Od ponad ćwierć wieku zastanawiamy się, kto jest naszym przyjacielem, a kto wrogiem. I czy to prawda, że jedną ojczyznę budują dwa wrogie plemiona. Na te pytania szukają odpowiedzi także artyści.
Reklama
MAGAZYN DGP 23.06.17 / Dziennik Gazeta Prawna
Stoję przed wejściem, nad którym rozpościera się mrugający neon: „Nigdy nie będziesz Polakiem”, nawiązujący do kibolskiego transparentu wymierzonego w piłkarza brazylijskiego pochodzenia. Waham się dłuższą chwilę, zanim w końcu postanawiam przestąpić próg. Po drodze mijam demony zbiorowej pamięci – tęczę, która wielokrotnie płonęła na placu Zbawiciela w Warszawie, pańszczyźnianego chłopa z husarskimi skrzydłami na plecach oraz orła w koronie wpisanego w Gwiazdę Dawida jako symbol niesłabnącego resentymentu Polaków do narodu żydowskiego. A w tle z prostokątnego telebimu pobrzmiewa melodia „Mazurka Dąbrowskiego”, tylko słowa są jakby z ulicy zaczerpnięte. Dziewczęcy głos z ekranu śpiewa na znajomą nutę piosenkę o tym, co ją boli w dzisiejszej Polsce. Tę osobliwą lekcję patriotyzmu serwuje Centrum Sztuki Współczesnej, zachęcając w ten sposób do obejrzenia wystawy „Późna polskość. Formy narodowej tożsamości po 1989 roku”.
Spacer między eksponatami zabiera mi półtorej godziny. Wystawa trochę przypomina lustro, w którym odbijają się nasze fobie, przesądy i stereotypy. Raz patrzy na nas chłop pańszczyźniany, raz smoleński fanatyk, kiedy indziej ostentacyjny lewak albo zapiekły antysemita, który nie zamierza przepraszać za Jedwabne. Z okruchów naszych przywar, kompleksów, animozji, przesądów czy rytuałów próbuję poskładać w miarę spójny obraz tożsamości narodowej współczesnego Polaka.
Diagnoza kondycji naszego patriotyzmu, który od przeszło ćwierć wieku kształtuje się w warunkach cieplarnianych młodej demokracji, nie poskutkuje uniwersalną receptą, jak zaprogramować nas na polskość. Bo – mówiąc żartobliwie – ilu Polaków, tyle paradygmatów, które dyktują nam określony zestaw wartości. Jeśli za cezurę przyjąć rok 1989 – jak chcą autorzy wystawy – stoi przed nami 28-letni Polak, którego tożsamość jest zagadką. Może dowolnie przebierać w koszu na stoisku z gadżetami propagandowymi, ubrać odpowiednią mimikrę i dokonać jedynie słusznego wyboru: pójść na marsz KOD-u albo ONR-u; zanucić pod nosem „Odę do radości” bezwiednie skomponowaną przez Beethovena ku chwale Unii Europejskiej lub wyrecytować na głos szkolny wierszyk: „Kto ty jesteś? / Polak mały / Jaki znak twój? / Orzeł biały” z „Katechizmu młodego Polaka” Władysława Bełzy. Czy świadomość patrioty przed trzydziestką kształtuje się w oparciu o nowe konteksty kulturowe, czy może polega na zgranych zwrotkach i refrenach dobrze znanej narracji, usankcjonowanej jeszcze przed 1989 r.? I jakie wątki dyktuje nam owa narracja? Które uznaje za jednoznacznie polskie?
Papież kontra Wałęsa
Myślimy – patriotyzm i od razu przychodzą nam do głowy personalia bohaterów, którymi chwali się polska historia na kartach podręczników, herosi z krwi i kości, mężowie stanu, uwielbiani przez tłum wiwatujący na ich widok – słuchani, cytowani i wywyższani. Na wystawie w CSW dominują dwie postaci, które odcisnęły piętno na naszej zbiorowej percepcji – Jan Paweł II i Lech Wałęsa. Jawią się jako nadludzie otoczeni kultem. Napotykam wielką fotografię autorstwa Piotra Uklańskiego z podobizną papieża ułożoną z ludzkich ciał sfotografowanych z lotu ptaka. Albo armię różnokolorowych statuetek papieskich o rozmiarze krasnali ogrodowych postawionych przez trójmiejskiego artystę Petera Fussa, który w ten sposób obśmiewa handel kiczowatymi dewocjonaliami i tak zwany papa-biznes.
