Boris Johnson uosabia współczesną Partię Konserwatywną. Podobnie jak jej wierchuszka i znaczna część członków jest tworem unikatowego wyspiarskiego systemu przywilejów: najpierw elitarne prywatne szkoły, następnie prestiżowy Uniwersytet Oksfordzki, potem Izba Gmin. Choć przez długi czas był uważany za postać komiczną naszej polityki, bardziej pasującą do kabaretu niż do Downing Street 10, to w czasach chaosu i niepewności nie jest zaskakujące, że to właśnie on pokieruje teraz Zjednoczonym Królestwem i będzie (czy będzie?) negocjował brexit.
Magazyn DGP 26 lipca / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Partia Konserwatywna zdominowała brytyjską politykę, rządząc przez 60 z 90 lat w okresie między 1885 r. a 1975 r. W latach 30. poparcie dla niej sięgało 60 proc., zaś do połowy lat 50. XX w. utrzymywało się na poziomie ok. 50 proc. To było najliczniej reprezentowane ugrupowanie w historii mojego kraju – przed II wojną światową liczba jego członków sięgała aż 3 mln. Dawniej głównym hasłem partii był „Konserwatyzm jednego narodu”, co oznaczało poszukiwanie pojednania oraz zgody w społeczeństwie. To właśnie z tego powodu po wojnie torysi odwrócili się od leseferyzmu i poparli instytucje państwa opiekuńczego tworzone przez laburzystów.
Ale od połowy lat 70. przestał sprzyjać im los – i dziś partia liczy ok. 130 tys. członków, większość to ludzie starsi i przedstawiciele klasy uprzywilejowanej. Najmocniejsza jest tylko w swoim mateczniku, czyli południowo-wschodniej Anglii.

Reklama
Thatcheryzm był próbą odzyskania przez torysów popularności. Wydawało się, że skuteczną, bo od 1979 r. wygrali wybory parlamentarne trzy razy z rzędu. Ale dziś ponoszą koszty tej polityki. Margaret Thatcher zerwała z polityką „Konserwatyzmu jednego narodu”, zarządziła reformy ekonomiczne, które doprowadziły do dezindustrializacji kraju oraz mocno podzieliły społeczeństwo. Partia coraz mocniej zwracała się ku nacjonalizmowi, a frakcja eurosceptyków rosła w siłę. Konsekwentne rozmontowywanie sektora produkcyjnego i rozwój rozregulowanego sektora finansowego tylko pogłębiały słabość gospodarki. Nieracjonalna polityka dała o sobie znać podczas kryzysu 2008 r., który uwypuklił nierówności społeczne oraz związane z nimi niezadowolenie.
Właśnie w tej atmosferze narodził się brexit. W obliczu zagrożenia buntem eurosceptyków w szeregach własnej partii oraz konkurencji ze strony Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa Nigela Farage’a ówczesny premier David Cameron zagwarantował sobie reelekcję, godząc się na przeprowadzenie referendum w sprawie członkostwa w UE. Dla Borysa Johnsona to były idealne warunki do rozpoczęcia kampanii, która ostatecznie doprowadziła go do stanowiska premiera.
Poparcie Johnsona dla brexitu było podyktowane pragmatyzmem i kalkulacją, jak najlepiej wykorzystać tę sytuację dla własnych celów. Do ostatniej chwili nie wypowiadał się po żadnej stronie, ponoć nawet napisał dwa warianty jednego artykułu (jeden za pozostaniem w Unii, drugi za wyjściem), zanim ostatecznie stał się twarzą rozwodu z UE. Nawoływał do niego, nie mówiąc nic o sposobie, w jaki miałby zostać realizowany; podróżował po kraju słynnym już autobusem z wypisaną na boku fałszywą obietnicą, że po wyjściu w Unii Europejskiej rząd co tydzień będzie przekazywał na służbę zdrowia 350 mln funtów, które do tej pory trafiały do Brukseli.
