Chciałbym oszczędzić ludziom cierpienia. Nawet jak byłem egzaminatorem, to pragnienie oszczędzenia cierpienia było silniejsze niż obowiązek zawodowej uczciwości
Magazyn DGP / Dziennik Gazeta Prawna
Jesteś Andrzejem Poniedzielskim polskiego eseju. Im smutniej, tym śmieszniej.
Poniedzielski? To ten z kabaretu, taka ciemna wrona? Ładne. Mam się z tego tłumaczyć?
Reklama
A chciałbyś?
Ale czy ja mam dziś zmyślać, czy mówić prawdę?

Reklama
A to jak już będzie ciekawiej. Melancholia to u ciebie literacka poza czy autentyzm?
Mam osiem lat, siedzę na dywanie, słucham „Melancholy Man” The Moody Blues i czuję, że to jest dla mnie, że to jest o mnie i tak ma być.
Osiem lat?
Osiem, siedem może.
I tak zostałeś melancholikiem?
Wtedy zrozumiałem, że to coś dla mnie. Wiesz, czasami przychodzi taki moment. Niedawno byłem na degustacjach wina w Burgundii z młodym Chińczykiem, których zresztą winiarska Francja potrzebuje. No i mój Chińczyk pochodzący z małego miasteczka – dwa miliony ludzi, nie więcej – mówi: „Któregoś dnia skosztowałem wina, zobaczyłem butelkę i zrozumiałem, że to jest moja przyszłość, moje przeznaczenie”.
I ty tak miałeś, chłopięciem będąc?
Miałem małą iluminację. Nie chcę mówić, że zobaczyłem jak Słowacki pasterkę i odmieniło się moje życie, ale coś przeżyłem.
Oświecenie melancholijne?
W każdym razie zrozumiałem, że to czemuś we mnie odpowiada.
Ale The Moody Blues śpiewają „I'm a very lonely man”.
A, widzisz, wyrzuciłem z pamięci, że to jest też o samotności, której nie odczuwam.
Jesteś autorem, który oszczędnie, ale jednak, gospodaruje poczuciem humoru.
Mam wrażenie, że piszę całkiem śmieszne teksty.
Mnie bawią, choć to niepolskie poczucie humoru.
A jakie?
Brytyjski sarkazm.
Ale nie złośliwy. Raczej łagodnie ironiczny.
Żyjemy w czasach tryumfu rechotu, nie sarkazmu.
A jednocześnie ludzie nie rozumieją dowcipów. Sam się na tym łapię, że czasem mam ochotę wstawić emotkę śmiechu.
Wstawiasz w SMS-ach emotki?
Do znajomych nie, bo wiem, że chwycą. W przypadku innych zrezygnowałem z dowcipów.
Znam naprawdę inteligentnych ludzi, którzy kompletnie nie chwytają żartów.
Miałem rozmowę z dziennikarką i opowiadam jej rysunek Sempégo. Na rysunku starsze małżeństwo, ona pichci, on wchodzi do kuchni w pantoflach i pyta: „Kochanie, czy chcesz usłyszeć mój śmiech straszliwy, demoniczny, nietzscheański?”. I owa dziennikarka, śmiertelnie poważna, pyta mnie: „To pana śmieszy?”.
To straszne, co opowiadasz.
Powiedziałem jej, że owszem, mnie to śmieszy. Raczej piszę ku śmiechowi, nie chichotowi. Czy ku uśmiechowi. Więc mnie odpowiada to, co mówisz o angielskim humorze, takim delikatnym, domyślnym.
Melancholik uchodzi za smutasa.
Znam paru melancholików, którzy są duszami towarzystwa. Ja w dobrych czasach – bo to też kwestia energii i wieku – albo siedziałem na końcu i się nie odzywałem, albo byłem duszą towarzystwa.
Zależało od tego, jaką miałeś fazę?
Tak, ale kiedy na to patrzę z perspektywy, to widzę, że gdy byłem młodszy, to częściej byłem duszą towarzystwa. To nawet naturalne, wszak melancholik to błazen, któremu do śmiechu dość blisko.
I niby ty jesteś błaznem?