Kiedy 2 kwietnia 2005 r. świat obiegła wiadomość o śmierci Ojca Świętego, tłumy wiernych z dnia na dzień zapisują się do Pokolenia JP2, aby poczuć wspólnotową jedność wychowaną na homiliach papieża Polaka. Ale żałoba narodowa szybko minęła. Zostały puste symbole i pamiętna homilia z pierwszej pielgrzymki Ojca Świętego do Polski, a właściwie tylko dwa zdania: „Niech zstąpi Duch Twój i odnowi oblicze ziemi. Tej zmieni”. Idea Pokolenia JP2 narodziła się podczas Światowych Dni Młodzieży w Paryżu w 1997 r. Wtedy dzisiejszy patriota urodzony w 1989 r. miał zaledwie 8 lat. Czy Wojtyła jest też jego idolem? Przewodnikiem po wartościach, które dookreślą jego narodową świadomość? Czy tożsamościowym spoiwem nas wszystkich? – Sam wybór Polaka na papieża był być może momentem włączenia naszego kraju do zachodniego nurtu. Ale dziś Jan Paweł II i Pokolenie JP2 nie są już symbolami obecnymi w publicznym dyskursie. Nawet w rocznicę śmierci Ojca Świętego pojawia się coraz mniej zniczy na ulicach. Próbowano mówić o całym pokoleniu, ale ono po kilku latach przestało istnieć. Było sztuczną nazwą, tworem marketingowym. Było i minęło – uważa dr Marta Żerkowska-Balas, politolog z Uniwersytetu SWPS.
To, że Jan Paweł II figuruje w naszej świadomości tylko jako ozdobna kalkomania, jest efektem powierzchownego namysłu nad życiem duchowym i złudnym przeświadczeniem, że noszona na koszulce czyjaś podobizna będzie świecić przykładem dla innych, a wszyscy, którzy ją założą, ubiorą się tym samym w system wartości sportretowanej osoby. Ale przecież wielkością Chrystusa w Świebodzinie nie da się zmierzyć autentyczności wiary. – Wydaje nam się, że wystarczy kogoś wciągnąć na sztandary i od tej pory wszyscy będą mieli go za wzór – zgadza się Mateusz Zaremba, socjolog i politolog z tej samej uczelni. – A co ten Jan Paweł II takiego zrobił, że miałby funkcjonować w zbiorowej świadomości? Statystyczny Polak nie przeczytał żadnej z encyklik papieskich, nie przetrawił tych myśli. Liczy się sama obecność papieża. Niestety większość wizualizacji Jana Pawła II w gminnej kulturze przypomina raczej karykaturę niż bohatera narodowego. To takie pacykowanie uliczno-jarmarczne. Wystarczy pojechać do Czerwińska, gdzie stoi piękny średniowieczny klasztor, a na patio od strony Wisły umieszczono rachityczne popiersie papieża. Ono niemal zakrawa na obrazę uczuć religijnych.
