Premier Wielkiej Brytanii nie tylko chce wyjść z jednej unii – nie może również dopuścić do rozpadu innej.
Temu przede wszystkim służy tournée po kraju, jakie odbywa obecnie szef brytyjskiego rządu. Boris Johnson odwiedził już Szkocję i Walię, została mu jeszcze Irlandia Północna. Przekaz jest wszędzie ten sam: brexit to szansa dla Wielkiej Brytanii, która pozwala patrzeć na przyszłość kraju z „dumą i optymizmem”. A czego nie dostaniecie z Brukseli, to Londyn zapewni wam w dwójnasób.
Przekaz ten jest potrzebny, bo brexit może nasilić tendencje separatystyczne w Szkocji i Irlandii Północnej. Zwłaszcza jeśli 31 października Wielka Brytania opuści Unię Europejską na twardo, czyli bez porozumienia, które regulowałoby chociaż tymczasowo przepływ towarów i usług między dwoma brzegami kanału La Manche. Szkocja i Irlandia Północna w 2016 r. w większości głosowały za pozostaniem w Unii Europejskiej. Szkoci cenią sobie uczestnictwo we wspólnym rynku, zaś dla mieszkańców Belfastu i okolic Wspólnota jest gwarantem otwartej granicy na ich wyspie.
Dwie krainy historyczne Zjednoczonego Królestwa obawiają się, że twardy brexit przekreśli te możliwości. Dlatego Johnson jeździ po Wielkiej Brytanii i przekonuje, że kraj nie straci gospodarczo. Że rybacy z północy wciąż będą mogli liczyć na dopłaty, podobnie jak rolnicy z południa (wczoraj premier starał się przekonać walijskich farmerów). Że rozwód z Unią Europejską z nawiązką wynagrodzą umowy o wolnym handlu, jakie w przyszłości wynegocjuje rząd i na których skorzysta każda z czterech części Zjednoczonego Królestwa, które premier pieszczotliwie nazywa „wspaniałym kwartetem” („awesome foursome”).
Reklama
Premier Szkocji Nicola Sturgeon już jednak zapowiedziała Johnsonowi, że po powrocie z wakacji lokalny parlament rozpatrzy alternatywy dla Edynburga wobec perspektywy twardego brexitu, to znaczy pochyli się nad pomysłem organizacji kolejnego referendum niepodległościowego, być może już w 2021 r. Na północy w poniedziałek zresztą wygwizdano i wybuczano nowego szefa brytyjskiego rządu. Rezydencję pierwszej minister Johnson opuszczał tylnymi drzwiami.

Reklama
Kłopoty czekają premiera także w Irlandii Północnej, gdzie sytuację komplikują paraliż lokalnego parlamentu i spowodowana tym niemożność sformowania rządu. Ta część Zjednoczonego Królestwa jest więc zarządzana z Londynu. Brak sprawnej władzy wykonawczej w sytuacji twardego brexitu może się okazać fatalny w skutkach. Na mocy porozumienia wielkopiątkowego, które zakończyło dekady konfliktu między Londynem a zwolennikami unifikacji Irlandii, mieszkańcy Zielonej Wyspy mają zagwarantowane prawo do referendum połączeniowego, jeśli opcja ta zacznie się cieszyć powodzeniem.
Nastroje w prounijnych częściach kraju podgrzewa także retoryka nowego rządu. Szef dyplomacji Dominic Raab mówi otwarcie, że rząd szykuje się do twardego brexitu „na turbodopalaczu”. Minister koordynator tych przygotowań Michael Gove uważa zaś, że twardy brexit to najbardziej prawdopodobny scenariusz (premier stonował jego wypowiedź). Sam Johnson w kontaktach z Unią postanowił przyjąć taktykę na przeczekanie. Odmówił zajęcia miejsca przy stole rozmów, jeśli Bruksela nie wyrazi zgody na rozpoczęcie od nowa negocjacji porozumienia wyjściowego.
Tyle że stanowisko unijne na razie jest niezmienne: rozmowy nad porozumieniem się zakończyły i znajdujące się w nim zapisy – zwłaszcza zabezpieczający przed powrotem kontroli granicznych między Wielką Brytanią a Irlandią hamulec bezpieczeństwa – nie podlegają renegocjacji. Co ciekawe jednak, zwolennicy Johnsona nie wymagają od nowego premiera tego, żeby bronił jedności Zjednoczonego Królestwa za wszelką cenę. W jednym z niedawno przeprowadzonych sondaży 59 proc. członków Partii Konserwatywnej stwierdziło, że są gotowi poświęcić unię z Irlandią Północną w zamian za brexit. Szkocję w takiej transakcji poświęciłoby 63 proc. torysów.