W związku z kolejną rocznicą wyborów z 1989 r. pojawiło się wiele kłamliwych, a momentami nikczemnych wypowiedzi dotyczących polskiej drogi wychodzenia z komunizmu. Chwilami można było odnieść wrażenie, że wstająca do niepodległości Polska zniszczyła i rozkradła mlekiem i miodem płynącą PRL.
Nie ma żadnych dowodów na tę brawurową tezę. Jest za to „parę pojęć jak cepy”, których autorzy uważają, że są one tak oczywiste, iż nie wymagają dowodów. To kłamstwo płynie coraz szerszym strumieniem. Wysiłek pokoleń Polaków dążących do niepodległości i odbudowy kraju zaczyna być kwestionowany. Fakty są jednak takie, że PRL widowiskowo zbankrutowała, a obecna Polska – przy wszystkich błędach, niesprawiedliwościach, wadach i niedociągnięciach – jest przykładem bezprecedensowego sukcesu, odbudowania z ruin po PRL. Mamy wyjątkowe szczęście, że akurat teraz przyszło nam w niej żyć.
Gdy walił się komunizm, nikt nie wiedział, co robić. Nie było podręcznika wychodzenia z komunizmu. Nikt wcześniej tego nie ćwiczył. W praktyce pojawiło się kilka modeli transformacji. Wariant środkowoazjatycki, w którym szef partii komunistycznej z rodziną ukradł, co atrakcyjne, i ustanawiał dyktaturę. Wariant rosyjsko-ukraiński, gdy po zniknięciu partii struktury państwa pozostały bez żadnej kontroli i rozpoczęła się anarchia oraz grabież na niespotykaną w dziejach skalę. Wreszcie wariant serbski, czyli tzw. trzecia droga: wszystko zrobimy sami, niczego nie sprzedajemy, dotujemy nierentowne firmy, nie urealniamy cen itd.
Wśród „pojęć jak cepy” jednym z popularniejszych jest, że „Balcerowicz niszczył przedsiębiorstwa”, czyli nie chciał dotować pieniędzmi podatnika trwale nierentownych firm, doprowadzając je do upadku. Serbia dotowała, dopóki dawała radę. Upadły po kilku latach z dużo większym hukiem. Skutki serbskiej trzeciej drogi są wymowne: niemal dwukrotnie bogatsza od nas na starcie (Serbia – 3000 dol. PKB per capita, Polska – 1700 dol.) dziś jest niemal trzy razy biedniejsza (w 2016 r. Serbia – 5900 dol., Polska – 15 tys. dol.). W przypadku Ukrainy, która też próbowała trzeciej drogi, różnice są jeszcze bardziej drastyczne. Oto oferta dla adwokatów tezy, że alternatywa istniała.
Wariant środkowoeuropejski polegał na natychmiastowej prywatyzacji małych firm, a w sektorach skoncentrowanych – na pozostawieniu własności państwowej albo sprzedaży kapitałowi zachodniemu. Polsce pomogły alternatywne elity. Cokolwiek mówić o niekompetencji i innych wadach elit solidarnościowych, nie byli to ludzie ze złodziejskim DNA, jak nomenklatura w Rosji czy na Ukrainie, która nadal dzierżyła władzę. Ponadto 27 maja 1990 r. odbyły się wolne i niedoceniane wybory samorządowe, które odmieniły Polskę. Mógłby to być Dzień Niepodległości, który pogodziłby zwaśnione strony sporu politycznego, a ludziom dał szansę świętowania w nieco lepszą pogodę niż listopadowa.
Rozkradzenie majątku narodowego miało miejsce, ale nie w Polsce. Było to proste przejęcie własności przez dyktatorów z Azji Środkowej i kradzież firm w Rosji czy na Ukrainie. Do najpopularniejszych sposobów należała renta monopolowa. Aparatczycy nie zamierzali prowadzić firm ani konkurować na rynku. Chcieli pośredniczyć w obrocie, najlepiej na rynku monopoli naturalnych, i dopisywać parę groszy do ceny ropy, benzyny, prądu i innych zasobów. Z takich rent na Wschodzie powstała oligarchia. W Polsce dzięki wspomnianym wyborom z 27 maja było to zjawisko marginalne (choć np. Petrochemia Płock w latach 90. kupowała przez pośredników).
Drugim modelem, na którego bazie rodziła się oligarchia, było tzw. cechownictwo. Przykład? Obok huty stali powstawała spółka zakładana przez kierownictwo huty lub ludzi z nim powiązanych. Huta sprzedawała spółce wyroby po urzędowych cenach sowieckich, a ta na Zachód w twardej walucie. Przebicie nierzadko sięgało kilku tysięcy procent. W Polsce cechownictwo było zjawiskiem marginalnym, krótkotrwałym i nie wykreowało żadnego oligarchy.
Następnym narzędziem była sprzedaż za bezcen lub/i na podstawie kredytów – nazwijmy to delikatnie – kredytobiorcy bez zdolności kredytowej. Dość powszechne zjawisko na Wschodzie, w Polsce częstsze niż w dwóch poprzednich przypadkach, ale jednak dalej były to przestępstwa, a nie metoda działania. Paradoksalnie najwiekszą barierą w tym zakresie była sprzedaż części banków zachodniemu kapitałowi, który wprowadził – powiedzmy – banksterską zasadę „na gębę nie dajemy”. Ostudziło to zapędy niektórych towarzyszy, tym bardziej że presja konkurencyjna wytworzona przez zachodnie banki nie pozwalała „dawać na gębę” także swoim i państwowym.
