Czasami słyszę: „Wy, starzy, zróbcie miejsce tym młodym”. Co to znaczy „zróbcie miejsce”? Młodość nie jest nagrodą, a starość nie jest karą. Na starość trzeba sobie zasłużyć. Odpowiadam: „Wy, młodzi, wyrąbcie sobie to miejsce” – mówi Leszek Miller w rozmowie z Magdaleną Rigamonti.
Reklama
Magazyn 15.02 / Dziennik Gazeta Prawna
Magdalena Rigamonti: Wyjeżdża pan do Brukseli?
Leszek Miller: Jeszcze nie wiem.
W maju są wybory do Parlamentu Europejskiego.
Ale nie wiem, w jakiej koalicji Sojusz Lewicy Demokratycznej będzie szedł do tych wyborów. To jest pytanie, które domaga się odpowiedzi, bo ta odpowiedź może albo sprzyjać mojej pozytywnej decyzji, albo nie.
Przecież od lat pan powtarza, że jest niezależny.
Jestem niezależny, ale lista, na której umiejscawia się własne nazwisko, jest bardzo istotna.
Premier Belka, premier Cimoszewicz, premier Kopacz, minister Sikorski i pan.
To spotkanie miało ten cel, żeby poważni ludzie – przepraszam za pewną megalomanię – wypowiedzieli się w poważnej sprawie i zachęcili różne partie i organizacje polityczne do stworzenia możliwie najszerszej koalicji.
I sami byli twarzami tego porozumienia.
Nie, bo to nie był początek tworzenia komitetu wyborczego ani tym bardziej dyskusja nad tworzeniem list do PE. Tym niech się zajmą kierownictwa partii politycznych. W sobotę jest konwencja SLD, za chwilę PSL. A ja nie będę wytwarzał żadnej presji. Niech moi koledzy podejmują suwerenne decyzje. Wiem, że codziennie odbywają się rozmowy na ten temat. Zaraz będzie czas na to, by podjąć decyzję, czy samodzielnie, czy w jakiejś koalicji lewicowej, do której nawołuje Razem.
Razem może kupić miejsce na liście Wiosny Roberta Biedronia.
I to jest ilustracja tezy, że inna polityka jest niemożliwa. Zawsze jest tak samo. Zresztą, myślę, że Wiosna będzie miała spore kłopoty z prawem, z finansowaniem. Ale to jest zawsze tak, jak się poważną sprawą zajmują amatorzy.
Biedroń jest od dawna w polityce.
Ale wątpię, żeby zajmował się finansami swojego ugrupowania. Wiele razy widziałem takie sytuacje, że powstaje coś nowego, entuzjazm, fala niesie, euforia, konfetti, a jak się dochodzi do szczegółów, to się macha ręką i mówi: „A, to drobiazg, załatwimy, później, później”.
A stary premier Miller patrzy na to wszystko...
I mówi: już gdzieś to widziałem. To są mechanizmy, które się powtarzają. W Polsce nie brakuje ludzi bardzo wrażliwych na medialną charyzmę politycznych liderów. Pamiętam, co się działo wokół Janusza Palikota osiem lat temu. Jaki był zachwyt. Zwłaszcza „salon warszawski” nie mógł się nacieszyć, że wreszcie za pomocą Palikota zabije się nielubiany Sojusz Lewicy Demokratycznej. Cztery lata temu pojawił się Petru. Też miał zabić, tyle że tym razem Platformę. Pojawił się też Kukiz. Kontrkultura, bunt przeciwko elitom. Fantastyczny.
Teraz pan się naśmiewa?
Teraz mówię, że przypadł do gustu grupie ludzi o określonej wrażliwości. Potem jeszcze pojawił się Zandberg i wtedy to już „salon warszawski” oszalał z zachwytu.
Salon warszawski, czyli co?