Jestem, tylko ty o tym nie wiesz... (śmiech). Melancholia łączy się z teatrem, to jasne. I to nie tak, że wymyśliłem to na podstawie lektur, choć jak spojrzysz na Szekspira, to masz tych melancholijnych błaznów pełno, więc to jest w kanonie. Ale ja to wiem nie od Szekspira, tylko od siebie samego.
Co wiesz?
Że albo smutek, albo śmiech.
Teraz wszyscy, od polityka do aktora, muszą być śmieszni. Smutek to porażka, bo smucisz się, gdy przegrywasz.
Ale melancholia nie jest smutkiem. Smutek jest bardziej fizjologiczny, on jest taki psi...
Niech się wyśmieję. Moja żona też wszystko porównuje do psa.
Nie ciągnijmy tego porównania dalej. W każdym razie smutek, w przeciwieństwie do melancholii, jest bardziej cielesny.
Brak dopaminy w organizmie?
Właśnie. Tymczasem melancholia, przynajmniej taka, o jakiej pisuję, jest przestrzenna, ma oddech. Ma być jednocześnie przenikliwa i przejmująca.
Ale jak cię za bardzo przejmie, to cię przeszywa i to nie jest najprzyjemniejsze uczucie.
Kiedy coś jest w stanie najwyższym, to nie wiesz, czy to ekstaza, czy coś bardzo złego. Uczucia w stanach ekstremalnych są do siebie bardzo podobne. Nie chcę powiedzieć, że mnie to przeszywa jak strzała św. Sebastiana, ale się zdarza – i to jest łaska.
Łaska?
Prawdziwe doznanie melancholijne jest łaską, a pokrewne doznanie smutku – przekleństwem.
Brzmi jak piękna, intelektualna poza.
Słuchaj, ja się u ciebie muszę spowiadać, ale w życiu codziennym realizuje się to wszystko inaczej. Moi bliscy, czyli kobieta, ekipa kajakowa, cierpią na moją nieobecność, ja nagle zapominam, gdzie jestem. A tak w ogóle jestem tam, gdzie mnie nie ma.
To znaczy?
Piszę o winie na serio, tak? Ale nie jestem jak Wojtek Bońkowski, nie chcę, jak inni, poświęcić mu całego życia. Bo jestem tam, ale już mnie tam nie ma. Pisałem, czasami jeszcze piszę o sporcie albo o kuchni.
Nie wiedziałem.
Ale meczy już niemal nie oglądam i nie gotuję. Piszę również eseje, zbaczam trochę z tego i to nawet nie są eseje, tylko mieszanki wszystkiego, lecz tu mnie też nie ma.
Jesteś tak bogaty w zainteresowania czy brak ci konsekwencji?
I to, i to, ale jakbym miał szukać prawdziwej odpowiedzi na to pytanie, to pewnie musiałbym powiedzieć, że wynika to ze sposobu istnienia, z tego odchodzenia, zdradzania kolejnych pasji.
Gdybyś nie zajmował się tyle winem...
To napisałbym jedną, dwie książki więcej, ale miałbym nudniejsze życie. Poznałbym mniej ludzi, wielu rzeczy bym nie dotknął. Uchodzę przy tym za metr z Sevres melancholii...
Napisałeś o tym esej, co się dziwisz.
Uchodzę więc za eksperta w tej dziedzinie i napisałem kiedyś, że na melancholię najlepsze są płucka łabędzie. A potem zobaczyłem wywiad, w którym pytają Magdę Umer...
A powinni Gessler.
Spytali ją, czy zażywa płucka łabędzie.
Mógłbyś dać przepis.
Punkt pierwszy: bierzesz strzelbę i idziesz do Łazienek.
Czy melancholia to fatalizm rozumiany dosłownie? Że wszystko i tak się wydarzy, a w dodatku potoczy źle?
Niekoniecznie, choć w melancholii jest całkiem pokaźna doza histeryczności związanej z przyszłością.
A ty uważasz, że wszystko, co dobre, już było?
Nie, ja uważam, że wszystko było i jest podobnie. Jest konstans.
Tak samo dobrze czy tak samo źle?
