Rok 2019 obfitował w wydarzenia, których rezultaty poznamy dopiero w 2020 r. Impeachment w USA, brexit, wojna handlowa, globalne protesty, sytuacja w Zatoce Perskiej, sprawdzenie w praktyce nowego rozdania w UE – na to musimy być przygotowani.
Nasz wybór w żadnej mierze nie wyczerpuje wydarzeń domagających się kontynuacji. Nadal pozostaje problem ze zbrojeniami atomowymi Korei Północnej i fatalny stan kontroli nad arsenałem nuklearnym w ogóle. W 2019 r. zaskoczyły nas zjawiska pogodowe, jak chociażby niespotykanej siły huragan Dorian czy fala rekordowych temperatur. W 2020 r. świat tym uważniej będzie się przyglądał oznakom globalnego ocieplenia. I chociaż po Ziemi porusza się ponad sześć razy więcej SUV-ów niż 10 lat temu, to zwrot w stronę aut elektrycznych powoli staje się faktem – czego wyrazem chociażby Europejski Sojusz Bateryjny, którego członkiem jest także Polska.



Reklama
Miniony rok najpierw zasiał wątpliwość, czy do brexitu kiedykolwiek dojdzie – a potem otworzył drogę do szybkiego rozwodu. Stało się tak m.in. dzięki zmianie na stanowisku premiera Wielkiej Brytanii. Boris Johnson ma bowiem coś, czego nie miała jego poprzedniczka Theresa May – silną większość w parlamencie, która zapewnia pole manewru w nawigacji po zdradliwych, brexitowych wodach. Premier zdobył ją podczas przyspieszonych, grudniowych wyborów, w których postawił wszystko na jedną kartę i obiecał Brytyjczykom, że dokończy brexit. Ci uwierzyli i w prezencie dali szefowi rządu większość, jakiej konserwatyści nie mieli w Izbie Gmin od końca lat 80. W efekcie brexit przestał być nużącym nagłówkiem z gazet, a stał się faktem – Wielka Brytania formalnie przestanie być członkiem Unii Europejskiej wraz z końcem stycznia przyszłego roku, chociaż realnie niewiele się zmieni jeszcze przez rok. To oznacza, że ryzyko twardego brexitu znów może zajrzeć Europie w oczy pod koniec 2020 r., jeśli strony wcześniej nie dogadają się co do warunków wzajemnej wymiany handlowej.

Reklama
Miniony rok to również sukcesy w walce z Państwem Islamskim. W marcu siłom syryjskich Kurdów wspieranym przez USA udało się odbić z rąk dżihadystów ostatnią miejscowość, likwidując w ten sposób samozwańczy kalifat, który jeszcze na przełomie 2014 i 2015 r. miał wielkość Portugalii i był zamieszkany przez prawie 8 mln ludzi. Pod koniec października amerykańskie siły specjalne zabiły stojącego na czele ISIS Abu Bakra al-Baghdadiego. Lider Państwa Islamskiego zginął w tunelu pod domem, w którym przebywał, od detonacji ładunku wybuchowego ukrytego w noszonej przez niego kamizelce – co prezydent Trump skwitował stwierdzeniem, że „zdechł jak pies”. Ciosy te nie oznaczają jednak końca organizacji, tak jak śmierć Osamy bin Ladena nie oznaczała końca Al-Kaidy. Wielu bojowników z pewnością przeszło do podziemia; zdecentralizowany charakter organizacji oznacza, że może ona funkcjonować bez centralnego dowództwa. Liderzy z pewnością zadbali też o to, aby ISIS miało środki na działanie po upadku kalifatu. Jednocześnie Trump zarządził amerykański odwrót z Syrii, ustępując w ten sposób kolejny raz w tym kraju pola Rosjanom.



