Na problemy związane z zapłodnieniem pozaustrojowym trzeba patrzeć nie tylko z perspektywy rodziców. Warto na nie spojrzeć oczami dziecka, które chce się dowiedzieć, skąd się wzięło - tłumaczy Karolina Domagalska, autorka książki „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro”.
Karolina Domagalska autorka książki „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro”. Urodziła się w 1980 r. w Gdańsku. Studiowała etnologię na UW i gender studies w Central European University. Tam pierwszy raz spotkała się z zagadnieniem medycyny reprodukcyjnej oraz jej wpływu na tradycyjne pojmowanie rodziny i pokrewieństwa. Z zawodu reporterka / Dziennik Gazeta Prawna
In vitro, zwłaszcza z wykorzystaniem materiału genetycznego dawcy, często anonimowego, to niewiadoma. „Nie spodziewasz się wielu pytań, a zwłaszcza tych, które zadadzą Twoje dzieci” – mówi jeden z bohaterów pani książki. Czy dla dziecka ważniejsza jest osoba, która jest jego społeczną matką lub ojcem, czy ta, z którą łączy je biologiczne pokrewieństwo?
Reklama
To problem o wiele poważniejszy, niż można by się spodziewać. Kiedy dziecko dowiaduje się w wieku nastoletnim czy dorosłym, że jego ojciec biologiczny jest anonimowym dawcą spermy, to jest to dla niego początek tragedii. Okazuje się, że poznanie genetycznego rodzica jest bardzo istotne dla budowania tożsamości. Dlatego największe problemy przy zapłodnieniu pozaustrojowym pojawiają się przy dawstwie. Przy in vitro w rodzinach heteroseksualnych, gdzie zarodek powstaje z materiału genetycznego obojga rodziców, mówimy o problemie niepłodności. To też bardzo ciężkie przeżycie, ale sytuacja jest klarowna: do zapłodnienia doszło poza organizmem matki, lecz genetyczni rodzice są tożsami ze społecznymi. Sfera dylematów moralnych, etycznych pojawia się dopiero, kiedy dawcą komórki czy nasienia jest ktoś obcy. I najsilniej uwidacznia się, gdy patrzymy na to z perspektywy praw dziecka. Tymczasem właśnie o tym się nie rozmawia, a już na pewno nie w Polsce.

Reklama
Jedna z bohaterek pani reportażu mówi bardzo mocno: nikt mnie nie pytał o zdanie, nie pytał, czy na takich zasadach chcę przyjść na świat.
Rodzice odpowiadają: ale inaczej ciebie by nie było. Te dzieciaki nazywają to egzystencjonalnym długiem. Żyją ze świadomością, że powinny być wdzięczne, iż są. Tymczasem sposób powołania ich do życia, a raczej zatajanie pochodzenia biologiczno-genetycznego, wywołuje w nich cierpienie i zaburzenie tożsamości. Szczególnie, jeżeli nie mają dostępu do pełnej wiedzy o genetycznych rodzicach.
Do anonimowości dążą nie tylko dawcy, ale też społeczni rodzice. Prawda może zaburzyć relacje w rodzinie.
Bardzo długo myślano w ten sposób. Wielu rodziców nie mówiło dzieciom prawdy, bo tak im doradzali lekarze. W rodzinach heteroseksualnych nadal dominuje przekonanie, że należy ukryć przed dzieckiem informację o jego pochodzeniu, choć to się powoli zmienia. Najczęściej o tym, skąd się wzięły, mówią swoim dzieciom samotne mamy z wyboru. Wychodzą z założenia, że skoro wybrały dla nich taki los, powinny im coś powiedzieć, kiedy te zapytają o ojca. Robią tak też rodzice w układach gejowskich czy lesbijskich. Rodziny heteroseksualne o wiele bardziej niechętnie. Nawet w Szwecji, w której już w latach 80. anonimowość dawstwa została zakazana, większość rodziców nadal nie mówi dzieciom prawdy. Sądząc, że to dla ich dobra.
Dlaczego poznanie biologicznych rodziców jest aż tak istotne? Przecież chodzi tylko dawcę materiału genetycznego.
