Nie jest to problem wyłącznie rządu PIS, który – jak się zdaje – nie dostrzega treści ukrytych pod ezopowymi formułkami. Błędy popełniały też poprzednie ekipy.
Analizując rozmowy wokół Fortu Trump i kwestię tego, czy instalacja w ogóle powstanie, ale jeśli tak, to w jakim zakresie będzie wyczerpywać oczekiwania Polski ‒ warto cofnąć się o dekadę i przypomnieć, jak wyglądały negocjacje dotyczące instalacji tarczy antyrakietowej w naszym kraju. Przyjrzymy się temu, pilnując oczywiście proporcji, bo to była inicjatywa, która wyszła od Amerykanów, zaś budowę fortu zaproponował prezydent Andrzej Duda.
Kiedy rząd Baracka Obamy ogłosił w 2009 r., że tarczy nie będzie, polscy politycy i komentatorzy byli w szoku. Przez wiele miesięcy przed tym komunikatem dominowała optymistyczna narracja, według której negocjowane są jedynie szczegóły techniczne lokalizacji bazy USA.
Reklama
Tymczasem, gdyby wówczas na chłodno się przyjrzeć nastrojom w Waszyngtonie, to rezygnacja z planu tak pieczołowicie przygotowanego przez ekipę George’a W. Busha nie powinna nikogo zdziwić. Historia projektów systemu chroniącego przed rakietami z głowicami nuklearnymi sięga 1957 r. W sumie było ich sześć. Za każdym razem pomysł zaczynali realizować republikanie, a demokraci się z niego wycofywali. Było jasne jak słońce, że i tym razem tak się stanie. Uczestnikom polskiej debaty na temat tarczy, już po podpisaniu umowy z Condoleezzą Rice latem 2008 r., a jeszcze przed listopadowymi wyborami, umknęło, że najbardziej wpływowi politycy Partii Demokratycznej od początku krytycznie odnosili się do projektu.
Kalifornijska kongresmenka Ellen Tauscher, szefowa podkomisji ds. sił strategicznych (Strategic Forces) Izby Reprezentantów, głośno mówiła wcześniej, że Kongres pieniędzy na tarczę nie da, jeśli system nie zostanie dokładnie przetestowany (w budżecie na 2009 r. z zaplanowanych na tarczę 712 mln dol. zostało 370,8 mln). Tego samego argumentu używał Barack Obama. Sam na konwencji Partii Demokratycznej w Denver zapytałem ówczesnego szefa senackiej komisji obrony Jacka Reeda o przyszłość projektu. Odpowiedział, że ”przyjaźń polsko-amerykańska nie jest zakładnikiem żadnej technologii„. Warto pamiętać dziś te dyplomatyczne słowa, kiedy w ezopowych komunikatach amerykańskich polityków szukamy odpowiedzi na pytanie nie tylko o bazę, ale i o stałą obecność brygady USA. Musimy się wreszcie nauczyć języka, jakim mówią Amerykanie. I nie jest to problem wyłącznie Jacka Czaputowicza oraz rządu PiS, który – jak się zdaje – nie dostrzega treści ukrytych pod ezopowymi formułkami. Błędy popełniały też poprzednie ekipy.

Reklama
Nie tylko demokraci byli przeciwni tarczy, co również umknęło uwadze polskich komentatorów. Jeszcze w czasie kampanii 2008 r. kilku znaczących polityków Partii Republikańskiej dystansowało się do pomysłu budowy tej instalacji, uważając, że za mocno związana jest ona z ideologią coraz mniej popularnego George’a W. Busha. Co więcej, samego Donalda Trumpa oraz ministra spraw zagranicznych Mike’a Pompeo łączy z lewicą kluczowy czynnik: izolacjonizm. Od dwóch lat Ameryka stopniowo wycofuje się ze świata. Waszyngton zbroi Arabię Saudyjską, by scedować na nią odpowiedzialność za stabilność na Bliskim Wschodzie oraz poskromienie ambicji Iranu. Sam Trump chyba specjalnie nie chce prowokować Władimira Putina nadmiernym zaangażowaniem we wschodniej Europie.
Willis Krumholz z izolacjonistycznie nastawionej fundacji Defense Priorities, która stanowi jedno z intelektualnych zapleczy Białego Domu, już jesienią sceptycznie odnosił się do kwestii bazy w Polsce. ”Wyobraźmy sobie, co zrobiłaby Ameryka, gdyby Rosja czy Chiny ustanowiły bazę wojskową tuż za naszym progiem. Stworzenie takiej bazy nie odstraszy Rosji. Przeciwnie, uczyni ją jeszcze bardziej nacjonalistyczną, umocni prezydenta Władimira Putina i jego władzę nad Rosjanami – kiepska sytuacja ekonomiczna kraju zejdzie na dalszy plan, podczas gdy Putin będzie postrzegany jako obrońca Rosji przed agresją Zachodu. Rosja może się nawet «odwinąć» w sposób, jakiego sobie nie wyobrażamy i nie umiemy powstrzymać„ – mówił.