Chociaż protesty społeczne w 2019 r. będą kojarzyć się głównie z Hongkongiem, to w ub.r. na ulice wyszli mieszkańcy przynajmniej 20 krajów świata. W kilku przypadkach zakończyło się to zmianą władzy: do dymisji podali się prezydenci Algierii Abd al-Aziz Buteflika oraz Boliwii Evo Morales; premierzy Libanu Sad al-Hariri oraz Iraku Adil Abd al-Mahdi. W wyniku zamachu stanu władzę utracił również rządzący od wielu lat Sudanem Umar al-Baszir. W innych państwach protestującym udało się zatrzymać reformy, które wyprowadziły ludzi na ulice: w Ekwadorze nie zniesiono dopłat do paliwa, w Hongkongu na śmietnik trafiło prawo ekstradycyjne, w Kolumbii wstrzymano reformę podatkową. Nie wiadomo, jaki będzie los reformy emerytalnej we Francji, zaś władze Chile chcą zorganizować referendum konstytucyjne. Te sukcesy nie gwarantują jednak spokoju w 2020 r., ponieważ w większości krajów protestujący domagają się pracy i środków do życia – a tego nie jest w stanie zapewnić sama zmiana władzy.
Kiedy w listopadzie ub.r. rząd USA przywrócił sankcje na Iran zdjęte wcześniej przez Baracka Obamę na podstawie porozumienia atomowego, było wiadomo, że sytuacja nad cieśniną Ormuz, przez którą przepływa jedna piąta światowej ropy, zaogni się. I faktycznie, w maju doszło do ataków na cztery statki handlowe w pobliżu cieśniny, co uznano za irańską prowokację. Potem Irańczycy zestrzelili Amerykanom drona, a ci niebawem odwdzięczyli się tym samym. Kulminacja nastąpiła jednak we wrześniu, kiedy doszło do uderzenia na bardzo ważną, saudyjską instalację naftową w Bukajku, co wstrzymało na chwilę połowę produkcji królestwa. Teheran oprócz działań zaczepnych straszy również wznowieniem programu atomowego uranu, instalując nowe wirówki – urządzenia służące do wzbogacania uranu – i przekraczając nałożony na kraj limit zapasów tegoż pierwiastka w rozszczepialnej formie. Sankcje dotykają jednak Iran bardziej, niż ajatollahowie byliby skłonni przyznać – o czym świadczą chociażby gwałtowne protesty społeczne, które wybuchły w listopadzie. Biorąc pod uwagę, że sąsiedni Irak płonie m.in. dlatego, że Teheran wtrąca się w jego sprawy, władze Iranu mogą nie mieć innego wyjścia, jak dokonać niedługo korekty swojego kursu.
W marcu 2018 r. Donald Trump napisał na Twitterze, że „wojny handlowe są dobre i łatwo się je wygrywa”. Prawie dwa lata później jego najważniejsza wojna – z Chinami – wciąż jest daleka od łatwego zakończenia. Pod koniec mijającego roku strony ogłosiły częściowe zawieszenie broni: Chińczycy zadeklarowali m.in., że kupią więcej amerykańskich płodów rolnych i przestaną wymuszać transfery technologii. Najbardziej kontrowersyjne kwestie – jak chociażby państwowe dotacje dla biznesu – odłożono jednak na później. Pekin się ugiął, bo coraz wolniej kręcąca się gospodarka nie potrzebuje konfliktu z największym klientem, a chiński eksport do Stanów Zjednoczonych maleje z miesiąca na miesiąc. Władze Państwa Środka doskonale rozumieją też, że bez sensu byłaby gra na przeczekanie obecnego prezydenta, biorąc pod uwagę to, że w Waszyngtonie nie ma nikogo, kto postulowałby bardziej koncyliacyjny ton względem Chin. Błędem byłoby więc liczenie na to, że w przyszłym roku w Białym Domu zastąpi Trumpa ktoś bardziej sprzyjający Pekinowi.



Kiedy Jean-Claude Juncker ogłosił, że nie będzie ubiegał się o drugą kadencję na stanowisku przewodniczącego Komisji Europejskiej, stało się jasne, że w 2019 r. dojdzie do unijnej kadrowej superkumulacji. Oprócz fotela szefa KE do wzięcia bowiem były również stanowiska przewodniczącego Rady Europejskiej – zgromadzenia szefów rządów państw UE, gdzie podejmowane są najważniejsze decyzje, piastowane dotychczas przez Donalda Tuska – oraz gabinet na 40. piętrze południowej wieży w siedzibie Europejskiego Banku Centralnego, gdzie dotychczas urzędował Mario Draghi. Po długich targach stanowisko szefowej KE przypadło dotychczasowej minister obrony Niemiec Ursuli von der Leyen; fotel Tuska objął premier Belgii Charles Michel; do Frankfurtu prosto z Waszyngtonu przeprowadziła się Christine Lagarde (w nowym rozdaniu w Brukseli fotel komisarza odpowiedzialnego za rolnictwo otrzymał Janusz Wojciechowski). Przed tą trójką stoją nie lada wyzwania, jak chociażby zbliżające się spowolnienie gospodarcze czy konieczność mobilizacji olbrzymich środków na walkę z klimatem.
