Choć do wyborów idzie jako konglomerat trzech ugrupowań, to niewykluczone, że po wejściu do parlamentu przeistoczy się w jedną partię.
Nowa polityka mieszkaniowa i edukacyjna, prawa pracownicze, liberalizacja przepisów aborcyjnych, wzmacnianie świeckiego państwa – to trzon propozycji zjednoczonej lewicy. Zostały one przedstawione na weekendowej konwencji.
Hasła te przekładają się m.in. na propozycję powołania publicznego dewelopera, który w ciągu 10 lat wybudowałby milion mieszkań. Zapowiedziano też ustawę reprywatyzacyjną. – O sprawach Polski będzie decydować polski rząd, a nie ambasada USA – przekonywał Adrian Zandberg z partii Razem. W kwestii edukacji zapowiedziano wprowadzenie w szkołach zajęć antydyskryminacyjnych, z edukacji seksualnej i cyberbezpieczeństwa. Pojawiła się też propozycja podniesienia płacy minimalnej do 2,7 tys. zł w 2020 r. i likwidacji umów śmieciowych w sferze publicznej. Nie zabrakło też postulatów o charakterze światopoglądowym – m.in. liberalizacji przepisów aborcyjnych czy większego rozdziału Kościoła od państwa (w tym likwidacji Funduszu Kościelnego).
Swoistego „błogosławieństwa” zjednoczonej lewicy udzielił były prezydent Aleksander Kwaśniewski. To wzmacnia spekulacje, że po wyborach może dojść do stworzenia zupełnie nowego ugrupowania, powstałego wskutek wchłonięcia przez SLD mniejszych graczy – Razem i Wiosny. Niewykluczone, że partia powstałaby pod zupełnie nową marką, niezwiązaną z SLD.
Reklama
– To są jakieś przypuszczenia, będziemy o tym jeszcze rozmawiać. Jeśli będzie wspólny klub w Sejmie, będzie to zaczyn do jakichś wspólnych działań. Na razie skupiamy się jednak na wyborach i tym, by jak najwięcej naszych kandydatek i kandydatów trafiło do parlamentu – mówi Anna Maria Żukowska, rzeczniczka SLD i dwójka na warszawskiej liście lewicy do Sejmu.
O scenariuszu, w którym wpierw była mowa o „wasalizacji” dwójki koalicjantów przez SLD, mówiło się już od chwili, gdy pojawiły się problemy z rejestracją nazwy komitetu wyborczego lewicy. Przypomnijmy – w nazwie miała być „lewica”, ale pojawiły się kłopoty natury formalnej i ostatecznie zarejestrowano partyjny komitet Sojuszu Lewicy Demokratycznej, z list którego wystartują także działacze Wiosny i Razem. Spekulowano, że jest to celowe działanie ze strony największego gracza, czyli SLD.

Reklama
– To są starzy wyjadacze, doskonale obeznani w prawie wyborczym. Musieli zdawać sobie sprawę, że rejestracja takiego komitetu na ostatnią chwilę nie może się udać – twierdzi jeden z działaczy bloku lewicowego. Ostatecznie koalicjanci musieli przełknąć fakt startu z list SLD, a nie „lewicy” jako takiej. Oraz to, że po wyborach wszystkie pieniądze z subwencji przejmie partia Włodzimierza Czarzastego. To zła wiadomość dla Razem i jeszcze gorsza dla Wiosny. Ta pierwsza partia w latach 2016–2019 mogła liczyć na subwencję w wysokości ponad 3 mln zł (za przekroczenie 3 proc. poparcia w wyborach w 2015 r.), ta druga – takiej szansy nie miała, bo powstała dopiero w lutym tego roku.
Nasi rozmówcy przekonują, że za politykę SLD – także względem współkoalicjantów – ze strony SLD odpowiadają Włodzimierz Czarzasty, wspomniana Anna Maria Żukowska, były prezes TVP Robert Kwiatkowski czy Krzysztof Janik, który przewodniczył Sojuszowi w 2004 r. – Janik działa z tyłu i reaguje w momentach krytycznych. Jest biegły w prawie wyborczym i ordynacji, to dlatego jest wciąż wykorzystywany przez partię – twierdzi działacz jednego z koalicjantów SLD. Z kolei przy układaniu list senackich mocno zaangażowany był wiceszef SLD Marek Balt.
Jeden z przedstawicieli lewicowej koalicji przekonuje, że choć w SLD widać dopływ młodej krwi, to wciąż realizuje się agenda narzucana przez doświadczonych „baronów”. Taką interpretację odrzuca Anna Maria Żukowska z SLD: – To już nie te czasy, baronowie są w książkach od historii. Od dawna w SLD czegoś takiego nie ma, w partii następuje naturalna wymiana pokoleniowa – zapewnia.
Czy koalicjanci SLD czują się zagrożeni? – Jeśli chodzi o program czy kwestie strategiczne, to współpracujemy partnersko i nie ma po co tworzyć teorii spiskowych o dążeniu do anihiliacji nas czy Wiosny – przekonuje Dorota Olko z partii Razem. Z kolei od jednego z działaczy Wiosny słyszymy, że wchłonięcie formacji Roberta Biedronia przez SLD jest właściwie kwestią czasu. – Nasi lokalni działacze to często osoby bez doświadczenia, na poziomie lokalnym są rozgrywani przez kolegów z SLD jak dzieci – przekonuje.
– Z tego, jak nas potraktowano, wnioskujemy, że struktury Wiosny są niepotrzebne. Nie braliśmy udziału w rozmowach o listach, nawet nasze oświadczenia niczego nie zmieniały – mówi Mikołaj Pancewicz, do niedawna członek Wiosny w Kaliszu. Wtóruje mu Marek Jaroszek, który do niedawna tworzył chełmskie struktury partii: – Po majowych wyborach Wiosna na wschodzie przestała istnieć. O koalicji z SLD i partią Razem dowiedziałem się z konferencji prasowej – przekonuje.
Jak słyszymy, wielu członków Wiosny, rozczarowanych postawą swoich liderów, postanowiło całkowicie wycofać się z działalności politycznej. Inni – tak jak działacze z województwa świętokrzyskiego – zaczęli wspierać SLD. Pytana o nich rzeczniczka Sojuszu zaprzecza, by dochodziło do masowych transferów do silniejszej partii.
Pytani o ewentualną fuzję działacze SLD pozostają sceptyczni wobec takich pomysłów. – Trudno powiedzieć, na co pracowaliśmy tak ciężko przez ostatnie cztery lata, skoro nasze miejsca zgarnęli ludzie od Biedronia, którzy pojawili się znikąd. Według mnie, a nie jest to tylko moje zdanie, Biedroń wcale tylu głosów nie dostarcza. To, że się dostał do europarlamentu, to była jednorazowa sytuacja – mówi działacz SLD z regionu, w którym Wiosna dostała jedynkę.
Powstanie nowego ugrupowania popierać ma Kwaśniewski