Tak samo średnio.
Nie pomagasz w tym wywiadzie, oj, nie pomagasz...
Czytam te twoje wywiady i one są takie „krótkie pytanie, krótka odpowiedź”, poradzisz sobie.
To jak jest z twoim pesymizmem?
Jesteśmy na kajakach i widzimy chmurę na horyzoncie. Ja mówię od razu: „Szukajmy przystani”, pierwszy każę zawijać do portu, a reszta ekipy czeka, aż pioruny walną. Taka jest więc ta skala fatalizmu, histeryczności czy rozumnego przewidywania – można to sobie nazwać, jak się chce.
To jak patrzysz na przyszłość?
Ależ przyszłość nie jest moim polem działania. Nie myślę o niej dalekosiężnie, nie umiem tego robić i nigdy nie robiłem.
I nie myślisz o śmierci?
Nie.
Nigdy?
Najwyżej o śmierci innych, o własnej bardzo rzadko i to nie jest dokuczliwe.
A nie chciałbyś sobie jeszcze pożyć i pożyć?
Ach tak, chciałbym. Emil Cioran wysyłał takie kartki urodzinowe: „Gratulacje, rok mniej!”. Śmieję się, jednak, jak każdy, chcę rok więcej.
Ale starzejemy się i poczucie, że już bliżej niż dalej, nie jest zbyt fajne.
Dlatego ja mam poczucie wewnętrznej, histerycznej presji, by jeszcze jechać tu, tam, jeszcze robić, pracować.
Jan Krzysztof Kelus śpiewał: „Nie starcza dni, nie starcza nam lat. Czemu żaden goj ani żaden Żyd nie umiera dzisiaj syt?”.
Oczywiście, przecież my się dopiero rozpędzamy. Ja też mam poczucie, że jutro zaczynam żyć. Jeszcze nie wiem, w jaki sposób, jeszcze nie wiem, co zmienię, ale odejdę od komputera, pójdę przed siebie i zacznie się życie. I mam takie wrażenie od wielu lat.
Że dopiero zaczynamy? Jakbym słuchał siebie.
Albo jak Goszczyńskiego, który wchodząc do sekty Towiańskiego w zaawansowanym wieku, zapisał w swym dzienniku: „Jutro zaczynamy żyć”.
To chyba z nienasycenia życiem. Też bym chciał jeszcze tyle rzeczy zrobić.
Nie chcę cię martwić, ale z upływem czasu to się będzie zmniejszać. Już nie będziesz musiał zostać gwiazdą filmu czy literatury. Będziesz tylko musiał spędzić fajny wieczór w fajnym towarzystwie.
A co by chciał jeszcze Marek Bieńczyk?
Mam taką przygotowaną odpowiedź: napisać jeszcze ze dwie książki. I to jest bezdyskusyjnie na pierwszym miejscu. I to jest pierwsza część odpowiedzi. A druga jest taka, że chciałbym, żeby moja kobieta nie cierpiała. Bardzo chciałbym oszczędzić jej cierpienia. Ja zresztą tak mam, że chciałbym oszczędzić ludziom cierpienia. Nawet jak byłem egzaminatorem, to pragnienie oszczędzenia cierpienia było silniejsze niż obowiązek zawodowej uczciwości.
Prymat miłosierdzia nad prawdą?
Tak.
A jak rozmawiasz, to gryziesz się w język czy lecisz do końca?
Lecę do końca, lecz mam wrażenie, że mówię wariactwa, bo raczej mam obraz siebie trochę jak ty, takiego wariata.
Ja wariat?
Każdy z nas jest wariatem w swojej dziedzinie.
Ale ciebie jednak traktują serio.
A ciebie nie, to znaczy, że odniosłeś sukces. Pracowałeś na to parę lat.
Będąc niszowym eseistą, stałeś się pisarzem masowym.
Po czym to poznajesz?
Po Nike.
A kto wie, co to jest ta nagroda? Listonosz mi powiedział: „Skądś pana znam” i na tym się skończyła sława. Jakie ja mam nakłady jak na pisarza masowego.
A tak serio?
