Kiedyś rozpętał rebelię, która przez kilka lat była największym zmartwieniem Białego Domu. Dziś Muktada as-Sadr jest postrzegany jako nadzieja dla Iraku.
Reklama
Magazyn DGP 13 lipca / Dziennik Gazeta Prawna
Napastnicy nawet nie silili się na zorganizowanie zasadzki na którejś z sennych ulic Kufy. Przyszli po Szawkiego Haddada do domu. Komando wdarło się do budynku, podziurawiło bojówkarza kulami i rozpłynęło się pośród zakurzonych ulic miasta. – Zginął natychmiast, podjęliśmy śledztwo. Motyw nieznany – informował lakonicznie irackie media jeden z miejscowych policjantów w połowie czerwca.
Haddad był jednym z liderów bojówki Saraja al-Salam, która z kolei była częścią grupy Haszd al-Szabi. Cała grupa odpowiadała przed Muktadą as-Sadrem, który w zeszłym roku wcielił tę formację do irackiej armii, a pod koniec czerwca tego roku rozwiązał Saraja al-Salam. Dla niepokornego watażki z Kufy oznaczało to wyrok śmierci. Najwyraźniej ci, którym wcześniej Haddad nadepnął na odcisk, uznali, że to dobry moment na załatwienie starych porachunków.
Muktada as-Sadr rozgrywa dziś partię swojego życia. Ugrupowanie 45-letniego szyickiego duchownego wygrało majowe wybory parlamentarne, pierwsze od czasu, kiedy udało się rozpędzić pseudokalifat Państwa Islamskiego Iraku i Syrii. Jego szyicka koalicja Saairun (Naprzód) zgarnęła 54 miejsca w 328-osobowym parlamencie, a na potencjalnego partnera przygarnęła ugrupowanie obecnego premiera Haidera al-Abadiego, Sojusz Zwycięstwa. W tym układzie Sadr raczej nie zostanie szefem nowego rządu. Zresztą on sam zawsze wybierał kierowanie z tylnego siedzenia: wie, że bardziej liczy się kontrola bojówek rządzących ulicami niż parlamentarne targi.
„Walczyłem przeciw milicjom Sadra w Iraku. Kryłem się przed spadającymi na nas rakietami podległej mu Armii Mahdiego, moich przyjaciół zabijały bomby podkładane przez podległe mu Brygady Dnia Obiecanego – pisze na łamach prestiżowego magazynu »Foreign Policy« płk Michael D. Sullivan, który pięciokrotnie jeździł na misje do Iraku w latach 2004–2018, a dziś pracuje w ambasadzie USA w Bagdadzie. – Ale Muktada dziś to nie jest Muktada z 2004 r. Człowiek, który rzucił kiedyś swoje milicje Mahdiego przeciw Amerykanom w Nadżafie i Bagdadzie, zmienił się na lepsze”.

Gry wideo zamiast nauki

Obława zaczęła się 1 kwietnia 1980 r. „Białe toyoty z napędem na cztery koła, należące do irackich służb bezpieczeństwa, podjeżdżały całymi kawalkadami, by zabrać tysiące szyitów wywleczonych z ich bastionów – opisuje Sandra Mackey, amerykańska reporterka, która całe życie mieszkała w kolejnych krajach Półwyspu Arabskiego, w tym w Iraku. – W Nadżafie wywleczono Muhammada Bakira as-Sadra i jego siostrę Aminę Bint al-Hudę z domu i wtrącono do lochów bezpieki, gdzie – jak wierzą szyici – strażnicy reżimu seksualnie napastowali, a następnie zabili al-Hudę, nazywaną córką prawomyślności, w obecności jej brata. Potem mistrzowie tortur wzięli się za samego Sadra, mimowolny symbol szyickiego oporu. Po tym, jak podpalili jego brodę, skończyli z nim, wbijając gwoździe w jego głowę”.