„Gazeta Wyborcza” i wszystko to, co wokół niej. Teraz przyszedł czas na Biedronia. Cztery lata temu ci, którzy stanowią większość elektoratu Biedronia, mieli po 17 lat, teraz mają już prawo wyborcze i nie pamiętają, co się wtedy działo w polityce. Dla nich to jest świeża propozycja. Osiem lat temu prowadziłem w Gdyni kampanię wyborczą. Podchodzili do mnie licealiści i mówili, że będą głosowali na Palikota. Pytani, dlaczego, odpowiadali wprost: „Bo dzięki niemu będą dostępne narkotyki”. A ja im mówiłem, że nie będą. Ciekawe, co oni teraz o tym myślą i na kogo głosują. Łatwo składa się różne obietnice, a potem przychodzi się do Sejmu i jest ściana. Bo nie wystarczy mieć rację, trzeba jeszcze mieć większość.
Biedroń mówi, że będzie premierem.
Niech mówi. I o ile jestem w stanie zrozumieć Petru czy Kukiza, którzy nie mieli doświadczeń sejmowych, o tyle Biedronia nie. Przecież on wiedział i wie, jak to działa. Niech pani mi powie, jaka jego inicjatywa została załatwiona, kiedy był w Sejmie? Był nieskutecznym politykiem. Jak wszyscy politycy będący w mniejszości. Renegocjujemy konkordat, wyprowadzimy religię ze szkół. Już to widzę. Jednak na głębszą refleksję nie ma miejsca na wiecach, bo tam są emocje, skrzydła husarskie szumią, lecą teksty, że ten przebrzydły Sejm wreszcie się odświeży. Problem w tym, że to jest wszystko infantylne. Z drugiej strony dziś już nikt nie słucha manifestów, programów, merytorycznych wypowiedzi. Chodzi głównie o zdolność uwodzenia. I albo polityk ją ma, albo nie ma.
Pan ma?
W moim wieku?
Może tego się nie traci?
Wie pani, gdyby tak było, to wystarczyłoby, bym powiedział: „Niech pani zamknie oczy i wpada w moje ramiona”. A jeszcze najlepiej, żeby pani nic nie słyszała, tylko po prostu wpadała. Tak właśnie działa obecna polityka.
Przecież miał pan takie momenty.
Miałem, ale dosyć dawno temu. Wszystko to przeżyłem. Widziałem te olbrzymie wiece, ten entuzjazm, gotowość pójścia razem. No, ale droga pani, takie jest życie i taka jest polityka.
Mówi pan tak, jakby znów pan tego chciał, żeby tłum krzyczał: „Leszek, Leszek”, muzyka grała, a konfetti sypało się na głowy.
Już to wszystko przeżyłem. I wiem, że za moimi plecami stoi kolejka i nie wolno jej blokować.
Przecież pan i pana koledzy chcecie zająć pierwsze miejsca na listach do PE.
Czasami słyszę: „Wy, starzy, zróbcie miejsce tym młodym”. Co to znaczy „zróbcie miejsce”? Młodość nie jest nagrodą, a starość nie jest karą. Na starość trzeba sobie zasłużyć. Odpowiadam: „Wy, młodzi, wyrąbcie sobie to miejsce”.
Pana trudno wyrąbać.
No, trudno.
„Jestem nie do zabicia” – to pan o sobie.
W sensie zniszczenia mnie. To nie może być tak, że młodzież czeka, przestępuje z nogi na nogę. Mówię im, bądźcie lepsi, bądźcie bardziej przekonujący, bardziej wiarygodni, zdobądźcie sobie miejsce. Jeśli liczycie, że ktoś wam je da, to jasne, że nikt wam nie da.
To Grzegorz Schetyna zaprosił pana na spotkanie byłych premierów i ministrów spraw zagranicznych?
Tak. Wykonał gigantyczną robotę i nad sobą, i w partii, i utrzymał Platformę Obywatelską. Przecież w pewnym momencie był niżej niż Petru, który chodził, puszył się i opowiadał, że to on jest liderem opozycji. Wiem, co Schetyna mógł przeżywać po wyborach 2015 r., całkowicie pokonany przez PiS, później wyprzedzony przez Nowoczesną. Teraz mu powiedziałem, że przyjdę, ale jeśli chodzi o perspektywę, o przyszłość, to pogadamy później.
Wiem, że decyzję o starcie w wyborach europejskich uzależnia pan od żony.