Nie zdajemy sobie sprawy, jak to ważne, bo patrzymy na problem z perspektywy ludzi, którzy tę wiedzę mają. Większość z nas posiada informacje o rodzicach. Nawet jeżeli są szczątkowe, jak w przypadku adopcji. Kiedy mamy do czynienia z dawstwem anonimowym, przeszłość jawi się jak czarna dziura. Jeżeli nawet rodzice zdradzą dziecku sekret jego pochodzenia, to przy dawcy anonimowym nie ma – legalnie – żadnych możliwości, by dowiedzieć się czego więcej. Oprócz tego, jaki jest jego numer. Starania dzieci, by zdobyć jakieś dodatkowe informacje, pokazują, że bardzo im na tym zależy. Poza tym geny ujawniają się nie tylko w wyglądzie, ale i zainteresowaniach. Na przykład nikt w danej rodzinie nie studiował, a dziecko idzie na uniwersytet. Tymczasem wiadomo, że na początku większość dawców to byli studenci medycyny, prawa.
21-letnia Sarah walczyła w Niemczech o to, by mogła poznać nazwisko ojca. Tłumaczyła, że bez tego czuje się niekompletna. Mówiła: wyobrażam sobie, że gdy dotrę do niego, będzie to jak znalezienie mojej drugiej połowy. Pani reportaż potwierdza, że to nie jest odosobniony przypadek.
Pokazuje to dramatyczna walka, którą toczy Brytyjka Rachel. Ta dziewczyna zawsze miała poczucie, że jest inna i nie pasuje do rodziny. Najbardziej doskwierało jej to, że ma słabą więź z ojcem. Jednak nie wiedziała, że jest dzieckiem z in vitro. Wyszło to na jaw przypadkiem, przy okazji wyników badań krwi. Coś ją tknęło, kiedy spostrzegła, że grupa mamy to A, a grupa ojca to 0 – co oznaczało, że nie ma szans, by była ich biologicznym dzieckiem. Sytuacja była o tyle dramatyczna, że okazało się to w momencie, kiedy jej tata zachorował na nerki. To choroba przenoszona genetycznie, więc Rachel podejrzewała, że i ona może mieć podobną wadę. Żyła w poczuciu zagrożenia, ale rodzice nawet wtedy, by ją uspokoić, nie zdradzili prawdy. Dopiero kiedy patrząc na wyniki krwi, zapytała mamę, o co chodzi, ta potwierdziła, że jej tata nie jest jej ojcem biologicznym.
Jaka była jej reakcja?
Z jednej strony Rachel poczuła, że wszystko nabiera sensu, ta wiadomość wyjaśnia problemy w relacji z tatą, z którymi borykała się od lat. Choć pojawił się nowy: kto w takim razie jest jej ojcem. Poza tym uwiera ją, że jej relacja z rodzicami opierała się całe lata na kłamstwie. Rachel zaczęła szukać dawcy, do tej pory nie udało się jej go naleźć. Zalogowała się na stronie łączącej osoby urodzone z tych samych dawców, dzięki czemu poznała przyrodniego brata. Źle się to skończyło – okazało się, że on ma fobie społeczne, a ona też cierpiała na neurozy. Brat zaczął do niej wydzwaniać, przerzucać na nią swoje problemy. Nie wytrzymała emocjonalnie. Zerwała z nim kontakt, ale dało jej to do myślenia, że być może oboje odziedziczyli kłopoty psychiczne po ojcu. I mówi mi gorzko, że nie prosiła, by być rodzeństwem setki nieznajomych oraz nie móc skontaktować się z ojcem. Ze społecznym tatą o tym nie rozmawia. Poprosił ją tylko, żeby nie mówiła jego znajomym.
Brzmi okrutnie.
Dlatego Rachel działa na rzecz zakazu anonimowego dawstwa. W Wielkiej Brytanii jest już zakazane, ale ona chce iść jeszcze dalej: pragnie, by informacja o tym, że dziecko urodziło się z dawstwa, pojawiała się w akcie urodzenia. Bo nawet jeżeli dawstwo anonimowe jest zakazane, nadal w gestii rodziców leży to, czy powiedzą o tym dziecku. Toczyła się na ten temat duża debata i powstał raport, który brał pod uwagę to rozwiązanie, ale w końcu nie zdecydowano się na nie. Autorzy raportu wyszli z założenia, że nie powinno być sprawą państwa, co zrobią rodzice. Poza tym, że dla części dzieci mogłoby to być stygmatyzujące.