50-letni duchowny, ojciec przyszłej żony Muktady, był wtedy najpopularniejszym teologiem w Iraku, cieszącym się szacunkiem wśród szyitów, autorem traktatów, w których pojawiały się te same koncepcje, z których korzystał ajatollah Chomeini w Iranie, tworząc podwaliny pod Republikę Islamską. Choć as-Sadr ostrożnie odcinał się od nazywania go „irackim Chomeinim”, jego autorytet dodawał żaru protestom irackich szyitów – większości Irakijczyków, którzy żyli w kraju rządzonym przez sunnicki reżim Saddama Husajna. Te protesty stopniowo nabierały impetu, od podpalenia posterunku policyjnego w czasie jednej z uświęconych tradycją procesji Aszura, aż po próbę obrzucenia granatami wiceprezydenta Iraku podczas jednego z publicznych wystąpień. To ten ostatni incydent posłużył za pretekst do czystki wiosną 1980 r.
Muktada miał w tamtym momencie siedem lat, a brutalność siepaczy Saddama nie była dla jego bliskich nowością – jego ojciec Muhammad Sadik as-Sadr, również teolog, pierwszy raz trafił do więzienia w 1972 r., przed narodzinami Muktady. Za drugim razem spędził za kratami przeszło rok, a był poddawany tak okrutnym torturom, że po powrocie do domu przez wiele lat z własnej woli żył odcięty od świata. Jednak prace teologiczne, które powstały w tym okresie, przysporzyły mu szacunku wśród szyickiego kleru i z czasem przyniosły tytuł Wielkiego Ajatollaha – najwyższego autorytetu religijnego wśród szyitów. Wraz z nieudanym powstaniem szyickim po pierwszej wojnie w Zatoce Perskiej w 1991 r. ojciec Muktady wrócił do polityki. Z takim impetem, że pod koniec lat 90. Saddam jasno sygnalizował, że ma dosyć kolejnego Sadra. Na początku 1999 r. „nieznani” zamachowcy zastrzelili Wielkiego Ajatollaha i dwóch starszych braci Muktady w Nadżafie.
W tym czasie Muktada miał już 26 lat. – Reżim wzdragał się jednak przed zabiciem go, bo obawiał się, że oznaczałoby to wybuch kolejnego szyickiego powstania – mówił jeden z bliskich współpracowników Muktady brytyjskiemu reporterowi Patrickowi Cockburnowi. Duchowni bliscy zabitemu ojcu podpowiadali Muktadzie, by skupił się na nauce w szkole religijnej, zamknął w domu i ograniczył liczbę osób, z którymi ma kontakt. W końcu z wpływowej gałęzi klanu Sadrów pozostali tylko on i jego młodszy brat. – Bezpieka śledziła każdy jego krok. Każdy człowiek i każda przesyłka musiały zostać sprawdzone, zanim trafiły do tego domu. Agenci otaczali go przez cały czas – dorzuca rozmówca Cockburna.
Jednak przyszły przywódca Armii Mahdiego nie potrafił skupić się na nauce. Nie dochrapał się nawet tytułu mudżtahida, nazwijmy to umownie „uczonego”. Za to dorobił się ksywki „mułła Atari”, bo godzinami grał w gry wideo – jak twierdzi Vali Nasr, amerykański politolog i badacz szyizmu. Inna sprawa, że ten stan rzeczy nie trwał długo: w 2003 r. Irak zmienił się bezpowrotnie – i do dziś można dyskutować, czy była to dobra zmiana. Na pewno taka, dzięki której „mułła Atari” zamienił się w przywódcę.

Ponury, aż się mdło robi

W nowej roli Muktada objawił się dość niespodziewanie. „Dowiedzieliśmy się, że pewien duchowny-zadymiarz z Nadżafu opublikował w gazecie jadowity atak na Irakijczyków współpracujących z koalicją. Ułożył listę 124 wymienionych z nazwiska osób, nazywając je zdrajcami i podkreślając, że »zabicie tych ludzi to patriotyczny i religijny obowiązek« – pisze w swoich wspomnieniach pierwszy amerykański administrator w Iraku Paul Bremer. – Działania tego narwańca zaczęły nas bardzo niepokoić. Ledwie dwa tygodnie wcześniej ogłosił, że stworzy islamską armię. Teraz groził zabijaniem Irakijczyków”.