Z kandydatów na bohaterów narodowych Jan Paweł II reprezentuje nurt sakralny – uświetniony autorytetem Kościoła, Lech Wałęsa wpisuje się z kolei w nurt świecki – jest pospolity, prostoduszny i pełen rewolucyjnej werwy, tak zaraźliwej, że inspirującej zwykłych obywateli do przyłączenia się do Solidarności. Dawny bohater na wystawie „Późna polskość” jawi się w ambiwalentnych odcieniach – jako postać niejednoznaczna, uszyta zarazem z dumy, jak i narodowego wstydu (akryl i pastel na płótnie „Hommage dla Lecha Wałęsy”) oraz ewidentnie nieheroiczna, zgilotynowana przez obecnych oponentów w dyskursie publicznym, którzy zarzucają Wałęsie tajną współpracę z socjalistycznym reżimem („Oto jest głowa zdrajcy” Grzegorza Klamana, przedstawiająca obciętą gumową głowę dawnego wodza narodu). Mimo że autorzy wystawy przyrównują siłę papieskiego kultu do fenomenu obywatelskiego ruchu Wałęsy (ułożony z żołnierzyków słynny logotyp Solidarności Klamana kojarzy się ze wspomnianą papieską twarzą, która „powstała” ze zbiegowiska ludzi), w naszej narodowej świadomości oba kulty nie są tak samo akceptowane przez ogół. – Wałęsa już chyba przestał być bohaterem scalającym naszą tożsamość – zastanawia się dr Karol Jachymek, kulturoznawca School of Ideas Uniwersytetu SWPS. – Dzieli nasz naród na różne części, by nie powiedzieć – połowy. Poparcie dla byłego prezydenta jest deklaracją światopoglądową, zamanifestowaniem swojej postawy, trochę jak z „Klątwą” w Teatrze Powszechnym – idę albo nie idę. Natomiast Jan Paweł II jest figurą o szerszym polu rażenia. Mówiliśmy przecież jednoznacznie: „nasz papież”, „papież Polak”.
Żyd przebrany za Araba
Symbole, którymi operujemy, konstruując naszą tożsamość, ulegają symbolicznej gradacji: nasz Jan Paweł II, moralnie podejrzany Wałęsa i zupełnie nierymujący się z polskością każdy obcokrajowiec, który ośmiela się tu mieszkać, zabierać głos i domagać się poszanowania swoich praw. Czyli obcy na naszym terytorium. Do niedawna był to Żyd, wywołany do tablicy także przez autorów „Późnej polskości”. Obok listów Żydów do narodu polskiego pisanych z dalekiego wygnania w pojednawczym geście duże wrażenie robi praca Oskara Dawickiego – napisana ołówkiem na białej kartce papieru w ekspiacyjnym tonie o wymownej treści: „Nigdy nie zrobiłem pracy o Holocauście”. Kwestia żydowskiej Zagłady nadal – choć minęło przeszło 70 lat – spędza nam sen z powiek i czujemy się w duchu winni, o czym nie pozwalają nam zapomnieć twórcy filmowi i literaccy – od Jana Tomasza Grossa i jego „Sąsiadów” przez „Pokłosie” Władysława Pasikowskiego aż do „Idy” Pawła Pawlikowskiego.
– Mówimy: „Nie jestem antysemitą”, by po chwili dodać: „ale”. Antysemityzm mocno się w nas okopał i siedzi głęboko. Widać to choćby na przykładzie „Idy”, sekowanej przez różne środowiska, ponieważ Pawlikowski zagrał tym stereotypem w dwójnasób. Prawicy nie spodobało się wałkowanie po raz kolejny tematu Zagłady, lewica niechętnie wracała do tematu wysoko postawionych w komunistycznych władzach partyjnych obywateli żydowskiego pochodzenia. My sobie tego antysemityzmu nawet nie uświadamiamy, ale on jest ciągle obecny w naszym języku. Lubimy opowiadać kawały o Żydach, tudzież automatycznie wplatamy ich do mowy potocznej: „Ty Żydzie!” – powiemy, krytykując kogoś za oszczędność. Albo gdy ktoś robi coś bez powodu: „Co tak biegasz jak Żyd po pustym sklepie” – mówi dr Jachymek.
Dziś Żyda coraz częściej zastępuje Arab. Boimy się uchodźców, muzułmanów, wyznawców islamu. W obronie tożsamości narodowej przed wpływem obcych jesteśmy w stanie przypisać im cechy, które są wytworem naszej zbiorowej histerii – jak te, że uchodźcy przenoszą choroby i gdzie tylko się pojawią, tam gwałcą białe kobiety. Dochodzi do coraz częstszych absurdów. – Pewnego razu jechałem z Wrocławia do Warszawy z grupą narodowców, która szykowała się na marsz – kontynuuje kulturoznawca z Uniwersytetu SWPS. – W pewnym momencie do autobusu wsiedli ludzie o ciemnym kolorze włosów. To byli turyści z Meksyku, na widok których młodzi pasażerowie zareagowali wrogimi okrzykami, złorzecząc pod adresem tych „Arabów”. Nie wiedziałem, co robić: uprzedzić turystów, żeby nie wsiadali do tego autobusu, jeśli nie chcą się narazić na przykrość, czy podbiec do „naszych” i uświadomić im, że to nie są Arabowie.