Tak. Mamy taką sytuację, że o ile ja po śmierci naszego syna pozbierałem się łatwiej, szybciej, chociaż... Nie, nie chcę się roztkliwiać. Wiem, że nie mogę zostawiać mojej żony w Warszawie i powiedzieć: „Słuchaj, mnie przez tydzień nie będzie, będę w Brukseli, a ty sobie jakoś poradź”.
Może razem powinni się państwo przenieść do Brukseli, może warto zmienić miejsce, odciąć się.
To jest jedna z możliwości. Jeśli zostałbym europosłem, to zakładam takie rozwiązanie przynajmniej przez jakiś czas.
Czyli rozważa pan start?
Rozważam. Z drugiej strony żona jest zajęta remontem domu, w którym mieszkał nasz syn. Myślę nawet, że będzie chciała, żebyśmy się tam przeprowadzili. Wbrew temu, co nam radzono, uważa, że nie wolno uciekać od wspomnień, od miejsc, które związane są z osobą, która odeszła. Do tego stopnia, że moja żona Ola przygotowała wigilię w domu naszego syna. Mieliśmy wszyscy duszę na ramieniu, nie wiedzieliśmy, czym to się skończy, może jakimś wielkim płaczem, ale było dobrze.
Psycholog sugerował panu, żeby się pan zajął pracą, rzucił się w wir działań?
Nie byłem u żadnego profesjonalnego psychologa. Natomiast mój dobry kolega, znakomity lekarz, przez pierwszych kilka miesięcy przepisywał mnie i żonie leki, które miały sprawić, by tę dramatyczną sytuację dało się łatwiej znieść. Dalej jesteśmy na lekach, z tym, że ja obniżam już poziom znieczulenia. Rozmawiałem też z paroma kolegami psychologami, wszyscy mówili, że nie wolno zapaść się w sobie, nie wolno być w defensywie, tylko trzeba wymyślić sobie konstruktywne zajęcia. Jeden z nich powiedział też tak: „Słuchaj, z doświadczenia wiemy, że w takich sytuacjach ci, którzy odchodzą, pociągają za sobą innych i trzeba zrobić wszystko, żeby tak nie było”. Dodał, że to jest bardzo częste. Na szczęście mamy z żoną siebie.
I się pilnujecie?
Wspieramy. Mamy jeszcze wnuczkę. Ona ma tak dużo różnych projektów, że naprawdę nie ma czasu zapadać się w sobie. Jest artystką. Siłą rzeczy nie patrzy w przeszłość. Widzimy się codzienne. Przychodzi na obiad, na kolację. Zbliżyliśmy się jeszcze bardziej. Jest dorosłą kobietą, ma 23 lata. Lubimy ze sobą rozmawiać, być ze sobą. Choć pamiętam, że jak była nastolatką, to była okropna. Teraz Monika to dla mnie i dla żony dodatkowy motyw, żeby żyć. Wie pani, że my w tym roku, 19 kwietnia, obchodzimy 50. rocznicę ślubu.
Miłość.
Ogromna. Kocham moją żonę tak samo, jak ją kochałem w młodości. Znamy się od 54 lat. Najpierw wzięliśmy ślub cywilny i uznaliśmy, że nam to wystarczy. Moja żona mieszkała kawałek od Żyrardowa. Już jako mąż pojechałem do jej rodziny. I wie pani, że żona poszła do mamy zapytać, czy mogę zostać u niej na noc. Mama po dłuższym wahaniu się zgodziła, ale patrzyła na mnie spode łba. Potem wzięliśmy ślub kościelny, bo presja rodziny była tak wielka, że nie było innego wyjścia. Nie miałem ojca, ale za to pięcioro wspaniałych ciotek i wspaniałych wujków. Na zebraniu rodzinnym powiedziałem, że tego ślubu nie mogę wziąć także z tego powodu, że nie mam pieniędzy. Na to oni spojrzeli po sobie i oznajmili, że to sfinansują. Trzy dni, wielkie wesele na ponad 200 osób w parafii Mszczonów.
Potem w PZPR panu nie wypominali?
