Iñárritu pysznie ironizuje na temat niedouczonych dziennikarzy, pretensjonalnych diw i aktorów fanatycznie oddanych metodzie Stanisławskiego
Pierwszorzędne studium kabotyństwa i ironiczna biografia herosa, który przegrywa pojedynek z własnym ego. Riggan Thomson – przebrzmiały gwiazdor, wsławiony niegdyś rolą tytułowego superbohatera – desperacko pragnie odzyskać dawny rozgłos. W tym celu porywa się na sceniczną adaptację opowiadania Raymonda Carvera „O czym mówimy, kiedy mówimy o miłości”. Thomson szybko uzmysławia sobie, że ratowanie świata to znacznie łatwiejsza robota niż wystawienie sztuki na Broadwayu. Klęska mężczyzny oznacza jednak także triumf przyglądającego się jego mękom Alejandro Gonzáleza Iñárritu.
Meksykański reżyser z pewnością potrafi wczuć się w położenie swojego bohatera. Autor drapieżnego „Amores Perros” bardzo szybko zamienił się w natrętnego domokrążcę, który zanudzał odbiorców prawdami objawionymi w „21 gramach” i „Babel”. Wbrew pozorom „Birdman” ma jednak sporo wspólnego z poprzednimi dokonaniami reżysera. W nowym filmie – jak zwykle u Iñárritu – bohaterowie pozostają uzależnieni od kaprysów otaczającej rzeczywistości. Różnica polega na tym, że okrutny los wreszcie rozdziawił gębę w szerokim uśmiechu. Przez to „Birdman” świetnie sprawdza się jako środowiskowa satyra. Iñárritu pysznie ironizuje na temat niedouczonych dziennikarzy, pretensjonalnych diw i aktorów fanatycznie oddanych metodzie Stanisławskiego. Najczęstszym obiektem żartów okazuje się, rzecz jasna, Thomson. Mężczyzna zużywa energię na jałowe mocowanie się z Carverem i traci z oczu własne życie, które stanowi modelowy materiał na tragikomedię. Gdy – odziany wyłącznie w szlafrok – bohater defiluje główną ulicą miasta, na swój sposób powtarza przecież marsz Normy Desmond z „Bulwaru Zachodzącego Słońca”.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.