Tymon Tymański, który właśnie wydał płytę „Zatrzymaj wojnę!”, twierdzi, że nie możemy dać się uwieść militarystycznej retoryce, która próbuje nas skonfliktować z obcymi u naszych granic. Przypomniał z tej okazji repertuar m.in. Bułata Okudżawy czy Władimira Wysockiego. I śpiewa go w oryginale, bo jak twierdzi, nie powinniśmy się odgradzać od innych, nawet jeśli mamy ku temu historyczne powody. Ma na myśli nie tylko Rosjan, ale także właśnie Żydów. – Absolutnie kocham polskich Żydów, Tuwima uwielbiam. Jest taka książka Marii Janion „Bohater, spisek, śmierć. Wykłady żydowskie”. Napisała w niej, że była świadkiem pogromu Żydów w Wilnie i obiecała sobie dawać świadectwo tego, jak asymilanci – Żydzi, którzy postanowili zostać Polakami, nauczyć się polskiego i pójść na polską wojnę – zostali potraktowani i przez okupanta, i przez swoich. Dla mnie Schulz, Tuwim, Leśmian i Korczak to polscy bohaterzy. Wyzywanie ich od Żydłaków to potwarz, to niehumanitarne chamstwo, czysty idiotyzm i, koniec końców, brak szacunku dla polskiej kultury – uważa Tymański.
Wyklęci grają zespołowo
Katalog naszych wartości na przestrzeni ostatniego demokratycznego ćwierćwiecza został radykalnie zaktualizowany. Nastąpił głęboki proces rekonstrukcji tożsamościowej. Widać, że wraz z nadejściem rządów „dobrej zmiany” zmienił się nie tylko układ sił w parlamencie oraz styl sprawowania władzy daleki od dotychczasowych standardów. Zmianie uległy też akceptowalne w mainstreamowej retoryce symbole narodowe – żołnierze wyklęci zastąpili żołnierzy Armii Krajowej, data 4 czerwca utożsamiana z pragmatycznym kontraktem okrągłostołowym została wyrzucona na śmietnik historii i na dobre przykryta datą odzyskania niepodległości 11 listopada, a Lech Kaczyński okazał się wybitniejszym Polakiem niż Lech Wałęsa. Odgórny tryb przebudowywania świadomości społecznej w oparciu o nowy zestaw bohaterów to praktyka doskonale znana z przeszłości. – Mechanizmy propagandowe nie zmieniają się w zależności od ustroju – podkreśla Zaremba. – Narzędzia są te same, tylko treść jest inna; inny mandat. Normatywnie rzecz ujmując, obecnie rządzący dostali mandat do kreowania rzeczywistości. A komuniści, którzy go nie dostali, wymusili na obywatelach taki mandat do kreowania rzeczywistości i też mieli swoich bohaterów: Waltera Świerczewskiego, co się kulom nie kłaniał, czy Konstantego Rokossowskiego, marszałka Polski, który ledwo po polsku dukał. Ale mechanizmy robienia z nich bohaterów narodowych były takie same jak budowanie legendy Lecha Kaczyńskiego.
Żerkowska-Balas potwierdza powyższy pogląd, że symbole powinny być wytwarzane oddolnie – przez grupy obywateli, bo wtedy nie mamy wątpliwości co do celu, jaki przyświeca tym osobom. A sam proces ugruntowywania tożsamości narodowej w oparciu o narzucane tasowanie symbolami tłumaczy na przykładzie świąt kalendarzowych. – Kiedy na Kubie siłą wprowadzano katolicyzm, ludność dalej czciła swoje bóstwa, tylko nazwała je inaczej, tak jak jej kazano. Nowi święci byli więc wcieleniami starych bóstw. Wracając na nasze podwórko, widać, że próba wykreowania Lecha Kaczyńskiego na symbol narodowy przemawia do bardzo wąskiej grupy osób, do zwolenników konkretnej partii mających określony stosunek do polskiej historii. Ale nawet dla tych osób siła tego symbolu nie jest bardzo znacząca – przekonuje politolog z Uniwersytetu SWPS.