Nie, nigdy. Syna też ochrzciłem. Myślę o tym wszystkim, o tym, co było, zastanawiam się i być może wyjazd do Brukseli i dla niej, i dla mnie byłby dobry.
Rozumiem, że to żona podejmie decyzję, czy pan startuje w wyborach do PE.
Jej decyzja w tej kwestii jest kluczowa. Nigdy nie ukrywałem, że zasadnicze decyzje w naszym domu podejmuje żona. Zresztą, myślę, że w większości polskich domów też. A u państwa jak jest?
Tak samo.
Uważam, że kobiety przeważają nad mężczyznami w wielu aspektach.
Dlatego w polityce większość to mężczyźni?
Tak, bo kobiety wyżej w hierarchii celów i wartości stawiają życie rodzinne. Wie pani, mężczyźni mają tę wadę, że późno dojrzewają. Jestem w takim wieku, że czasami się oglądam do tyłu, i gdy przypominam sobie moje różne zachowania, sposób myślenia, interpretacji świata, myślę sobie: „Boże, przecież ja całkiem niedawno dojrzałem”.
Czyli kiedy? Pięć, dziesięć lat temu?
Trudno powiedzieć. To był proces dojrzewania polegający między innymi na tym, że kiedyś uważałem, że życie moje i mojej żony musi być podporządkowane polityce. Przychodziłem o 12 w nocy do domu i nie miałem siły z własną żoną rozmawiać. A teraz uważam, że nie. Rozmawiamy teraz o tym. Żona mówi, że widziała, jak wyglądam, jak jestem zmęczony. Zwykle ojcowie mają pewne problemy w relacjach ze swoimi córkami i synami. Dopiero, kiedy pojawiają się wnuki, to mężczyzna dojrzewa. Natomiast kobiety są dojrzałe od samego początku. Pracowałem z wieloma kobietami, na różnych poziomach. Oczywiście trafiały się takie, które zawodziły, oszukiwały.
Szczególnie jedna. Magdalena Ogórek?
Zostawmy to. Kiedy się na coś umawiały, to zawsze mogłem mieć pewność, że umowa zostanie dotrzymana. Jak umawialiśmy na godzinę 8, to były, jak trzeba było coś zrobić, to było zrobione, a faceci... Cóż, żadna kobieta nigdy nie przyszła i nie powiedziała: „A, wiesz, wczoraj się zagadałam, poszłam z koleżankami do klubu, poza tym nie wiem, czy to ważne, czy to warto robić”. Mężczyźni często tak postępują.
Pan też?
Zdarzało mi się. Jak pani wie, w mojej formacji był taki, niepisany oczywiście, podział na tych, którzy wywodzili się z ruchu studenckiego...
Czyli nie pan.
I takich, którzy wywodzili się z ruchu robotniczego, jak ja. Często, kiedy byłem zdenerwowany, to mówiłem moim kolegom z tej drugiej grupy, że polityka, partia to nie jest klub studencki, do którego się wpada, napije się, zabawi z panienkami i powie się, że się zrobi jutro albo pojutrze.
Leszek Aleksandrzak, pana kolega z SLD, wymyślił Magdalenę Ogórek na prezydenta.
A wie pani, że ona do mnie zadzwoniła, żeby zaprosić mnie do swojego programu w TVP.
Odmówił pan?
Odmówiłem. Powiedziałem: „Pani Magdo, może jeszcze za wcześnie”.
Szantażowała pana.
Nie.
Nie powiedziała w czasie kampanii, że wyjdzie do dziennikarzy i powie, co o panu myśli?
Skąd pani to wie? Powiedziała. Zaproponowałem, żeby poszła, a jak skończy, to ja zejdę do dziennikarzy i powiem swoją wersję, a ona na tym straci.
Co chciał pan o niej powiedzieć?
W pewnym momencie miałem jej tak dosyć, że chciałem ogłosić, że nie jest naszą kandydatką.
Dlaczego pan tego nie zrobił?
Bo koledzy mnie przekonali, że to byłby dla nas jeszcze większy krach.
I tak był krach.