Wysłannik Waszyngtonu zażądał rozmowy w cztery oczy z Ibrahimem al-Dżafarim, wówczas szefem tymczasowych władz w Bagdadzie, potem premierem, a dziś szefem dyplomacji. – Zajmijcie się gospodarką i warunkami życia – usłyszał od niego. – A problem sam się rozwiąże, poparcie dla Sadra osłabnie – dorzucił Irakijczyk. Obaj nie doceniali zarówno samego wichrzyciela, jak i jego doradców, być może zanadto polegając na stereotypie, że realny autorytet szyicki to musi być siwy starzec obłożony religijnymi traktatami i wygłaszający kazania w prestiżowym meczecie. To był błąd.
Cockburn twierdzi w książce „Muqtada Al-Sadr And The Fall Of Iraq”, że już w latach 90. to Muktada organizował poparcie ulicy dla poczynań swojego ojca. Mógł grać w komputerowe strzelanki, lecz na plakatach, którymi oklejano północno-wschodnią szyicką dzielnicę Bagdadu – znaną wkrótce jako Sadr City – umieszczał swoją twarz obok nobliwych portretów ojca i teścia. Nie był charyzmatyczny – a przynajmniej nie jak ojciec. Jeżeli wierzyć świadkom z tamtych lat, Wielki Ajatollah żywo gestykulował, używał wielkich, pompatycznych słów, ale potrafił też przeciąć swój wywód niespodziewanym żartem. Muktada naśladował gestykulację i retorykę ojca, ale zawsze ze śmiertelną powagą. – Aż się mdło robiło – opowiada jeden ze świadków kazania młodego kleryka. W rozmowach ze swoimi doradcami nie odzywał się zbyt często, raczej kwitował ich wywody krótkimi pytaniami i pomrukami. W negocjacjach, gdy wyczuwał, że adwersarz jest silniejszy, szybko się wycofywał.
Jednocześnie potrafił z mozołem budować swoją pozycję. Już kilka tygodni po wejściu Amerykanów do Iraku jego zwolennicy skrzyknęli się, by utworzyć Biuro Sadra i dostarczać artykuły pierwszej potrzeby, od czystej wody po medykamenty, mieszkańcom Miasta Sadra – coś, czego koalicyjna administracja nie była w stanie zrobić. Szybko zaczęli też pokazywać wybranym naprędce władzom miejskim, kto rządzi w dzielnicy – okupując choćby biura dzielnicowej rady. W 2003 r. Muktada wydał fatwę (religijny wyrok, którego wydawać nie miał prawa ze względu na braki w edukacji religijnej), która usprawiedliwiała plądrowanie i pośrednio rabowanie – pod warunkiem, że sprawca płaci specjalną daninę szyickim duchownym. Fatwa zniechęciła do duchownego bliskich współpracowników, ale w egzystującym na krawędzi klęski humanitarnej Sadr City została przyjęta entuzjastycznie. Miasto Sadra stało się bastionem stworzonej w czerwcu 2003 r. Armii Mahdiego, miejscem, do którego nie śmieli zapuszczać się ani reporterzy, ani amerykańskie patrole, po latach oddzielonym od reszty miasta murem.
– Saddam był małym wężem, Ameryka jest wężem wielkim – takim passusem Muktada popisał się przed kamerami popularnego programu telewizji CBS „60 minutes” wkrótce po upadku reżimu Saddama. Nowy wróg został zdefiniowany, choć przez kilka miesięcy obie strony obchodziły się z daleka. Bremer wspominał, że chciał nawet aresztować wichrzyciela, ale operację zablokował ówczesny szef Pentagonu Donald Rumsfeld. Nikt nie chciał ryzykować dodatkowego bałaganu.
Nikt nie wiedział, że bałagan jest już nie do uniknięcia. Pewnej październikowej nocy w Mieście Sadra wybuchła strzelanina. – Trzystu zamaskowanych sadrystów zaatakowało patrol 2. Regimentu Kawalerii – raportowano Bremerowi. Wkrótce Amerykanie zamknęli gazetę sadrystów. Muktada odpowiedział wysłaniem pomocy dla swoich dotychczasowych śmiertelnych wrogów – sunnitów – których bojówki wywołały powstanie w mateczniku irackiego sunnizmu, Falludży. Aż wreszcie niemal dokładnie w pierwszą rocznicę inwazji na Irak Muktada ogłosił dżihad przeciw „okupantom”.
