Prezydent nie ma obowiązku uczestniczyć we wszystkich debatach sejmowych; premier Donald Tusk, który "w czasie kryzysu hulał na nartach, jest ostatnią osobą, która miałaby prawo upominać prezydenta" za nieobecność w Sejmie - powiedział w piątek PAP prezydencki minister Michał Kamiński.

W ten sposób odniósł się do wypowiedzi premiera, który stwierdził, że jest rozczarowany nieobecnością Lecha Kaczyńskiego w piątek w Sejmie podczas przedstawiania przez szefa MSZ Radosława Sikorskiego informacji o priorytetach polityki zagranicznej w 2009 r. i debaty nad nią.

"Wydaje się, powiem wprost, że pan prezydent bierze za to pieniądze m.in. żeby współtworzyć polską politykę zagraniczną" - mówił szef rządu.

Kamiński podkreślił w rozmowie z PAP, że Lech Kaczyński znał treść piątkowego wystąpienia ministra spraw zagranicznych.

"Treść wystąpienia ministra spraw zagranicznych (prezydent) znał dzięki - skądinąd miłemu - faktowi, że minister przesłał je prezydentowi wcześniej" - powiedział Kamiński.

"Słowa premiera są niesłychane"

Podkreślił też, że Lech Kaczyński wysłał w piątek do Sejmu najwyższego przedstawiciela swojej Kancelarii - jej szefa, Piotra Kownackiego.

"Premier, który w ubiegłym roku zwiedził Machu Picchu, a w czasie kryzysu hulał na nartach, jest ostatnią osobą, która miałaby prawo upominać pracującego i pracowitego prezydenta" - oświadczył z kolei Kamiński.

Według niego, słowa premiera są "niesłychane". Jak mówił, wynikają one z "frustracji polityka, którego przerosła funkcja" i są próbą przykrycia tego, że "delikatnie mówiąc, nie nastąpiły zapowiadane cuda".

Kamiński stwierdził ponadto, że premier nie uczestniczy w wielu sejmowych debatach dotyczących polityki rządu, za którą sam bezpośrednio odpowiada. Jak mówił, to właśnie Donald Tusk jako parlamentarzysta zasłynął z lenistwa.