To nie była nasza pierwsza kandydatka. Przyjęliśmy założenie, że kandydatem na prezydenta z ramienia naszej partii musi być ktoś, kto ma szansę wyjść poza SLD, ktoś ponadpartyjny. Na posiedzeniu rady krajowej partii zaproponowałem Ryszarda Kalisza.
O którym pan mówi, że to cesarz megalomaństwa.
Ale Kalisz był gotów, powiedział, że wystartuje. Nie zgodzili się koledzy z SLD. Potem pomyślałem o Wojciechu Olejniczaku. Był wtedy na stypendium w Stanach. Zgodził się, a po dwóch tygodniach wycofał. Zadaję pytanie, co się stało. Mówił o względach rodzinnych, a złe języki twierdziły, że w Pałacu Prezydenckim poproszono go, żeby nie startował, bo mógłby Komorowskiemu urwać 10 proc., a tyle właśnie mogłoby zabraknąć do zwycięstwa w pierwszej turze. Potem rozmawiałem z Grzegorzem Kołodką, a on, że ma kompetencje do tego, żeby być prezydentem, ale nie będzie startował, bo te wybory są rozstrzygnięte, udawane właściwie, i Komorowski po prostu wygra. Inni też mówili, że za 5 lat mogą spróbować.
Pan w 2020 r. spróbuje?
Nie. Ja widzę jednego polityka, który ma szansę wygrać w wyborach prezydenckich. To Donald Tusk.
Przed tamtymi wyborami rozmawiał pan jeszcze z Barbarą Nowacką.
Z Nowacką na samym początku. A ona, że na pewno wystartuje Palikot, a skoro on, to ona nie może, bo jest lojalna w stosunku do niego. I powiem pani, że to mi zaimponowało.
Mnie mówiła w wywiadzie, że „nie chce być marionetką w rękach chłopaków z SLD”.
Jeśli tak, to muszę trochę zmienić o niej zdanie. Potem w jakimś gronie siedzieliśmy, mówiliśmy, że czas leci i Aleksandrzak zaproponował, że przecież jest Magda Ogórek. Z wszystkich liderów SLD znałem ją najmniej. Ona była aktywna w Sojuszu, kiedy ja się na partię obraziłem. Startowała w wyborach parlamentarnych w okręgu Rybnik. Aleksander Kwaśniewski bardzo ją wtedy promował. Ryszard Kalisz i Grzegorz Napieralski również. Była jego asystentką. Opiekowała się nawet jego dziećmi. Kilka razy ją widziałem. Pomyślałem sobie: no dobra, kobieta z doktoratem, prowadząca z Węglarczykiem program w TVN. Zresztą bardzo sobie ceniła te występy telewizyjne, bo jej podstawowym problemem, kiedy już się decydowała startować w wyborach prezydenckich, była rezygnacja z telewizji. Nie dziwię się, że przeszła teraz do innej stacji. To jest kobieta, która chce odnosić sukces, być oglądana. Nie zrobiła kariery na lewicy, to znalazła sobie inną drogę i jest na prawicy. Popełniają błąd wszyscy, którzy jej nie doceniają. Jest bardzo inteligentna, dysponuje rozległą wiedzą na różne tematy i liczy na to, że zrobi wielką karierę polityczną przy pomocy prawej strony.
Kandydatka na prezydenta zamiast Andrzeja Dudy?
Myślę, że bardziej by jej odpowiadało Ministerstwo Kultury. Pamięta pani naszą konwencję w Ożarowie, na której występowała Magdalena Ogórek? Co 20 sekund była owacja 760 osób.
Jak u Roberta Biedronia.
Każde jej zdanie to była owacja. I teraz wystarczy cytować to, co ona wtedy mówiła. Przedstawiała porządny, socjaldemokratyczny program. Bardzo obiecująco wystartowała. Najpierw 6, potem 8 proc. I SLD poszło do góry. Jestem pewien, że gdyby ona wtedy słuchała tego, co jej radzimy, to by skończyła powyżej 8 proc. Miała jakąś grupę doradców, której nie znaliśmy, a która ją przekonała, że przecież cały ten elektorat SLD-owski to ona już ma i musi zacząć łowić gdzie indziej. Wtedy zaczęła się od nas odcinać, mówić, że nie pamięta, na kogo głosowała, nie pamięta, czy kandydowała z SLD.