Dwa lata po referendum ta niegdyś marginalna postać w polityce objęła najwyższe stanowisko polityczne w Wielkiej Brytanii. Johnson wygrał wybory na przywódcę partii, bo jej coraz mniej liczni członkowie uważają, że tylko on jest w stanie zrobić to, czego nie udało się osiągnąć Theresie May: doprowadzić brexit do końca. Nowy premier powiedział, że jest gotów wyprowadzić Wielką Brytanię z UE nawet bez nowej umowy handlowej. Taki brexit byłby dla kraju katastrofą gospodarczą i społeczną. Oznaczałby, że Wielka Brytania wyjdzie nie tylko z Unii Europejskiej, ale również z unii celnej – co spowoduje, że znajdzie się w bezprecedensowej sytuacji braku jakiegokolwiek porozumienia gospodarczego z najbliższym i największym partnerem handlowym.
W takim wypadku perspektywy brytyjskiej gospodarki, już będącej na krawędzi kolejnej recesji, znacząco się pogorszą. Krajowi grozi deficyt towarów, w tym artykułów żywnościowych i leków; kapitał i inwestorzy wyniosą się z Wysp, tworząc poważne zagrożenie dla dobrobytu i miejsc pracy. Właśnie z tego powodu podczas referendum nikt na poważnie nie brał twardego brexitu pod uwagę i większość Brytyjczyków nadal jest przeciwna takiemu rozwiązaniu. Jednocześnie retoryka Johnsona odpowiada twardemu elektoratowi torysów i najbardziej zawziętym członkom partii oraz pozwala stawić czoło innej „partii brexitu”: nowemu ugrupowaniu Nigela Farage’a.
Twardy brexit nie tylko popchnie kraj w stronę katastrofy gospodarczej, lecz zagrozi także przyszłości Wielkiej Brytanii. Brexit bez umowy przywróci granicę między Irlandią a Irlandią Północną, łamiąc międzynarodowe porozumienie pokojowe, grożąc wznowieniem konfliktu w tej prowincji. Wzmocni dążenie ku niepodległości Szkocji, której 70 proc. ludności głosowało przeciwko wyjściu z UE. Partia, która kiedyś chlubiła się wspieraniem unii Anglii, Szkocji, Walii oraz Irlandii Północnej, może poprowadzić państwo do rozpadu.
Ale jest jeszcze jedna ważna rzecz. Jeśli Boris Johnson zdecyduje się na twardy brexit, Wielka Brytania bardzo mocno uzależni się od USA. Od momentu, kiedy Donald Trump został prezydentem, Waszyngton stał się orędownikiem wyjścia Zjednoczonego Królestwa z UE. Co więcej, Trump chciałby też, żeby Brytyjczycy opuścili Unię Europejską bez zawierania nowego porozumienia handlowego. Zaproponował nawet, by Wielka Brytania wycofała się z już zawartej umowy o wyjściu z UE, odmówiła wpłacenia uzgodnionych sum do unijnego budżetu i wyznaczyła Nigela Farage’a na jednego z negocjatorów brexitu.
Zastosowanie się do tej rady postawiłoby Wielką Brytanię w sytuacji, w której musiałaby jak najszybciej podpisać nową umowę handlową z USA na bardzo niekorzystnych dla siebie warunkach. Trump jest przedsiębiorcą i już widzi potencjalne intratne kontrakty w Wielkiej Brytanii. Podczas ostatniej wizyty w Londynie Trump powiedział, że przedmiotem negocjacji będzie wszystko, łącznie z drogą sercu Brytyjczyków publiczną służbą zdrowia.
Johnson dobitnie dowiódł absolutnego podporządkowania Waszyngtonowi, kiedy jako kandydat na przywódcę partii odmówił poparcia dla długoletniego ambasadora Wielkiej Brytanii w USA Kima Durrocha, który pod naciskiem Trumpa był zmuszony podać się do dymisji.
Boris Johnson jest teraz w trakcie tworzenia rządu. Każdy, kto chciałby zostać członkiem nowego gabinetu, musi zgodzić się na poparcie twardego brexitu. Coś, co kiedyś było nie do pomyślenia, stało się teraz oficjalną rządową polityką. Johnson prowadzi Wielką Brytanię do brexitu niczym kapitan „Titanica”, który świadomie kieruje statek w stronę góry lodowej. A jego nawigatorem jest Donald Trump.