Tym bardziej że niektóre historie naprawdę są trudne. Jak ta, kiedy ojcem biologicznym, czyli dawcą nasienia, był dziadek – ojciec ojca społecznego. Z pewnością nie każde dziecko chciałoby, żeby o czymś takim wiedzieli jego koledzy.
To akurat rodzina, która postawiła na pełną otwartość. Na początku popełnili kilka błędów, ale dziś starsza córka ma 12 lat i wydaje się w pełni świadoma sytuacji i bardzo pewna siebie. Traktuje to, że jej biologicznym ojcem jest dziadek, jako coś naturalnego. Rodzice powiedzieli jej o tym, kiedy miała pięć lat, tłumacząc, że tata nie miał nasionek i pomógł im jego ojciec. I, jak dodali, to jest wyjątkowe. Co akurat doprowadziło do niezręcznej sytuacji: wkrótce po tej rozmowie niania pochwaliła dziewczynkę, że namalowała wyjątkowy rysunek, a ta jej powiedziała: „A wiesz, co jest naprawdę wyjątkowe? Że moim tatą jest mój dziadek”. To nauczyło jej rodzinę opowiadać o tym zupełnie normalnie. I nie mówić, że dziadek jest tatą, a jedynie dawcą. Zresztą zdecydowali się na drugie dziecko, które zostało poczęte w ten sam sposób.
Jednak dzieci – poza incydentem z opiekunką – nie opowiadają o tym na prawo i lewo. Być może czują, że to odbiega od normy.
Kiedy zastanawiałam się, czy system stworzony przez tę rodzinę nie ma jakiejś wyrwy, zastanowiło mnie, że rodzice poprosili, by córki Dore i Lotte uprzedzały ich, komu się zwierzą z ich sytuacji rodzinnej. Chcieli się do tego przygotować. To sygnał, że może i oni sami czegoś się obawiają.
Gdy słyszy się taką historię, myśli się o seksualności. Zostanie rodzicem kojarzy się przecież z seksem. W tym układzie to prawie jak kazirodztwo.
To prawda. Córka spytała pewnego razu mamę, czy poszła z dziadkiem do łóżka. Matka potraktowała to jednak z humorem.
A poszła?
Nie. Kupiła w aptece strzykawkę i potem jej mąż przelał do niej nasienie, które oddał teść. I choć, jak potem mówiła mi seksuolożka, właśnie dzięki in vitro z aktu reprodukcyjnego wyeliminowano stosunek seksualny, to w świadomości społecznej dawstwo jest z nim mocno powiązane. To zresztą była dla tej matki najtrudniejsza chwila. Sama przyznawała, że ciężko jej było ze świadomością, że ma w sobie nasienie teścia, nie schodziła już potem na dół, wolała go nie widzieć. Twierdzi jednak, że nic by nie zmieniła. Rodzice tych dziewczynek są dumni z tego, co zrobili.
Ale w pewnym momencie starsza córka mówi do taty: „Co ty możesz wiedzieć, jesteś moim przyrodnim bratem”.
Na szczęście oni z tego żartują i oswajają w ten sposób temat. Ta dziewczynka może to powiedzieć na głos, a nie musi dusić w sobie. Rodzice Dore i Lotte uważają, że dzieci muszą wiedzieć, ale najważniejsze są role społeczne. Matka jest matką, a ojciec ojcem. Rozmawiałam też z polską rodziną, w której dawczynią była jedna z córek z poprzedniego małżeństwa matki. Oddała komórkę bez zastanowienia. Urodziły się bliźnięta, a rodzina wydaje się szczęśliwa. Ocena takich sytuacji przez ekspertów nie jest jednoznaczna. Amerykańska psycholożka Diane Ehrensaft, autorka książki odpowiadającej na takie trudne pytania, przyznaje, że w takim przypadku może pojawić się zazdrość. Zaś amerykańska American Society for Reproductive Medicine uważa, że takie dawstwo naraża na emocjonalną presję i sytuację, w której córka oddaje matce będącej w drugim związku komórkę, i ocenia za zbyt kazirodcze (przypomina związek ojca z córką, pomimo że chodzi jedynie o ojczyma). Jednak brytyjska Human Fertilisation and Embryology Authority nie ma z tym problemu.
Wspomina pani, że problem dawstwa to nie tylko problem dzieci. Jak czują się mężowie kobiet, które urodziły dziecko, a jego ojcem biologicznym jest inny mężczyzna?