Mówił pan o uwodzeniu. A to nie jest tak, że ona tych wszystkich facetów w SLD na swój sposób uwiodła?
Oczywiście. Nie tylko tych. Robiła wrażenie. Pamiętam, jak w czasie kampanii było w Madrycie spotkanie kierownictwa Partii Europejskich Socjalistów. Przyjechali liderzy, którzy zajmują ważne funkcje w lewicowej polityce. My pojechaliśmy tam z Magdaleną Ogórek. Tam praktycznie byli sami mężczyźni. Widziałem miny tych poważnych polityków. Maślane oczy, nadskakiwanie. A ona? Trzepotanie rzęsami, poprawianie włosów, miny, a wszystko jakby wyreżyserowane. Przecież ona wtedy się spotkała z premierem Francji, z hiszpańskimi politykami, wszyscy mówili, że jej kandydatura na prezydenta to świetny pomysł.
A mówią, że uroda nie ma znaczenia.
Oczywiście, że ma. I to zarówno kobieca, jak i męska. Proszę spojrzeć na premiera Kanady – Justina Trudeau. Był też hiszpański premier Gonzales. I on te Hiszpanki uwodził jednym spojrzeniem. Trzy razy wygrywał wybory. Tony Blair też robił dobre wrażenie. Taki chłopięcy, miły. Nawet George Bush sprawiał wrażenie zniewalającego chłopaka. Taki, co wpadł na kawkę, pogadał.
Myśli pan, że teraz Magdalena Ogórek działa na polityków prawicy?
Nie znam ich upodobań. Zawsze byliśmy po dwóch stronach polskiej rzeki. Teraz, przy okazji rocznicy Okrągłego Stołu, te podziały znowu zaistniały. Dla jednych zdrajcy, dla drugich bohaterzy. Andrzej Gwiazda powiedział, a prof. Zybertowicz powtórzył, że przy Okrągłym Stole spotkali się komuniści ze swoimi agentami. To zadajmy pytanie, w której kategorii byli bracia Kaczyńscy.
Robert Biedroń też jest ładny, przystojny.
I sympatyczny. Kiedyś spotykaliśmy się często, razem wracaliśmy samolotem z Gdyni, z naszego wspólnego okręgu wyborczego. Miły chłopak. Raz mówi do mnie: „Panie Leszku, wynająłem mieszkanie w Gdyni”, ja na to: „Panie Robercie, a po co to panu, ile pan tam razy będzie w miesiącu”, on, że może cztery, może pięć i że płaci chyba 1500 zł. Ja na to, żeby pomyślał, jak ograniczać koszty. I słyszę: „O, to może byśmy razem zamieszkali”. Odpowiedziałem dyplomatycznie, że moi wyborcy by tego nie zrozumieli. Miły chłopak. Wie, co w polityce jest możliwe, a co nie. Problem w tym, że wprowadza młodych ludzi w błąd. To się na nim zemści.
Rozmawialiśmy ostatnio latem.
Przez telefon. Byłem wtedy w Grecji. Kiedy zadzwoniła pani kilka dni temu, od razu sobie to przypomniałem.
Chwilę później nadeszła wiadomość o śmierci pana syna.
Byliśmy na plaży z żoną, kiedy się o tym dowiedzieliśmy. Po tej tragedii otrzymałem bardzo dużo wiadomości, również od ludzi, którzy coś podobnego przeżyli i dalej przeżywają. Konkluzja tych wszystkich wiadomości i listów była taka: panie Leszku, to nigdy nie mija. Czas nie leczy ran, czas oswaja z ranami. I tak już będzie do końca życia. Widzę po sobie, po żonie. Czasami wystarczy przedmiot, miejsce i wszystko wraca. Obok naszego domu jest dużo drzew, dużo zieleni, patrzymy siada ptak i się nam przygląda, a żona mówi: popatrz, Leszek przyleciał. Uczestniczyłem w wielu pogrzebach, składałem kondolencje, nawet czasami przemawiałem. Teraz wiem, że strata syna jest nie do opowiedzenia, nie do porównania z niczym.