Wchodzące w skład Armii Mahdiego milicje odcinały drogi dostaw do baz koalicji, zasadzały się na konwoje, przede wszystkim – demonstrowały ten rodzaj wysokiej mobilizacji, planowania i logistyki, którego wcześniej zachodni wojskowi im odmawiali. Okazało się, że Armia Mahdiego to nie grupy fanatyków, którzy wypadają zza węgła i strzelają na oślep, lecz prawdziwe wojsko. A przy okazji realna – choć nieformalna – partia. Po kilku miesiącach powstanie przygasło, zamieniając się we wrogi rozejm, za to zwolennicy Sadra przypuścili atak polityczny. Choć on sam odciął się od procedur wyborczych, spora część szyitów zagłosowała na jego przedstawicieli, którzy wylądowali nawet na rządowych posadach.
W ten sposób „mułła Atari” zaczął grać na kilku klawiaturach jednocześnie. Część bojówek atakowała „okupantów” i sunnitów, wszczynając pełzającą wojnę domową w latach 2006–2008, za – przynajmniej milczącym – przyzwoleniem lidera. On sam organizował co bardziej spektakularne manifestacje, np. marsz stu tysięcy swoich zwolenników. Jego przedstawiciele w rządzie w Bagdadzie dbali, żeby władze nie przetrzymywały sadrystów w aresztach i hamowały potencjalne zapędy Amerykanów do usunięcia duchownego.
Ale ziemia nieubłaganie paliła mu się pod stopami. Po latach jego doradcy otwarcie mówili, że lider Armii Mahdiego – formalnie rozwiązanej w 2008 r. – już dwa lata wcześniej przeniósł się do Iranu, podobno dokończyć studia religijne w słynnym mieście Kom, gdzie rezydowali najważniejsi spośród Wielkich Ajatollahów. To stamtąd miał zawiadywać strukturami i poczynaniami swoich zwolenników, wydawać wojownicze odezwy i grozić „wrogom Iraku”. Publicznie mignął tylko raz – w 2009 r. odwiedził Turcję. Wydawało się, że polityczna gwiazda „młodego wichrzyciela” zaczyna dogasać.

Przestańcie walczyć o stołki

Po czym pojawił się rozbłysk: w 2011 r. Muktada powrócił do Iraku, a w rodzinnym Nadżafie witały go na ulicach dziesiątki tysięcy ludzi. Kilkanaście miesięcy później dobiegający czterdziestki dawny wichrzyciel wezwał do tolerancji i pojednania, co sporą część jego zwolenników musiało mocno zdziwić. Po kolejnych dwóch latach rozwiązał militarno-partyjne struktury – choć nie na długo, bo już pod koniec 2014 r. formował Brygady Pokoju, które miały bronić szyitów przed bojówkami Państwa Islamskiego (rozwiązał je definitywnie kilka tygodni temu).
Muktada jest dziś jeszcze bardziej przygarbiony, przysadzisty i ma jeszcze bardziej podkrążone oczy niż kilkanaście lat temu. Jego broda posiwiała, co zaczyna mu dodawać powagi i autorytetu. „We własnym uznaniu zawsze był pragmatykiem – pisze o nim płk Michael D. Sullivan. – Ale jego pragmatyzm się zmienił. Przeszedł od próby zmiany sytuacji w Iraku poprzez przemoc (2003–2008) do zrozumienia potęgi polityki i działań obywatelskich (2011–2018). Dziś rozumie próby zbudowania koalicji wokół wzmacniania sił bezpieczeństwa Iraku jako próby zapobiegnięcia kolejnemu upadkowi, pozwalającemu zakorzeniać się takim grupom jak Państwo Islamskie”.
Cockburn dodaje, że Zachód nie zrozumiał w Iraku jednego: że tam gra toczyła się o legitymację i lojalność. A zachodni najeźdźcy nie mieli ani tego pierwszego, ani drugiego – w przeciwieństwie do młodego potomka obdarzonych potężnym autorytetem duchownych. Sullivan wspomina, że po majowych wyborach zalała go fala e-maili i wiadomości wysyłanych na Facebooku i poprzez WhatsApp: „Sadr? Czy my nie walczyliśmy z tym gościem przez lata? Jak to możliwe?”. Przewrotnie można powiedzieć, że Muktada im na tę walkę pozwalał. Gdy kilka miesięcy temu duchowny postanowił spotkać się z premierem Iraku, po prostu pojechał ze świtą do Zielonej Strefy w Bagdadzie, a iraccy ochroniarze na jego widok rozstąpili się bez próby sprawdzania, czy w ogóle był umówiony.