Miniony rok przejdzie do historii jako ten, w którym przeciwnicy Trumpa wreszcie znaleźli na niego haczyk. Dotychczas prezydent był jak z teflonu: nie szkodziły mu afery obyczajowe, byli podwładni obnażający jego skrajną niekompetencję, a nawet to, że zatrudnieni w Białym Domu członkowie rodziny korzystają z prywatnych kont e-mail do prowadzenia służbowej korespondencji (to ostatnie szczególnie uwiera pewnie Hillary Clinton). 2019 r. miał przynieść przełom pod postacią raportu Muellera, b. szefa FBI postawionego na czele śledztwa w sprawie związków Trumpa i jego otoczenia z Rosją oraz podejmowanych przez prezydenta prób utrudniania śledztwa. Raport związków nie pokazał, ale zapewnił przykłady utrudniania. Brak jednoznacznych konkluzji sprawił, że nie był trzęsieniem ziemi, jakiego oczekiwano. I kiedy wydawało się, że Trump jest niezatapialny, lokator Białego Domu wręczył swoim przeciwnikom prezent: rozmowę z Wołodymyrem Zełenskim, w której zwraca się do prezydenta Ukrainy z prośbą o znalezienie haków na syna Joego Bidena, potencjalnego rywala w przyszłorocznych wyborach prezydenckich (jednocześnie Biały Dom wstrzymał wypłatę pomocy wojskowej dla Ukrainy, tak jakby chciał wywrzeć na Zełenskiego dodatkową presję). Tego nawet dla sceptycznych wobec impeachmentu polityków Partii Demokratycznej („on nie jest tego wart” mówiła w marcu przewodnicząca Izby Reprezentantów Nancy Pelosi) było już za wiele, czego efektem było zielone światło do uruchomienia procedury. Tuż przed świętami Donald Trump został jako trzeci prezydent w historii postawiony w stan impeachmentu. Teraz czeka go proces przed Senatem (z którego pewnie wyjdzie obronną ręką).
Do najważniejszego z naszej perspektywy plebiscytu doszło z pewnością w Wielkiej Brytanii, gdzie Boris Johnson uzyskał silną parlamentarną większość dającą mu wolną rękę w kształtowaniu polityki brexitowej. Ale w 2019 r. wybory odbyły się także w Grecji, gdzie do władzy doszła Nowa Demokracja z Kiriakosem Mitsotakisem, kończąc w ten sposób symbolicznie czas trzeciego bailoutu, na który najpierw nie chciał się zgodzić, a potem gorliwie wdrażał były już premier Aleksis Tsipras. Na innym kontynencie premier Narendra Modi potwierdził siłę mandatu w Indiach, zwiększając swój stan posiadania w hinduskim parlamencie w majowym plebiscycie. W leżącej niedaleko Indonezji kolejne pięć lat rządzić będzie prezydent Joko Widodo. Ale nie wszystkie wybory w tym roku kończyły się w konkluzywny sposób. Swoistym fenomenem stały się podwójne elekcje, które i tak nie wyłoniły stabilnych większości. Tak stało się w Hiszpanii, której mieszkańcy fatygowali się do urn w kwietniu i listopadzie, oraz Izraelu (kwiecień i wrzesień). W tym pierwszym kraju premier Pedro Sanchez wciąż walczy o zaprzysiężenie mniejszościowego gabinetu (jego socjaliści mają 120 miejsc w Kortezach, do większości potrzeba 176). W tym drugim o polityczne przetrwanie walczy Binjamin Netanjahu, któremu prokuratura oficjalnie postawiła zarzuty korupcyjne. Dopóki piastuje stanowisko premiera, jest bezpieczny; zarzuty nie zraziły jego zwolenników – cztery dni temu wygrał prawybory na przewodniczącego Likudu, swojej partii. Na jej czele stanie 2 marca do trzecich wyborów w ciągu roku.