Ktoś mnie tam rozpozna, jak nie w ten sposób, to przez Kunderę czy wino, może melancholię...
Nie masz dzieci.
Żałuję. To są te przegrane negocjacje z czasem. Byłem kiedyś u Kundery i on mi mówi: „Największy sukces mojego życia? Nie mam dzieci!”, a jego żona, Vera, potakuje. Potem stoimy w przedpokoju z Verą i ona pokazuje mi rzędy książek Milana tłumaczonych na wszystkie języki. I tak patrzy na te książki w 120 językach, i mówi: „I co ja z tym wszystkim zrobię? Co się z tym wszystkim stanie? Komu ja to dam?”.
A ty?
Ja oczywiście zaczynam żałować, że nie mam dzieci. Mówię teraz szczerze, niestety, ale jestem nadopiekuńczy i nie mam co z tym zrobić, nie mam jak tego przelać. Byłem kiedyś w podróży i było naprawdę pięknie, i w pewnym momencie czuję, że nie pobieram tego piękna, bo nie mam go z kim dzielić. A jak nie możesz piękna dzielić, to nie odbierasz go wprost. Ono jest obok i je widzisz, ale nie dociera do serca. I tak sobie wtedy wyobrażałem, że gdybym był tam z synem, córką, to przyjąłbym to piękno. W ten sposób dochodziłem do tego, że to był jednak błąd.
To, że nie masz dzieci?
Tak.
Skoro nie w dzieciach, to pamięć o tobie będzie w książkach?
Ja to chromolę. Bardzo dokładnie to chromolę, od a do z. Nie mam potrzeby zostawienia po sobie pamięci o mnie, a poza tym jestem realistą. Przez ile lat zostaje pamięć o tobie? Trzydzieści, czterdzieści lat w dzieciach i ich snach, bo śnią ci się rodzice. Więc walczysz o trzydzieści, czterdzieści lat pamięci.
To co zostanie po Marku Bieńczyku?
Przyjemne nic.
Bycie melancholikiem stoi w sprzeczności z wyobrażeniem kogoś, kto zajmuje się winem, pije, je. Powinieneś być gościem z powieści „Colas Breugnon”.
Jak ja tego nie znoszę! Czytałeś to?
Mnie tam się podoba tylko „Święty Marcin pije wino...
...wodę pozostawia młynom”. No tak.
To jak jest z melancholikiem pijącym wino?
Są trzy style wina. Masz stronę dionizyjską, której nigdy nie lubiłem, nie była mi bliska, a już najgorsze były te kretyńskie kuplety. Nie znoszę pijackich przyśpiewek, a jeszcze połączonych z wykonywaniem tych samych gestów.
To okropny obciach.
Przypomniało mi się, jak w okresie erotycznej burzy i naporu, miałem wtedy ze dwadzieścia kilka lat, jeździliśmy z kumplem po Polsce i na Wybrzeżu trafiliśmy do dyskoteki. I był tam rosły marynarz, który zmuszał wszystkich do tańczenia kaczuszek. Więc my dwaj i ten marynarz wykonujemy te same gesty, to było upokarzające przeżycie. Strona dionizyjska nie interesuje mnie też, bo mam słabą głowę. Opowiedzieć ci o inicjacji alkoholowej?
Proszę bardzo.
Miałem siedemnaście lat i z moją dziewczyną poszliśmy na dorosłego sylwestra do fabryki Rawar na moim Grochowie. Wydałem na to całe pieniądze. Siadamy przy stoliku z majstrem, brygadzistą. Godzina 22.00, on nalewa wódkę. O 23.30 znalazłem się na śniegu przed fabryką, gdzie cucił mnie dozorca.
A panna?
Tańczyła w najlepsze z brygadzistami, a ja dochodziłem do siebie. I jest godzina 2.00, brygadzista pod stołem, monter pod stołem, a ja jak młody bóg, król parkietu.
Wróćmy do wina.
Jednak strona dionizyjska jest raczej nie dla mnie. Kolejna to strona apollińska, czyli analiza, analiza, analiza. Zaprosiłem ze dwadzieścia lat temu na sylwestra Wojtka Bońkowskiego, a on o północy, przy szampanie, wypełnia notkę degustacyjną.
