Własne dziecko. Tyle że bez ciąży, tycia, lękania się o poród. Olga wie, jak to zrobić. Do jej brzucha czeka kolejka marzących o rodzicielstwie. Nie wszystkim starczy odwagi i pieniędzy, by z jej usługi skorzystać
Reklama
Plan od początku wydawał mi się nierealny. Bo jak można znaleźć kobietę, która zajdzie za mnie w ciążę, a następnie urodzi dziecko, odda je, po czym na zawsze zniknie z mojego życia? Co więcej, jak można za to wszystko nie mieć zarzutów prokuratorskich? Jednak po kilku dniach spędzonych na internetowych forach okazuje się, że wystarczy tylko wiedzieć – gdzie szukać i o kogo pytać.
Bo kobiet chętnych do wynajęcia brzucha jest coraz więcej. Kryteria? Można przebierać między województwami, w których mieszkają zastępcze matki, by nie jeździć na drugi koniec kraju. Wybierać młodsze lub starsze. Mężatki, wdowy lub rozwódki. Im większą kwotą dysponujemy, tym większe możemy stawiać wymagania.
To biznes.
Na zamówienie
Województwo warmińsko-mazurskie. Powiat z jednym z najwyższych wskaźników bezrobocia w Polsce. Od północy graniczy z obwodem kaliningradzkim. Jeszcze do lipca ta niewielka cząstka Rosji dawała zysk oraz szanse na wykarmienie rodziny. Jednak od kiedy władze zawiesiły mały ruch graniczny, podobno tylko tymczasowo, to wszystko pada. Skończył się drobny handel, sklepy budowane specjalnie na potrzeby klientów ze Wschodu świecą pustkami i w desperacji organizują coraz większe promocje. Bo już mało kto wierzy, że ruch zostanie przywrócony. A miejscowych na duże zakupy nie stać. Od kiedy Rosjan praktycznie nie ma, tutejsi ledwo wiążą koniec z końcem.
Olga (imię zmienione) ma 30 lat, imponującą figurę klepsydry i trzypokojowe mieszkanie w starym bloku, które dzieli z mamą oraz dziećmi. Dzieci Olga ma dwoje. Tych własnych. Bo matką zostawała już cztery razy. Tyle że dwa razy na zamówienie. Żyje skromnie, lecz synek i córeczka są czyści i zadbani, na czas odprowadzeni do szkoły. Olga robi mi owocową herbatę i przymyka drzwi do kuchni. Dba o dyskrecję swoją i przyszłych rodziców.
Najpierw były e-maile na forum, rozmowy telefoniczne, w końcu spotkanie. Bo Olga koniecznie chciała pokazać warunki, w jakich mieszka i wychowuje dzieci, a ja musiałam sprawdzić, gdzie „noszone” byłoby nasze dziecko. Częstując mnie szarlotką, podkreśla, że nie spotyka się często z biologicznymi rodzicami. Po pierwszej rozmowie zobaczylibyśmy się już w wybranej klinice leczenia niepłodności. I to tak nie do końca oficjalnie. Na pozostałych wizytach lekarskich raz przychodziłabym ja jako przyjaciółka, a raz mój mąż. Jako ojciec dziecka. Dzięki temu nasza trójka mogłaby utrzymać pozory zwykłej pary, która zaszła w ciążę za pomocą in vitro.
Na razie jednak Olga chciała pokazać mi warunki, w jakich mieszka, i udowodnić, że nie jest patologią. Na każdym kroku podkreśla, że jest zwykłą matką, która chce pomóc innym. A że przy okazji zabezpieczyć przyszłość własnych dzieci, to przecież nie ma w tym nic złego. Po wysłuchaniu mojej historii o tym, dlaczego chcę skorzystać z pomocy zastępczej matki, Olga nie ma wątpliwości, że dobrze trafiłam. Na potwierdzenie pokazuje mi zdjęcia z poprzednich ciąż i referencje od biologicznych rodziców. – Mogę też przekazać ci numery telefonów do nich. Opowiedzą, jak to było, żeby nie było wątpliwości co do moich pobudek. Zgodzili się, nie będzie problemu, latami starali się bezskutecznie o dziecko, więc wiedzą, jaki to koszmar chcieć i nie móc – zapewnia.