Wtedy w Grecji, kiedy jeszcze pana syn żył, powiedział mi pan, że zapłacił pan za bycie w polityce ogromną cenę.
Już wtedy zdawałem sobie coraz częściej sprawę, że ten czas, który powinienem poświęcić żonie, synowi, wnuczce, poświęcałem głównie polityce. Wydawało mi się, że taki jest priorytet. Teraz jak na to patrzę, analizuję swoje życie, to wiem, że to był błąd. Ale nie chcę powiedzieć, że to moja wskazówka dla młodszych.
Ale tak brzmi.
Dobrze wiem, że ci młodsi wzruszą ramionami i się nie zatrzymają. Dlatego, że ci, którzy na serio ugrzęźli w polityce albo w biznesie i są na drodze robienia kariery, nie cofną się, nie zatrzymają. Są gotowi poświęcić wszystko, co mają, żeby dotrzeć do wysoko postawionego celu. A po latach będą mówili to, co ja. Ale dopiero po latach.
To, co pan mówi, brzmi jak wyrzut sumienia.
Bo to jest wyrzut sumienia. Gdybym mógł cofnąć czas, swoje życie, to w wielu sytuacjach bym się zachował inaczej. Głównie w stosunku do rodziny. Ale też do różnych znajomych, których źle potraktowałem. Spotkałem w swoim życiu tysiące, a może dziesiątki tysięcy ludzi, nie wszystko pamiętam, ale wiem, że w wielu przypadkach zachowałem się niewłaściwie. Już tego nie naprawię. Mogę to powiedzieć pani, z nadzieją, że ktoś to przeczyta i powie, że...
Miller robi rachunek sumienia?
Nie. Bardziej chodzi o to, że ktoś się zastanowi nad tym, czy zachowuje się właściwie. Nie chcę wpadać w edukacyjną manierę, bo to niestety się powtarza z pokolenia na pokolenie i nie ma na to żadnego środka zaradczego. Zawsze przyjdą ci młodzi i będą szli do przodu jak taran.
Łatwo się mówi, jak się było premierem, szefem partii. Mówi pan, jakby tego żałował.
Ale nie żałuję. Jestem z zawodu elektroenergetykiem. Bardzo lubiłem swój zawód. Uprawiałem go z dziesięć lat. I gdybym nie poszedł do polityki, to pewnie byłbym inżynierem, może budowałbym jakieś elektrownie.
A Lech Wałęsa byłby pana podwładnym.
Można próbować budować równoległą historię. Pamiętam, że przy Okrągłym Stole chciałem porozmawiać ze Zbigniewem Bujakiem, bo on kończył to samo technikum w Żyrardowie co ja. W czasie przerwy podszedłem do niego, powiedziałem o wspólnych korzeniach, usiedliśmy, pogadaliśmy o nauczycielach. Potem nawet razem pojechaliśmy do tego technikum na spotkanie z młodzieżą.
Pan podsumowuje życie.
Jeszcze za wcześnie. Mogę pani powiedzieć, że z moich doświadczeń wynika, że przypadek odgrywa ogromną rolę w życiu człowieka. I młodszym kolegom politykom mogę powiedzieć, że idąc do góry, mijasz bardzo wielu ludzi, z reguły ci ludzie są bardzo mili, uprzejmi. Jak będziesz szedł w dół, to znowu spotkasz tych samych ludzi, a oni będą tym mniej mili, im gorzej ich potraktowałeś, idąc w górę. Wiem, co mówię, bo wiele razy wchodziłem i wiele razy schodziłem i wyrobiłem sobie odporność. A do tego przekonanie, że niestety nie ma przyjaźni w polityce. Są tylko interesy. Dobrze jest, kiedy ma się blisko siebie ludzi spoza polityki. Moim najlepszym, serdecznym przyjacielem jest mój kumpel ze szkoły, z technikum. Nie był nigdy w polityce. Niezależnie, jaką funkcję pełniłem, co robiłem, czy wchodziłem, czy schodziłem, on był. Dzięki takiemu przyjacielowi i domowi rodzinnemu, który jest azylem, łatwiej znosi się upadki.