Paweł Szefernaker, szef kampanii internetowej partii, mówił niedawno: „Żyjemy dzisiaj w epoce marketingu treści i to ciekawa treść, a nie klasyczna reklama, przyciąga sympatyków”. Sympatycy to zwykle wyborcy, więc także głosy oddane na konkretną partię. W zależności od tego zatem, co partia ma do powiedzenia, a nie od tego, czy jej lider tańczy disco polo, jest opalony i nosi błękitne koszule, zależy wynik wyborów. Internet, obecnie można zaryzykować twierdzenie, że to kluczowe, bo niezwykle egalitarne medium w kampaniach wyborczych, wymusza autentyczność. To oczywista oczywistość. Ona sprzedaje się obecnie najlepiej, znacznie lepiej niż opakowanie polityczne, z którego dominacją mieliśmy miejsce szczególnie w latach 90., ale trochę także po roku 2000. Internauci traktują opakowania tak jak należy – wyrzucają je do kosza.
Internet tępi sztuczność i powierzchowność, jest bezlitosny – i słusznie – dla polityków, którzy nie mają nic do zrobienia i nic do powiedzenia. Kiedyś mogli jako tako funkcjonować nawet długie lata, np. dzięki przychylności telewizji, dzisiaj to już wykluczone.