Matka jest jedna
Na zamówienie urodziła chłopca oraz dziewczynkę. W pełni zdrowe. Porody były naturalne, żadnej cesarki. – Kilkanaście minut i już były na świecie. Bez komplikacji, 10 w skali Apgar. Widocznie moje ciało jest stworzone do ciąży i porodu. Dlaczego więc nie mogłabym się nim podzielić? – pyta Olga. – Owszem, w trakcie ciąży hormony buzują, pojawiają się uczucia do tej małej istotki w brzuchu, ale zawsze traktuję ją raczej jak ciocia niż mama. Bo mimo wszystko to nie jest moje dziecko, nie moje geny. Tak muszę o tym myśleć, bo w przeciwnym razie nie mogłabym być zastępczą matką.
Własne dzieci Olgi chodzą do szkoły. Jedno do podstawówki, drugie do gimnazjum. O pierwszej „obcej” ciąży dowiedziały się na kilka dni przed jej pójściem do szpitala. – Nie wiedziałam, jak im powiedzieć, ale okazało się, że dzieci rozumieją więcej niż dorośli. Nie mówimy o tym publicznie, bo ludzie nie są tolerancyjni. A ja nie cierpię plotek i udowodniania, że nie jestem wyrodną kryminalistką – opowiada. Na szczęście Olga ma dosyć krągłe kształty, tak więc ciąży prawie nie widać. – Brzuszek wyskakuje mi tak naprawdę dopiero na końcu. Tak było za każdym razem. Zawsze chodziłam w szerokich sukienkach, z szalami. Ludzie się przyzwyczaili.
Olga ma też aktualne wyniki badań. Jest w pełni zdrowa. Od ostatniego porodu minął rok, tak więc może zachodzić w ciążę. Jestem druga na liście, ale ludzie przede mną jeszcze się wahają, tak więc jeśli nie podejmą decyzji w ciągu kilku dni, wskoczę na ich miejsce. Od razu także podkreśla, że zachodzenie w „czyjąś ciążę” nie jest jej jedynym sposobem zarobkowania. Pracuje w domu, szyje ubranka dla dzieci. Ma firmę, tak więc sama steruje sobie godzinami pracy. Nie musi nikogo prosić o wolne, nikomu się tłumaczyć.
O surogatkach mówiono już w latach 90., gdy kryzys gospodarczy w Polsce stworzył pole do popisu dla nowych, kontrowersyjnych sposobów zarobkowania ciałem. Trudno oszacować, ile polskich par szuka matek zastępczych. Wiadomo jednak, że około półtora miliona polskich par od lat bezskutecznie stara się o dziecko drogą naturalną, przez in vitro czy też poprzez adopcję. Z różnych przyczyn rodzicami jednak nie zostaje.
Teoretycznie Olga godzi się dobrowolnie na wprowadzenie do swojego ciała zarodka zapłodnionego drogą in vitro, a następnie przekazanie go wybranym osobom. W świetle prawa korzystanie z tzw. rodzicielstwa zastępczego ani nie jest prawnie dozwolone, ani też zakazane. Od 2008 r. w kodeksie rodzinnym i opiekuńczym istnieje przepis art. 619 mówiący o tym, że dziecko może mieć jedną matkę i jednego ojca. A za matkę uznawana jest kobieta, która dziecko urodziła. Pytań i wątpliwości co do definicji matki powstaje wiele. Bo w świetle artykułu nie liczy się pokrewieństwo genetyczne, tylko sam akt narodzin. Czyli z prawnego punktu widzenia matką i tak byłaby Olga.
