Jeśli pisanie przestaje być zabawą, staje się kostyczne i akademickie. A taka muzyka nie ma dla mnie sensu – mówi wybitny kompozytor Krzysztof Penderecki
Spotykamy się w Brukseli, gdzie w ciągu miesiąca dwa razy pan wystąpił w roli dyrygenta i kompozytora. Ale ta Bruksela to jedynie przystanek na dłuższej trasie, w której było m.in. Peru. Jako młody człowiek, student Akademii Muzycznej, nie przypuszczał pan pewnie, że jako uznany już kompozytor będzie żył na walizkach?
Absolutnie nie! Wtedy to było kompletnie abstrakcyjne. Przecież wtedy prawie nikt z nas nie miał paszportu. Ja walczyłem ładnych kilka lat o możliwość dostania paszportu. I co roku spotykałem się z odmową, nie należałem do żadnej organizacji, to mi nie pomagało. Wyjazdy zagraniczne były częścią marzeń. To marzenie w moim przypadku mogło się spełnić dzięki amerykańskiemu stypendium Forda w Berlinie. W 1959 r. zdobyłem wszystkie nagrody na konkursie kompozytorskim – pierwszą, drugą i trzecią. Jak to możliwe? Bo posłałem na konkurs aż trzy partytury, by mieć większe szanse na choć jedno miejsce. Moja determinacja wzięła się stąd, że główną nagrodą był wyjazd na Zachód. A o tym wtedy marzyłem. I wtedy dostałem po raz pierwszy paszport. Gdy już podróż stała się realna, zmieniłem plany i nie chciałem już jechać do Niemiec, pojechałem do Włoch. Interesowała mnie wtedy też bardzo historia sztuki. Ministerstwo kupiło mi bilet kolejowy, pozwalający na podróżowanie po całych Włoszech. W sześć tygodni zjechałem cały kraj. Ponieważ nie miałem pieniędzy na hotel, przeważnie spałem w pociągach nocnych. Na cały wyjazd dostałem 100 dol., co na polskie warunki było ogromną sumą, na zagraniczne bardzo skromną. A oprócz tego miałem 20 dol. schowane w kieszeni. I za te 120 dol. przeżyłem półtora miesiąca. No ale młodość ma swoje prawa i przywileje.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.