Islamskiej Rewolucji stuknęła czterdziestka – przypomną o tym uczestnicy przyszłotygodniowej warszawskiej konferencji poświęconej Iranowi. Ale wbrew temu, co zapewne usłyszymy, rządy ajatollahów to nie tylko brutalny reżim.
Pewni ludzie, którzy wyprowadzają psy w miejscach publicznych, wywołują panikę i rozdrażnienie otoczenia – miał powiedzieć tydzień temu szef policji w Teheranie Hosein Rahimi jednej z miejscowych agencji prasowych. – Dostaliśmy pozwolenie organów sądowych, by z tym skończyć. Będziemy twardo rozprawiać się z tym procederem. Podobnie twardo także z tymi, którzy wożą psy w autach – dorzucił.
Ta kampania ma dokładnie określone pole rażenia: to mieszkańcy bogatego północnego Teheranu i podobnych mu dzielnic w kilku największych miastach. Życie w tych miejscach nie różni się wiele od tego, jakie prowadzą mieszkańcy Zachodu: w kioskach da się kupić magazyny takie jak „Time” czy „Le Point”, zjeść można w restauracji naśladującej bary McDonald’s, po pracy można zaszyć się w klubie z bilardem, pójść na podziemny koncert, do fryzjera lub studia tatuażu. Dziewczyny – z chustą ściągniętą z włosów na tyle, żeby nie spadła – spacerują z pieskami miniaturkami wzdłuż ciągów schludnych apartamentowców. Chłopcy układają w domowym zaciszu sample do skandowanych w farsi tekstów, grają w gry komputerowe. Wszyscy surfują w internecie, choć moda na zakładanie blogów minęła.