Była też mafia – w Polsce bardziej o charakterze trzepakowym (narkotyki, burdele, kluby nocne, haracze) – rozbita przez policję pod koniec lat 90. W gronie 100 najbogatszych Polaków nie ma ani jednej osoby z tego nurtu. W Rosji czy na Ukrainie kilku by się znalazło. Prawie wszyscy oligarchowie rosyjscy czy ukraińscy dorobili się majątków na powyższych metodach. Chcecie do tego porównywać Polskę? Nie da się tego uczciwie zrobić.
Prywatyzacją u Leszka Balcerowicza zajmował się śp. wiceminister Krzysztof Lis. Przegadałem z nim o tym wiele godzin. Jak mówił, strategia wyjścia z komunizmu miała trzy założenia. Po pierwsze, natychmiastowe rozbicie zjednoczeń (twory gospodarki planowej zajmujące się wszystkim od projektowania przez produkcję, dystrybucję i handel w danej branży). Dzięki temu w Polsce nie powstała prawdziwa mafia. Przejęcie zjednoczenia przez kogokolwiek od ręki uczyniłoby z niego gangstera (siłowe zwalczanie potencjalnej konkurencji) i oligarchę (monopol branżowy).
Po drugie, natychmiastowa sprzedaż Polakom sektorów rozproszonych (małych i średnich firm). Przy poważnym przymknięciu oka Polacy mieli pieniądze, żeby je kupić. Dzięki temu oraz ustawie Mieczysława Wilczka praktycznie z dnia na dzień – bez kapitału, technologii, telefonów i infrastruktury – powstało 6 mln miejsc pracy. Pracownicy bankrutujących zakładów pracy mieli się gdzie podziać. Przy naszym porywczym charakterze narodowym mogło to ocalić polską demokrację.
Po trzecie, pozostawienie przy państwie lub ręczna prywatyzacja wielkich przedsiębiorstw. W przypadku sprzedaży wybrano najbezpieczniejszy dostępny kapitał, czyli zachodni. Polacy nie mieli takich pieniędzy. Prywatyzacja według modelu „Wiesiu, dlaczego nie chcesz Jasiowi sprzedać G8?” (Leszek Miller) nie przyniosła pożytku żadnemu z krajów, który to robił. Oligarchowie są kulą u nogi w rozwoju Rosji czy Ukrainy.
Bilans tych działań był dla Polski niezwykle pozytywny. Nie było „sreber rodowych”, które Balcerowicz „zniszczył”, a gdyby były, zostałyby po prostu przejęte. Nikt nie niszczy czegoś, co ma wartość. Upadłe zakłady pracy nie miały żadnej wartości. Były przestarzałe, ludzie nie chcieli kupować ich produktów, miały gigantyczne koszty. Podtrzymywanie ich na kroplówce podatnika tylko odwlekłoby ich nieunikniony upadek, jak to się stało w Serbii czy na Białorusi.
„Rozkradanie majątku narodowego” miało w Polsce ograniczone rozmiary nie tylko w porównaniu do Rosji czy Ukrainy, ale nawet Czech. Jeśli ustawa Wilczka i prywatyzacja Balcerowicza służyły rozkradaniu majątku, pokażcie tych oligarchów. Dzięki rozsądnie prowadzonej polityce w Polsce nie ma dziś ani jednego. Nawet w sąsiednich Czechach mamy Daniela Křetínský’ego, Zdenka Bakalę, premiera Andreja Babiša i kilkunastu pomniejszych oligarchów. Lista najbogatszych Rosjan czy Ukrainców to niemal wyłącznie beneficjenci rent monopolowych, cechownictwa i kradzieży.
Polska lista najbogatszych to właściwie lista dzieci ustawy Wilczka. Jan Kulczyk ze swoim majątkiem nie łapał się nawet do 10 najbogatszych Ukraińców. W rozwarstwieniu społecznym Polska znajduje się na 126. miejscu na świecie na 156 krajów. Nie twierdzę, że tego wszystkiego nie można było zrobić lepiej. Było kilka mocno wątpliwych prywatyzacji. Ale to wszystko trzeba rozpatrywać w odpowiednim kontekście – braku jakiejkolwiek wiedzy i doświadczeń, jak to robić. A przede wszystkimi w porównaniu z innymi, którzy robili to samo. Europa Środkowa i Wschodnia z nami na czele wypada najlepiej. Wybraliśmy najlepszy wariant transformacji.
W miarę upływu czasu następuje utrata pamięci, niektórzy zaczynają idealizować dzieciństwo i młodość. Część nie ma wiedzy, część kłamie z powodów politycznych, część z głupoty powtarza slogany, ale fakty są faktami. Ich się nie da zmanipulować. Z kraju upadłego, w którym ludzie zarabiali 30 proc. tego co mieszkańcy Portugalii, przekształciliśmy się w kraj, który w przyszłym roku ją w tym zakresie prześcignie. Grecję, do której 30 lat temu jeździliśmy na saksy, już prześcignęliśmy. W ciągu dekady mamy szanse przegonić w zarobkach Włochy. Według CBOS w 1989 r. 10 proc. Polaków oceniało swoją sytuację jako dobrą. W tym roku jest ich już 60 proc. To ma być katastrofa i upadek?