Niepłodność i bezpłodność mężczyzn to temat bardzo mało poznany. Na pewno jest to problem silnie stygmatyzujący i stąd często decyzja, aby zachować tajemnicę na temat skorzystania z nasienia dawcy. W przypadku jednej z bohaterek – Ruth, urodzonej z dawstwa nasienia – kiedy jej mama rozwiodła się z mężem, ten powiedział, że nie uznaje Ruth, bo i tak nie była jego biologiczną córką. Choć był przy porodzie i pierwszy trzymał ją w ramionach. Ale on też od początku mówił, zanim podjęli decyzję o skorzystaniu z dawcy, że nie wie, czy będzie potrafił wychować dziecko, które nie jest z nim spokrewnione. Największy problem ma sama Ruth, która od dziecka wie o tym, że jej biologicznym ojcem jest anonimowy dawca. A od 18. roku życia próbuje go znaleźć. Bezskutecznie. Chciałaby go spytać o jego rodzinę, zainteresowania, historię chorób i twierdzi, że to byłoby najlepsze, co by ją mogło spotkać w życiu. Zaś jej matka, która czuje się bezradna, widząc cierpienie córki, powtarza: „Nie przeproszę za to, że urodziłam”.
Dlaczego tak ważne jest, by dziecko urodzić? Skoro zarodek jest i tak adoptowany, czyli obcy genetycznie dla ojca i matki, to dlaczego przyszli rodzice nie chcą po prostu przyjąć noworodka? Tym bardziej że zabiegi in vitro są bardzo bolesne i trudne.
Doświadczenie ciąży jest ogromnie ważne. Wiele osób uważa, że w tym czasie buduje się więź. Relacja, której nie da się w żaden inny sposób uzyskać. Jedna z moich polskich bohaterek, która nie mogła mieć dzieci, sama chciała wybrać dawcę nasienia. Dlatego też nie brała pod uwagę adopcji. Na tożsamości dawcy tak bardzo jej zależało, bowiem sama musiała uporać się z tym, że do pewnego momentu nie wiedziała o swojej przeszłości. Jako nastolatka dowiedziała się od rodziców, że jest Żydówką. Postawiła sobie za cel, że jej dziecko nie będzie okłamywane i będzie jak najwięcej wiedziało na temat swojego pochodzenia.
Bardzo ciekawy w tym wszystkim jest aspekt prawny. Najstarsze dziecko z in vitro ma 37 lat. Ale prawo jest dopiero kształtowane. Wtórnie, na żywej tkance.
Prawo powstawało po precedensowych procesach. To sami zainteresowani zmieniali porządek prawny. Najczęściej dochodziło do sprawy sądowej. W Izraelu słynna była sprawa Ruti Nahmani, w Wielkiej Brytanii – Joe Ross.
Jak to było?
Joe Ross dowiedziała się w wieku 7–8 lat, że jej ojciec społeczny nie jest ojcem biologicznym. To nią wstrząsnęło. Dorastanie było dla niej bardzo trudne. Uważała, że to dlatego, że nie wie, kto jest jej biologicznym ojcem. Nie mogła sobie z tym poradzić. Wraz z rodzicami dwójki innych dzieci pozwała rząd brytyjski, że dopuścił do tego, że nie może poznać ojca. Przegrali sprawę, jednak wywalczyli stworzenie platformy, na której dzieci urodzone przed 1991 r., czyli przed wprowadzeniem nakazu rejestrowania wszystkich dawców i wszystkich transferów (potem nadawano dawcy numer, dzięki któremu można było zobaczyć, że należy do ojca tych i tych dzieci), mogły się spotkać. To rodzaj portalu społecznościowego. Zainteresowani umieszczają wyniki swoich badań genetycznych, dzięki którym mogą znaleźć rodzeństwo lub rodziców, jeżeli ci też zamieszczą swoje wyniki. Na przykład Rachel, o której opowiadałam, tam właśnie spotkała swojego brata. Ale ostatecznie i tak rozpętała się debata, która doprowadziła do wprowadzenia zakazu anonimowego dawstwa w Wielkiej Brytanii. Zresztą na Wyspach od dawna nie unikają trudnych pytań. Wszystko jest nazwane, wszystkie trudne tematy są dyskutowane i konsultowane społecznie.
Takie portale społecznościowe do szukania genetycznych krewnych są popularne?