– Poprzednim razem było tak, jak chcieli rodzice. Raz poddałam się procedurze adopcji ze wskazaniem, a za pierwszym razem po prostu po wyjściu ze szpitala oddałam malucha w ręce rodziców. Ojciec uznał dziecko za swoje, a ja zrzekłam się praw do opieki. Będzie, jak ustalisz z mężem. Jeden sposób jest bardziej skomplikowany, drugi mniej, dla mnie naprawdę bez znaczenia. Ja już swoje dzieci mam – dodaje Olga.
W przypadku adopcji ze wskazaniem po urodzeniu dziecka Olga zrzekła się praw do niego i wskazała wybraną parę jako wytypowanych przez nią rodziców. Wówczas pozostało już tylko złożenie przez wybranych wniosku o tzw. pełne przysposobienie dziecka. Na mocy tego rozwiązania władzę rodzicielską decyzją sądu przejęli prawdziwi rodzice dziecka. Od tej pory przysługiwały im wszystkie prawa, którymi mogą cieszyć się rodzice naturalni – w tym m.in. prawo do urlopu macierzyńskiego w wysokości 20 tygodni na jedno dziecko lub 31 tygodni na dwoje. Jeśli jednak rodzice zdecydują się pójść na skróty i po prostu za dziecko zapłacić, wówczas nie przysługują im ani urlop macierzyński, ani inne rodzicielskie przywileje. Nie mogą też mieć gwarancji, że surogatka mimo zapewnień w ogóle im dziecko odda.
Komórkę jajową poproszę raz
Jeśli chodzi o kodeks karny, art. 253 par. 2 mówi, że „kto organizuje, w celu osiągnięcia korzyści majątkowej, adopcję poza tą formalną, dopuszczalną przez polskie prawo drogą, podlega odpowiedzialności karnej”. Można z niego pociągnąć do odpowiedzialności nie tylko pragnących dziecka, lecz też samą surogatkę. Bo ona nie robi tego bynajmniej z miłosierdzia, lecz dla pieniędzy. Dlatego Olga nie podpisuje żadnych dokumentów. A pieniądze rozdziela na kilka różnych kont. Żeby nie było śladu.
Kiedy przechodzimy do spraw finansowych, Olga podkreśla, że nie możemy spisać umowy, bo mogłoby to być podciągnięte pod paragraf o handlu ludźmi. A ona dba o to, żeby nikt nie mógł jej o nic oskarżyć. Ma dzieci, tłumaczy, więc musi być rozsądna. Dlatego umowa musi opierać się na wzajemnym zaufaniu. Oficjalnie Olga nie bierze od nas pieniędzy za dziewięć miesięcy ciąży, a my jej za tę ciążę nie płacimy. Oficjalnie tylko ją w czasie ciąży „wspieramy”. Jak przyjaciele. Pokrywamy też wszystkie koszty związane z zapłodnieniem in vitro. Poprzedni rodzice mają namiary na klinikę leczenia bezpłodności, która jest profesjonalna i, co bardzo ważne, dyskretna. – Tylko musieliby państwo przyjechać tam z Warszawy, ale ceny też są dużo niższe niż w stolicy, więc wyjazd się opłaca – mówi. Dodatkowo wspieralibyśmy Olgę 1,5 tys. zł miesięcznie na witaminy i dodatkowe jedzenie. I wypłacić jej 40 tys. zł tzw. amortyzacji na sam koniec ciąży. – Lepiej żeby poród miał miejsce w prywatnej klinice. Bezpieczniej dla dziecka, większy komfort dla państwa. I brak pytań. Ale to już zastawiam do waszej decyzji. Jeśli o mnie chodzi, mogę rodzić w państwowym szpitalu – dodaje. W sumie koszt zastępczego macierzyństwa będzie nas kosztował ok. 54 tys. zł, do tego trzeba doliczyć koszty zapłodnienia in vitro i porodu. W sumie ok. 75 tys. Chętnych jednak nie brakuje. – Jest ich więcej, niż jesteśmy w stanie zaoferować. Wiadomo, że naraz można być tylko w jednej ciąży. Ale mam koleżanki, do których są listy kandydatów.