Ale dziś Sadr pokazuje też, jak niewiele trzeba do szczęścia. „Byłem w Iraku podczas wyborów w 2010 r. Pamiętam, jak siedzieliśmy w centrum operacyjnym szwadronu kawalerii USA w Bagdadzie, słuchając napływających raportów o wybuchach min-pułapek, eksplozjach rakiet, strzelaninach i ofiarach wśród Irakijczyków, padających w punktach wyborczych. Można było wyczuć wibracje wybuchających ładunków przez ściany bazy Falcon – wspomina Sullivan. – W tym roku nie wydarzyło się nic tego typu: żadnych eksplozji, żadnych rakiet, żadnych bomb”. Ba, odcinający się wcześniej od polityki Sadr zapozował do kamery z palcem umazanym tuszem, świadczącym o oddaniu głosu i – nie do wiary – cieniem uśmiechu przemykającym przez twarz.
Wydarzył się za to pożar, choć dopiero kilka dni po wyborach. Gdy tylko zamknięto w maju lokale wyborcze, posypały się oskarżenia o sfałszowanie ich wyników. W efekcie iracka komisja wyborcza nakazała ponowne przeliczenie przeszło miliona oddanych głosów. I oto 10 czerwca jeden z magazynów, w których trzymano wątpliwe głosy, poszedł z dymem. Władze w Bagdadzie szybko zatrzymały podejrzanych: okazało się, że chodzi o trzech policjantów i jednego urzędnika z komisji wyborczej. – Ten kraj stoi na krawędzi wojny domowej – uderzył wówczas w wysokie tony Sadr. – Przestańcie walczyć o stołki, stanowiska, pieniądze, wpływy, władzę. Czy nie czas, by się zjednoczyć wokół odbudowy, zamiast palić urny czy powtarzać wybory w walce o jedno czy dwa miejsca w parlamencie? – apelował.
Motywy tego apelu pozostają wątpliwe, ale diagnoza jest właściwa. Wystarczyło parę miesięcy spokoju, żeby pojawił się wzrost gospodarczy, ale to wyłącznie zasługa tego, że Irak jest dziś na dnie. Co najmniej 2 mln spośród populacji liczącej ok. 37 mln ludzi nie ma dachu nad głową, ponad 40 proc. żyje poniżej poziomu ubóstwa, oficjalne bezrobocie sięga niemal 15 proc. Można rzucić dowolną kwotę, którą można by wydać na odbudowę kraju: donatorzy oferują 30 mld dol., eksperci przebąkują, że potrzebne minimum to 80 mln. Władza rządu w Bagdadzie sięga rogatek miasta, z Sadrem na czele (a nawet na tylnym siedzeniu) rzeczywiście mogłaby oznaczać kontrolę nad większością kraju. Gdy kilka lat temu na pograniczu z Syrią wyrósł quasi-kalifat, irackie jednostki wojskowe rozpierzchły się w panice, a nieliczne, które podjęły walkę, zostały pokonane. Bojownicy Państwa Islamskiego w pewnym momencie w 2013 r. niemalże wjeżdżali na przedmieścia Bagdadu.
Któż mógłby lepiej sobie poradzić z podziałami międzywyznaniowymi, bojówkami, korupcją i fanatykami, jak nie wichrzyciel, który potrafił grać na wszystkich tych „fortepianach”? – pytają dziś zachodni eksperci. „Jego metamorfoza z mało znanego syna słynnego ojca w gwałtownego lidera bojówkarzy, a teraz w przywódcę zwycięskiej partii, jest imponująca – pisze z nadzieją Sullivan. – Jako Irakijczyk, lider religijny i pragmatyk Sadr może być wiarygodnym twórcą stabilnego rządu i ma możność, żeby ten proces przeprowadzić w efektywny sposób”. I wreszcie zdjąć Zachodowi iracki problem z głowy.