Dziś "Azyl Arkham" jest uważany za jeden z najważniejszych komiksów o Batmanie. Ale nie zawsze tak było.
Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. I nie, nie chodzi bynajmniej o rechoczącego Jokera, ale o Granta Morrisona – jego kwiecisty scenariusz „Azylu Arkham” krążył ponoć wśród kolegów po fachu, którzy wybałuszali oczy na popisane przez niego dziwactwa. Bo choć był to rok 1989 i za sprawą Franka Millera czy Alana Moore'a już rozpoczęła się nowożytna – czy też, jeśli kto woli, postmodernistyczna – epoka amerykańskiego komiksu, dominowała efektowna, produkowana taśmowo superbohaterszczyzna. Morrison nie dość, że odszedł od głęboko zakorzenionego w latach osiemdziesiątych image'u Batmana jako zafiksowanego na swoim celu pogromcy zła, to jeszcze dokonał swoistej dekonstrukcji innych ikonicznych postaci. Sięgnęła ona wielu poziomów, wizualnych i koncepcyjnych, aż do natrętnego, efektownego, ale niezbędnego detalu, łącznie z podobieranymi indywidualnie krojami fontów w dymkach dialogowych.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.