Istnieje portal z USA, na którym komunikują się ludzie z całego świata. I może się zdarzyć, że po wrzuceniu numeru dawcy poznamy swoje rodzeństwo, a nawet rodzica.
Ale Joe Ross nie uzyskała dostępu do danych swojego ojca?
Znalazła dawcę w ramach prywatnego śledztwa, ale on nie chciał kontaktu.
To kolejna sprawa. Prawo prawem, ale dawca, chcąc anonimowości, nie życzył sobie kontaktu z dziećmi.
Jest różnie. Jeden z mężczyzn, z którym rozmawiałam, dopiero po obejrzeniu programu poświęconego problemowi dzieci z in vitro postanowił zgłosić swój numer dawcy na brytyjskim portalu i czeka na kontakt. Od tego czasu żyje w napięciu. On, a także jego żona. Tłumaczy, że nie miał pojęcia, że anonimowością może unieszczęśliwić tyle osób. Więc mówi: zgłaszajcie się, możecie mnie poznać. Ale nie wie, czy to będą trzy osoby, czy setka.
Oprócz anonimowości dość kłopotliwy i niejednoznaczny prawnie jest problem, kto ma prawo do zarodków. Czy można korzystać z zarodków, które powstały z naszego materiału genetycznego po śmierci partnera, czy ma się do nich prawo po rozstaniu?
To właśnie rozstrzygało się w głośnej izraelskiej sprawie. Najpierw sąd najwyższy zdecydował, że Ruti Nahmani nie może skorzystać z zarodków, które powstały przed rozwodem z jej komórki i niesienia byłego już męża, bo nie ma na to zgody biologicznego ojca. Naczelnym argumentem było, że on ma prawo do niebycia rodzicem. Ale wznowiono postępowanie i wydano drugi wyrok, który wzięto pod uwagę, że to była jej ostatnia możliwość posiadania dziecka biologicznego. Miała wyciętą macicę i chciała urodzić przez surogatkę, ale komórki jajowe ze względu na wiek były już coraz słabsze. Sąd orzekł, że prawo do posiadania dziecka jest ważniejsze niż prawo do nieposiadania dziecka. Co ciekawe, tu znowu sprawy potoczyły się inaczej, niż to było zaplanowane. Ostatecznie zarodek się nie przyjął i Ruti adoptowała dziecko. A jej były partner ma dzieci z nową żoną.
W Polsce, gdzie dopiero przygotowywana jest ustawa, która po raz pierwszy tę sferę będzie regulować, możliwe będzie wyłącznie dawstwo anonimowe. Zabroniono też dawstwa ze wskazaniem – rodzina ani przyjaciel nie będzie mógł przekazać komórek rozrodczych.
Wielka szkoda, że temat anonimowego dawstwa nie został szeroko podjęty. Polskie Ministerstwo Zdrowia powinno umożliwiać dwie ścieżki – również taką, że ktoś chce oddać materiał genetyczny w sposób otwarty, nie chce być anonimowy. Brak tej opcji wynika chyba z nierozumienia tematu. Taka regulacja jest niezgodna z kartą praw dziecka. Poza tym może pociągnąć za sobą procesy. To nic innego jak zamykanie oczu na rzeczywistość. I nie chodzi tylko o stan prawny.
Czyli?
Sami lekarze, z którymi rozmawiałam, mówią, że czasy anonimowości się kończą. Z jednej strony powoduje to rozwój technologii cyfrowej, z drugiej – medycyny, w tym powszechność badań genetycznych. Być może już powstają aplikacje, które będą wyszukiwać osoby z tym samym DNA. Szef duńskiego banku spermy European Sperm Bank uważa, że anonimowość jest niemożliwa. Dlatego w tym banku nie mówi się o dawcy anonimowym, używa się terminu dawca otwarty i nieotwarty, czyli że można się z nim skontaktować lub nie.
W Polsce dziecko po skończeniu 18. roku życia pozna miejscowość i datę urodzenia swojego dawcy.
To też pokazuje, że anonimowość to w zasadzie fikcja. Pomysłowość dzieci, które szukają rodziców, jest niesamowita. Rozmawiałam z jedną dziewczyną z Danii. Jest córką samotnej mamy z wyboru, więc od dzieciństwa wiedziała o historii z dawstwem, tyle że dawca nasienia był anonimowy. Dziewczyna poruszyła niebo i ziemię, żeby dotrzeć do ojca. Zaglądała ludziom w twarze, szukając fizycznego podobieństwa. Dotarła nawet do informacji, w które dni ten dawca oddawał nasienie i w jakiej ilości, dzięki zhakowanemu programowi. Prowadzi tabele w Exelu, liczy, ile fiolek kiedy oddał. Szacowała też, ile może mieć przyrodniego rodzeństwa.