Ale to oczywiście nie znaczy, że Amerykanie nie wzmocnią swojej obecności w Polsce. Jeśli chcemy wróżyć, co będzie w raporcie Pentagonu, na który czekamy, a którego publikacja jest opóźniana, warto sięgnąć do pewnego dokumentu. Ponadpartyjny, wpływowy think tank Atlantic Council powołał we wrześniu zeszłego roku specjalną komisję, której zadaniem było przygotowanie raportu na temat ewentualnego zwiększenia amerykańskiej obecności w Polsce. W jej skład weszli m.in. byli wiceszefowie Pentagonu Ian Brzezinski i Jim Townsend, ambasador w Polsce za czasów prezydenta Clintona Daniel Fried, a na jej czele stanęli były głównodowodzący NATO gen. Philip Breedlove oraz były zastępca sekretarza generalnego Sojuszu Alexander Vershbow. Dokument ogłoszono w styczniu. Rekomenduje on pewne rozwiązania, ale w ogóle nie ma w nim mowy o czymś, co znamy pod roboczą nazwą Fort Trump. ”Zorganizowany konwencjonalny atak wojsk rosyjskich może pokonać siły NATO, w tym wojska amerykańskie, w dość krótkim czasie, zanim uda się wysłać posiłki„ – twierdzi Breedlove.
Wśród rekomendacji raportu jest m.in. stworzenie pod Krakowem bazy treningowej sił specjalnych. Natomiast to, na czym tak bardzo zależy polskiemu rządowi, czyli zainstalowanie u nas dodatkowej brygady, według specjalistów Atlantic Council powinno mieć miejsce w Niemczech. Dalej mowa jest o rewitalizacji nieużywanego lotniska w Nowym Mieście nad Pilicą, rozbudowie dowództwa dywizyjnego w Poznaniu, ośrodku szkolenia artylerii w Toruniu, unowocześnieniu portu w Gdyni oraz bazy helikopterów w Pruszczu Gdańskim. Wymienione też zostały Drawsko Pomorskie, Orzysz, Żagań i Powidz jako miejsca rozmieszczenia dodatkowych sił amerykańskich oraz infrastruktury. Mowa zatem o sieci inicjatyw, a nie o jednym skoncentrowanym punkcie – dużej bazie na brygadę. Na przykład między Toruniem a Bydgoszczą.
Jeżeli plan zostanie zrealizowany, Warszawa – w ramach wkładu własnego – zostanie zobowiązana do naprawienia infrastruktury drogowej, kolejowej oraz mieszkalnej, z której Amerykanie korzystają już teraz lub będą korzystać po umocnieniu ich sił w Polsce.
Jeśli Pentagon potwierdzi stanowisko Atlantic Council i nie zarekomenduje Kongresowi stałej bazy, to polski rząd i tak ogłosi sukces, bo wzmocnienie drobnych elementów amerykańskiej obecności na terenie całego kraju zostanie potraktowane, po pierwsze, jako kompromis, po drugie, jako koncepcja tworzenia alternatywnego, wirtualnego Fortu Trump, zbudowanego z mniejszych elementów.
Przyjrzyjmy się też ostrożności polskiego prezydenta w komentowaniu własnego pomysłu, który rekomendował Trumpowi podczas wizyty w Białym Domu. Andrzej Duda obserwował w środę na poligonie w Orzyszu pokaz przygotowany przez żołnierzy 15. Giżyckiej Brygady Zmechanizowanej oraz żołnierzy z USA, Wielkiej Brytanii, Rumunii i Chorwacji tworzących Wielonarodową Batalionową Grupę Bojową NATO, w ramach wzmocnionej wysuniętej obecności Sojuszu na wschodniej flance.
Prezydent podziękował, że w tak szczególny sposób jest obchodzone 20-lecie obecności Polski w Sojuszu Północno- atlantyckim, a zarazem 70-lecie istnienia NATO. Zwracając uwagę, że właśnie w Orzyszu stacjonuje Wielonarodowa Batalionowa Grupa Bojowa NATO, prezydent zaznaczył, że to wymowny pokaz obecności Sojuszu Północnoatlantyckiego w naszym kraju i na wschodniej flance Paktu.
‒ Mam nadzieję, że ta obecność z biegiem lat będzie się pogłębiała, powiększała, będziemy mieli nie tylko obecnych żołnierzy różnych armii NATO na terenie Polski, ale często będą się u nas odbywały także ćwiczenia ‒ mówił. Oczywiście obchodzimy właśnie 20-lecie obecności w NATO, ale warto zwrócić uwagę na pewne przesunięcie akcentów. I to, jak wielką wagę prezydent przywiązuje do porozumień w ramach Sojuszu i wspólnej odpowiedzialności. Nie wyróżniając jednocześnie Amerykanów. W ubiegłym roku wychodząc z inicjatywą budowy Fortu Trump, mocno skupiał się na Waszyngtonie, nieco lekceważąc innych członków NATO. Spekulowano wówczas, że Warszawa próbuje budować dwustronny sojusz ze Stanami Zjednoczonymi w oderwaniu od Paktu. Może ta zmiana narracji Andrzeja Dudy to efekt tego, że prezydent już wie, że jego marzenia okazały się nierealne i czas skupić się na Europie, wspólnocie transatlantyckiej i współpracy z wieloma sojusznikami, a nie tylko z tym najważniejszym.
Magazyn DGP 08.03.19 / Dziennik Gazeta Prawna