polemicznych sporów wolnorynkowa Platforma Obywatelska zostaje okrzyknięta lewicą (albo obraźliwie – lewakami), natomiast etatystyczne Prawo i Sprawiedliwość robi za prawicę. Jest tutaj tyle na rzeczy, zauważa dr Łukasz Lewkowicz, politolog z UMCS, że PO jest liberalna (a więc otwarta, lewicowa) także obyczajowo, kiedy PiS pod tym względem to konserwa. Ale oprócz stosunku do aborcji czy in vitro o byciu bardziej na lewo bądź na prawo w naszych warunkach świadczy stosunek do Unii Europejskiej. Nie, żaden z poważnych polityków (przepraszam JKM) nie będzie na razie gardłował za Polexitem, ale prawicowcy są bardziej eurosceptyczni – zarówno ze względu na zbyt dużą ich zdaniem ingerencję unijnych struktur w wewnętrzną politykę państw narodowych, jak i z powodów obyczajowych (małżeństwa homoseksualne), podejścia do procesów globalizacyjnych, emigrantów etc. Więc choć to PiS będzie procedował 500 zł na dziecko, lewakiem będzie ten, kto nie je mięsa, chodzi na manifę i nie docenia potrzeby wzmacniania państwa. Jak mówi dr Lewkowicz, Unia jest kojarzona z jednej strony jako organizacja, która nie potrafi stawić czoła realnemu kryzysowi i zagrożeniom, z drugiej – zajmuje się głupotami. Gdyby szukać symbolu (poza zdjęciami emigrantów muzułmańskich demolujących centra zachodnioeuropejskich miast) tego szaleństwa, byłaby to twarz pewnej młodej Norweżki, która jest przekonana, że jest kotem, tylko przez pomyłkę przyszła na świat w ludzkiej skórze.
– Ludzie tego nie kupują, są wściekli, że zajmujemy się bzdurami zamiast istotnymi sprawami – komentuje Lewkowicz. Jego zdaniem Polacy, w swojej większości, są nie tyle konserwatywni, ile po prostu zdroworozsądkowi. Zwłaszcza ci z małych miejscowości, niezbyt zamożni, muszący ciężko walczyć o godne życie. Bóg, honor, ojczyzna to nie są dla nich puste pojęcia, ale trwałe oparcie, które przeciwstawiają unijnemu kosmopolityzmowi. A im bardziej się boją, im bardziej sytuacja wydaje im się poważna, tym bardziej się radykalizują. Politycy z kolei to wykorzystują, stąd ten europejski prawoskręt. Mieliśmy kryzys gospodarczy, w którym jeszcze siedzimy, a któremu UE nie potrafiła zapobiec. Teraz kryzys migracyjny i strach przed terroryzmem. Konflikt rosyjsko-ukraiński, który wprowadza w drżączkę społeczeństwa byłych demoludów. Chaos.
Czekając na odbicie
Niektórzy zauważają, że podobna sytuacja była już raz w Europie – w ubiegłym wieku. I że skończyło się II wojną światową. Kryzys, poczucie zagrożenia, konflikt narodowego europejskiego mieszczaństwa z żydowskimi handlarzami, co podbijało nastroje antysemickie tak, jak dziś uchodźcy grzeją antyislamizm i w ogóle podnoszą poziom ksenofobii w europejskim organizmie. Z pewnymi oczywiście różnicami. Pierwsza i zasadnicza to taka – uważa dr Lewkowicz – iż te współczesne ruchy prawicowe nie są tak masowe jak wówczas. Poza tym mają charakter raczej obronny niż ekspansywny. A prof. Rafał Chwedoruk dodaje kolejny istotny czynnik: właśnie w związku z tym, co się wydarzyło w latach 30. ubiegłego wieku, wszelkie ugrupowania bardziej prawicowe, zwłaszcza narodowe, traktowane są w krajach starej demokracji europejskiej z wielką nieufnością. Dlatego po II wojnie światowej powstawały tam partie chadeckie, które miały być lepszą, możliwą do przyjęcia, bardziej łagodną wersją ugrupowań narodowych. Będąc chadekiem, można było być konserwatystą bez narażania się na zarzut, że jest się faszystą. Stąd silna pozycja chadecji w Niemczech, we Włoszech, ale też we Francji czy w Szwajcarii. Profesor Rafał Chwedoruk opowiada, że kiedyś znajomy Szwajcar powiedział mu półżartem: „Ja mieszkam w laickim kraju, gdzie największą siłą polityczną jest chrześcijańska demokracja, której brakuje w katolickiej Polsce”. Nasza prawica nie ma takich obciążeń. No, ale my, Polacy, jesteśmy pod względem politycznym szczególni.
Pozostaje pytanie, czego możemy się spodziewać w najbliższych latach. Czy ów prawoskręt jest tendencją stałą, a jeśli tak, czy nie doprowadzi do jakiejś globalnej katastrofy wieszczonej przez lewicową część świata? Moi rozmówcy rozkładają ręce – tego nie da się dziś ocenić. Można spekulować. Że jeśli Unia Europejska nie znajdzie szybko dobrego, skutecznego sposobu na poradzenie sobie z migracyjnym kryzysem, nurty skrajnie narodowe będą przybierały na sile. Ta może rozsadzić Wspólnotę od środka. Co się niejako już dziś dzieje. Jeszcze parę lat temu wyjście któregokolwiek z członków poza jej ramy nie było w ogóle brane pod uwagę. Podobnie jak rozpad strefy Schengen. Dziś są to realne scenariusze.
Jeśli chodzi o Polskę, to zwrot w prawo wydaje się w miarę trwały. Choćby z tej przyczyny, że urodzeni w pierwszej połowie lat 60., którzy za pierwsze dorosłe doświadczenie polityczne mają okres stanu wojennego i antykomunizm wyssali z mlekiem matki, są teraz w wieku, kiedy sprawuje się władzę. W prawą stronę (choć nie wszyscy dokładnie w tę samą) patrzą także ich dorosłe dzieci, co widać było choćby w ostatnich wyborach. Zresztą nie mają wielkiego wyboru, gdyż lewicowej alternatywy nie ma. Kolejny paradoks naszej RP: najgłośniej przeciwko ekscesom rynku protestuje u nas nie lewica, ale konserwatywna prawica zafascynowana USA.
Wydaje się więc, że wahadło dziejów zatrzymało się po prawej stronie. I drga. Ale za chwilę odbije się i pójdzie w stronę przeciwną. Umowną lewą, choć nikt dziś nie jest w stanie powiedzieć, jak będzie ona wyglądała. Bo właśnie teraz, na naszych oczach, pod naszymi stopami, wykuwa się nowy europejski i światowy ład. Wobec którego nasze dzisiejsze spory okażą się bezprzedmiotowe i całkiem jałowe.
Polacy, w swojej większości, są nie tyle konserwatywni, ile zdroworozsądkowi. Zwłaszcza ci z małych miejscowości, niezbyt zamożni, muszący ciężko walczyć o godne życie. Bóg, honor, ojczyzna to nie są dla nich puste pojęcia, ale trwałe oparcie, które przeciwstawiają unijnemu kosmopolityzmowi