Niewykluczone, że „Morfina”, tak jak niedawna „Piąta strona świata” w inscenizacji dyrektora Roberta Talarczyka, stanie się towarem eksportowym Teatru Śląskiego. Czy tak się stanie, czy nie, udowadnia ponad wątpliwość, że ma katowicki teatr świetny zespół, gotowy już do najbardziej ryzykownych zadań.
Nie byłem fanem głośnej i chętnie nagradzanej powieści Szczepana Twardocha „Morfina”. Doceniałem jej rozmach i zamierzenia autora, ale przeszkadzało mi efekciarstwo tej prozy. Trudno mi było podążać za bohaterem, przejmować się jego dylematami. Nie przeczę, że „Morfina” to rzecz dobrze zrobiona, przypominała mi jednak kaligrafię. Efektowną, ale jednak kaligrafię.
„Morfina” przygotowana w Katowicach przez Ewelinę Marciniak to nowe słowo w jej teatrze. Dotychczas albo przepisywała klasykę („Nowe wyzwolenie” Witkacego czy „Skąpiec” Moliera), albo dotykała w zamkniętej teatralnie formie lęków współczesności (najlepsze do tej pory w jej dorobku gdańskie „Amatorki” według Jelinek). Tym razem poprzez zmierzenie się z powieścią Twardocha bierze zamach na wielkie tematy i literacką epikę. Jedne i drugie opowiada własnym językiem, co można uznać za osiągnięcie młodej reżyserki.
Załóż konto lub zaloguj się
i zyskaj dostęp na 14 dni za darmo.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.