Nieźle.
No więc strona apollińska jest mi nieco bliższa niż dionizyjska, ale też się w niej nie odnajduję. Ale jest też trzecia strona – wspólnotowa. Chodzi o to, by spotkać się z kumplami, postawić butelkę i pogadać o wszystkim. Bez tej butelki nie byłoby rozmowy, a przy butelce pogadamy i o winie, i nie o winie.
To ci odpowiada najbardziej?
Mam taką potrzebę budowania wspólnot, krótkotrwałych, ale niezbędnych.
I można się pozachwycać winem.
Zdarza się, choć jeśliby miało to być tylko o winie, toby nie wypaliło. Ale jak się to odpowiednio zrównoważy, to mamy takie chwile trochę apollińskie, trochę bachiczne.
Apoliński, dionizyjski, wszystko jedno – człowiek pijący wino powinien tryskać dowcipem, nie rozsiewać melancholię.
No tak, jest takie wyobrażenie, oczekiwanie może.
Jak je wypełniasz? Upijasz się czasem?
Nie, naprawdę mam słabą głowę. Organizm jest tak zaprogramowany, że więcej nie przyjmie.
Wino dla ciebie zaczęło się w Paryżu?
Najbardziej prawdopodobna wersja jest taka, że już potrzebowałem czegoś nowego, bo właśnie napisałem doktorat. A moja dziewczyna mieszkała w Paryżu, u arystokratki z Bordeaux, która miała jeszcze trunki z winnicy ojca. Zostawiała je na stole, ja sobie nalewałem i tak się zaczęło. To osiągnęło poziom obsesji, co obserwowałem też u kumpli.
Jak to wygląda?
Pękają kolejne bariery finansowe, bo pijesz coraz droższe wina, jedziesz do Paryża, ale nie chodzisz na żadne wystawy, tyko spędzasz całe dnie w sklepach z winem, na rozmowach ze sprzedawcą i macaniu butelek, łapiesz się na jakieś degustacje. Wyjeżdżasz na polowania, bo słyszałeś o butelce, o której napisali francuski Mazurek czy Bieńczyk, i musisz ją mieć. Potem wracasz do Warszawy, ale wciąż dzwonisz do dziewczyny i mówisz, że w tym sklepie jest takie wino, a w tamtym inne. I ona kupuje, aż wreszcie całą podłogę ma zastawioną butelkami dla ciebie. I dochodzisz do apogeum, ale potem zaczynasz gwałtownie schodzić i wracać do normalności.
Schodzisz?
Tak, już bardzo mało kupuję. Poznałem wina, wiem, co może być w butelce.
Kolekcjonujesz wino?
Kiedyś, teraz to już nie jest nawet zbiór.
Bariera finansowa?
Są butelki, których nigdy nie kupisz, nie ma szans. To tych kilka najdroższych burgundów, nigdy nie piłem Romanée-Conti, nie miałem okazji. Jeśli chodzi o bordeaux, to nie spodziewam się tu zaskoczeń, a cała reszta świata jest zasadniczo osiągalna i nie aż tak pasjonująca.
Mówisz o tym bez jakiejś ekscytacji.
Oczywiście są jeszcze takie chwile, które są wydarzeniem, bo próbujesz czegoś, obok czego nie możesz przejść obojętny. Z kolegą jeździmy do Burgundii i nawet nie wiemy, co nas tam pcha, taki Moby Dick raczej, poszukiwanie białego wieloryba. Mija degustacja za degustacją, ale w końcu coś się zdarza, wystarczy spojrzenie, byśmy wiedzieli, że to jest to.
Dobra, musimy kończyć.
Musimy, bo lecę na ping-ponga.
Na co?
Gram w ping-ponga. Zabijasz melancholię jednym pacnięciem rakietki.
W piciu wina najważniejszy jest dla mnie styl wspólnotowy. Chodzi o to, by spotkać się z kumplami, postawić butelkę i pogadać o wszystkim. Bez tej butelki nie byłoby rozmowy, a przy butelce pogadamy i o winie, i nie o winie