Do łask wracają marginalizowani do tej pory żołnierze wyklęci. Mało kto potrafi ich wymienić z imienia i nazwiska i przyporządkować konkretne czyny do konkretnych bohaterów, co nie przeszkadza ich wyznawcom w realizacji nowego kultu. – Mamy do czynienia ze zjawiskiem fabrykowania narodu – uważa dr Jachymek. – Zostaliśmy zredefiniowani w oparciu o nowy mit założycielski. Jakiś czas temu był to mit powstańczy, który wydarzył się na naszych oczach – zostało zbudowane Muzeum Powstania Warszawskiego. Teraz nastała hossa na żołnierzy wyklętych. Bohater jest zbiorowy, przez co trudno go podważyć, zdezawuować, odczarować jego obraz. Gdy występuje w masie, robi dużo większe wrażenie od jednostki. To jest silna heroiczna armia, cała drużyna, trochę jak nasza reprezentacja. Chodzimy na mecze, krzycząc: „Niech wygra Polska!”. Z takim ogromnym projektem łatwiej się identyfikować, a dużo trudniej szukać w nim słabych stron. Nie musimy go niuansować, punkty skrajne zostają zamazane, a cały obraz podlega uproszczeniu. Przecież kontrowersje wokół postawy gen. Ścibora-Rylskiego podejrzewanego o współpracę z bezpieką nie rzutowały na nasze postrzeganie bohaterskich powstańców.
Fetyszyzowanie zbiorowych bohaterów, o którym mówi dr Jachymek, wpisuje się w koncepcję Benedicta Andersona. Amerykański historyk określił narody skłonne do nacjonalizmów jako „wspólnoty wyobrażone”. Ich członkowie nie znają większości swoich rodaków, niewiele o nich wiedzą – mają tylko przed oczami wykreowane wyobrażenie, którym się posługują do nazywania symboli patriotycznych. W tej wyobrażonej percepcji narodu nie ma miejsca dla rotmistrza Pileckiego, Inki czy Zagończyka. Ale już bliżej niezidentyfikowani żołnierze wyklęci pasują do niej jak ulał.
Pozostaje pytanie, czy nowe mity utrwalą w nas niekwestionowaną symbolikę, wyostrzą stereotypy i pogłębią podziały. Wyklęci wojownicy czy katastrofa smoleńska, która urosła do rozmiaru nowej martyrologii i dostarczyła kolejnych poległych bohaterów, przepoławiają dyskurs publiczny, dzieląc obywateli na lepszy i gorszy sort, na prawdziwych Polaków i jeszcze nieujawnionych zdrajców.
Co zatem „Późna polskość” mówi o nas samych? Nic, czego byśmy już nie wiedzieli. O tym, że żyjemy otoczeni kordonem tych samych stereotypów – w Polsce katolickiej, w Polsce postsolidarnościowej i w Polsce postfeudalnej. – Ciągle szukamy symboli, które mogłyby nas zjednoczyć – uważa dr Żerkowska-Balas. – Bo Zachód już widzieliśmy, już wiemy, że nie odbiegamy aż tak daleko od tego, co tam jest. Nie musimy tam szukać wzorców. Mówi się też, że Polacy definiują się przez to, kim nie chcą być – że nie chcą być Wschodem. Ale to też już przestaje wystarczać. Zaczynamy szukać symboli i odniesień, które pokazałyby, że to jesteśmy, my, Polacy i co jest dla nas charakterystyczne. Okrągły Stół to jeszcze zbyt świeża sprawa, nieprzetrawiona przez Polaków. Ale orzeł, który pojawia się na koszulkach w bardzo różnych aranżacjach, wydaje się uniwersalny.