Znalazła dawcę?
Tak, wertując księgi absolwentów, które powstają na uniwersytetach. Wiedziała, że dawca studiował prawo. Przeczesała studentów z danego roku i drogą eliminacji wytypowała jednego adwokata. Wysłała do niego pytanie. On nie odpowiedział. Dziewczyna liczy, że kiedyś zmieni zdanie i czeka. Znalazła natomiast przyrodnie rodzeństwo przy okazji programu telewizyjnego. Zostały zaproszone dzieci, które są świadome swojego pochodzenia i szukają dawców. Poszła z jedną z dziewczyn na lunch przed nagraniem programu i zagadnęła ją o numer dawcy. Okazało się, że jest identyczny.
Jest jeszcze jedno zagrożenie. Nawet jeśli w macicy znajdzie się obca genetycznie komórka jajowa, to w świetle prawa matką jest kobieta, która urodziła dziecko. Ojcem jest zaś ten, kto dał nasienie. Może to grozić procesami o alimenty wytaczanymi męskim dawcom.
Teoretycznie to jest od razu prawnie załatwiane w klinice: dawca zrzeka się praw do dziecka, a więc i obowiązków wobec niego. Trudno byłoby więc w sądzie dowodzić czegoś innego. Ale jeżeli ktoś robi to prywatnie, dokonuje zapłodnienia ze strzykawką, sytuacja może być bardziej skomplikowana.
W pani reportażu nie pojawia się problem dawstwa komórek jajowych. Szuka się ojców genetycznych, a matek nie?
Dzieci z nasienia dawców jest więcej. Nie dość tego, może być wiele potomstwa z jednego dawcy. W przypadku kobiet chodzi o pojedyncze komórki, więc nie ma aż tyle rodzeństwa. Dzieci od jednej dawczyni może być ewentualnie kilkanaście, ale nie kilkaset. W przypadku komórek jajowych zawsze w grę wchodzi in vitro przeprowadzane w warunkach szpitalnych. Poza tym w tych sytuacjach matkom jest pewnie wiele trudniej powiedzieć dzieciom prawdę.
Dzieci z in vitro mówią o jeszcze jednym. To strach przed kazirodczymi związkami. Jeżeli istnieje możliwość posiadania setki rodzeństwa, nie jest wykluczone, że przez przypadek się z taką osobą zwiąże.
Jedna z bohaterek – wspominana Ruth – cały czas się upewnia, czy ojciec jej męża przypadkiem nie był dawcą nasienia. Sprawdzała, czy nie jest do niego podobna. To, że można spotkać rodzeństwo, jest dla tych dzieci trudne do przyjęcia. Choć poszczególne kraje mają ograniczenia co do liczby dzieci, które mogą powstać z nasienia dawcy, w Wielkiej Brytanii jest to 10, w Danii 12, banki duńskie, największe banki spermy w Europie, eksportują nasienie jednego dawcy do wielu krajów i w efekcie dawca może mieć i setkę dzieci. Poza tym dawcy mogą zgłaszać się do różnych miejsc. Oczywiście są modele matematyczne, które pokazują, że nieświadome związanie się z przyrodnim rodzeństwem jest prawie niemożliwe. Jeden z polskich lekarzy, guru od in vitro, przekonywał mnie, że właściwie nawet jakby doszło do takiego związku, to z punktu widzenia medycyny nic złego się nie stanie. Jego zdaniem nie ma co załamywać rąk. To jednak pokazuje, że temat jest cały czas otwarty, a prawo będzie cały czas się zmieniać.
Karolina Domagalska, autorka książki „Nie przeproszę, że urodziłam. Historie rodzin z in vitro”. Urodziła się w 1980 r. w Gdańsku. Studiowała etnologię na UW i gender studies w Central European University. Tam pierwszy raz spotkała się z zagadnieniem medycyny reprodukcyjnej oraz jej wpływu na tradycyjne pojmowanie rodziny i pokrewieństwa. Z zawodu reporterka.