Najtańsze brzuchy do wynajęcia, poza Warmią i Mazurami, są podobno na Śląsku, najdroższe w okolicach Poznania, Gdańska i Krakowa. Bo tam konkurencja najmniejsza, a oczekiwania rodziców największe. Najwyższe stawki mają już surogatki z doświadczeniem. Dodatkowym problemem bywa nie tylko zastępczy brzuch, lecz także materiał rozrodczy. Bo tak jak można skorzystać z banku nasienia, tak już z banku komórek jajowych niekoniecznie. Przynajmniej nie w świetle prawa. Dlatego poza wynajmem „żywych inkubatorów” całkiem prężnie rozwija się też handel komórkami jajowymi. Gdybym decydowała się na komplet – czyli matkę zastępczą oraz jej komórkę jajową – wtedy wydatek może sięgnąć i 100 tys. zł przy badaniach dowodzących braku obciążeń genetycznych matki.
Olga sama komórek jajowych nie sprzedaje, ale ma do polecenia koleżankę. Koleżanka ma ukraińskie pochodzenie i wszystkie niezbędne badania. Mówi doskonale po polsku, dlatego w klinice nikt nie nabierze podejrzeń, kiedy poda się za moją przyjaciółkę lub siostrę. I nie jest strasznie droga. Za jedno jajeczko bierze 5 tys. zł. Przy większych zakupach cena spada. Jajeczka od Polek kosztują niemal dwa razy tyle. – Ale czy to ma jakiekolwiek znaczenie? Dla kobiety pragnącej własnego dziecka zazwyczaj nie jest to aż tak ważne. No, chyba że jest wyjątkowo majętna, wtedy może przebierać i w surogatkach, i w komórkach jajowych – mówi Olga.
Kto daje i odbiera
W kilku krajach europejskich surogactwo jest dopuszczone, chociaż europejska konwencja bioetyczna wyraża się dosyć jasno na temat traktowania ciała jako źródła dochodu. Zgodnie z tymi wytycznymi zastępcze macierzyństwo powinno być uznane za nielegalne. Owszem, zdarza się surogatka altruistyczna, kiedy nosi ciążę dla innej kobiety za darmo, ale zazwyczaj jest to matka przyszłej matki, jej siostra lub przyjaciółka. Większość surogatek oczekuje uczciwej zapłaty za wypożyczenie swojego brzucha. I w wielu krajach opłata za brzuch nie jest uiszczana pod stołem, ale całkiem legalnie. Surogactwo dopuszczone jest w Rosji, Gruzji, Grecji, Wielkiej Brytanii, Finlandii, USA, Indiach, Meksyku, Armenii, Czechach czy Tajlandii. Ta w wersji altruistycznej od dawna zalegalizowana jest już w Australii, Nowej Zelandii czy Kanadzie. Oficjalny zakaz zastępczego macierzyństwa wprowadzono za to w Niemczech, we Francji, Włoszech, w Japonii, Islandii czy na Węgrzech.
W Polsce nie ma ani przyzwolenia, ani oficjalnego zakazu. Wszystko odbywa się w większości w internecie, a następnie na zapleczu prywatnej służby zdrowia. Niekiedy z umowami, które nie mają jednak żadnej mocy prawnej. Bo nawet jeśli surogatka spisze umowę z przyszłymi rodzicami, zawsze jedno lub drugie może się rozmyślić. Zwłaszcza że przez dziewięć miesięcy wydarzyć może się wszystko. Tak jak było w 2009 r. w przypadku Beaty Grzybowskiej, pierwszej polskiej surogatki, a przynajmniej pierwszej, która do surogactwa się przyznała. 32-letnia mieszkanka Łodzi z powodu złej sytuacji finansowej postanowiła zgłosić się do agencji z Piaseczna pośredniczącej w usługach zastępczego rodzicielstwa. Po zapoznaniu wspólnie z przyszłymi rodzicami zdecydowali, że dogadają się sami, bez pośredników. Za urodzenie dziecka bezdzietnemu małżeństwu z Warszawy Grzybowska miała dostać 30 tys. zł, chociaż w późniejszych wywiadach w prasie podkreślała, że tak naprawdę dostała tylko 10 tys. Miało dojść do adopcji ze wskazaniem. Ale mimo umowy, otrzymania pieniędzy i zabrania chłopca przez biologicznych rodziców od razu po porodzie Grzybowska odmówiła zgody na adopcję, zapowiadając walkę o syna, którego – jak twierdziła – pokochała w trakcie ciąży.
Kobieta miała już troje swoich dzieci, z których jedno oddała przed laty do adopcji, bo jak przyznała później – dziewczynka „była w złym stanie zdrowia i podejrzewano u niej choroby genetyczne”. Los pozostałej dwójki też był zagrożony, kiedy po nagłośnieniu sprawy przez media kurator postanowił przyjrzeć się sytuacji Grzybowskiej. Niemalże po roku kobieta zrezygnowała z walki o syna, skupiając się na tym, aby sąd nie pozbawił jej opieki nad córkami. „W sprawie przede wszystkim liczy się dobro dziecka. I dlatego postanowiła zrezygnować. Zgodziła się na to, żeby sąd pozbawił ją władzy rodzicielskiej nad dzieckiem, żeby otworzyć drogę tamtej matce do adopcji dziecka” – mówiła wówczas dziennikarzom pełnomocnik Grzybowskiej, mec. Maria Wentland-Walkiewicz. Po trzech latach Grzybowska ponownie została matką. Jak podkreślała w wywiadach, tym razem urodziła tylko dla siebie. Kobieta nadal nie pracowała, utrzymując się tylko z alimentów i zasiłków.
Historia zna również przypadki, gdy to biologiczni rodzice nie chcą przyjąć dziecka, np. z powodu wady genetycznej. Tak było z parą Australijczyków, którzy za 16 tys. dol. wynajęli do urodzenia swojego dziecka brzuch 21-letniej Tajki. Już w trakcie ciąży wiadomo było, że na świat przyjdą bliźnięta. I że jedno z nich cierpi na zespół Downa. W grudniu 2013 r. para odebrała od surogatki tylko jedno dziecko – zdrową dziewczynkę. Chłopiec z zespołem Downa został pod jej opieką w Tajlandii. Kobieta postanowiła prosić o pomoc w wychowaniu chłopca, którego nazwała Gammy. W Tajlandii biznes surogatkowy kwitnie, ponieważ jest on całkowicie legalny. Jednak po sprawie Gammy’ego Tajlandia zabroniła obcokrajowcom wynajmowania tajskich matek zastępczych. Zaledwie kilka miesięcy później skandal wybuchł też w Wielkiej Brytanii, gdzie kobieta odmówiła przyjęcia jednego z dwojga swoich dzieci urodzonych przez surogatkę. Powodem również była choroba bliźniaka. Z Wielkiej Brytanii pochodzi także najpłodniejsza dotychczas surogatka na świecie. 49-letnia Carole Horlock w ciągu 20 lat urodziła 15 dzieci, w tym bliźniaki i trojaczki. Jak przyznaje kobieta, rodzenie dzieci jest uzależniające i ekscytujące. Ekscytujące są także pieniądze, jakie inkasowała za każdą ciążę – od 7 tys. do 15 tys. funtów.
Olga planuje jeszcze najwyżej jedną ciążę, może dwie, trzy. Potem, śmieje się, uda się na zasłużony spoczynek. Rodzić już nie będzie, ale jeśli nadal będzie zdrowa, być może będzie chciała się podzielić jeszcze swoimi komórkami jajowymi.

Kup w kiosku lub w wersji cyfrowej