Amerykanie i Rosjanie nigdy nie wypowiedzieli sobie oficjalnie wojny. Ale gdy znajdą się w powietrzu, to strzelają do siebie całkiem regularnie już od stulecia.
Magazyn DGP 30.06.2017 r. / Dziennik Gazeta Prawna/Inne
Su-22 reżimu Baszara al-Asada po ataku na bazy Syryjskich Sił Demokratycznych skierował się w stronę macierzystego lotniska, gdy dopadł go F/A-18E/F Super Hornet. Amerykanie nie zamierzali już dłużej tolerować nalotów rządowego lotnictwa Syrii na ich sojuszników, którzy walczą z Państwem Islamskim (choć USA jednocześnie próbują obalić Asada).
Reklama
Amerykański pilot odpalił kierowany pocisk rakietowy Sidewinder. Syryjczyk wypuścił flary, by zmylić rakietę wyposażoną w czujniki termiczne. Udało się. Ale wówczas w stronę Su-22 Amerykanin odpalił pocisk AMRAAM wyposażony w radar. Chwilę potem szczątki Su-22 spadły na ziemię.

Reklama
„Zniszczenie samolotu syryjskich sił powietrznych przez amerykańskie lotnictwo w przestrzeni powietrznej Syrii to cyniczne naruszenie suwerenności Syryjskiej Republiki Arabskiej – ogłosiło w wydanym tego samego dnia, 18 czerwca 2017 r., komunikacie Ministerstwo Obrony Rosji. – Od tej pory jakiekolwiek samoloty i drony wypełniające misje bojowe w Syrii będą eskortowane przez rosyjskie systemy obrony powietrznej”. A wiceszef Komitetu Rady Federacji ds. Obrony i Bezpieczeństwa Franc Klincewicz oświadczył, że samoloty USAF zostaną uznane za potencjalne cele.
„To kolejna oznaka tego, że wojna w Syrii wkracza w nową fazę, a mianowicie fazę interwencji wojennej USA w Syrii. To poważne niebezpieczeństwo. Co może się z tego wywiązać? Albo Rosja będzie musiała zrezygnować ze wspierania Syrii, a to oznaczałoby upadek autorytetu Putina, co mogłoby doprowadzić kraj do wrzenia, albo zmuszona będzie uwikłać się w wojnę z USA” – objaśniał dla finansowanego przez Kreml portalu Sputnik ekspert wojskowy Konstantin Siwkow.
Dzień po zestrzeleniu Su-22 w Syrii, rosyjski myśliwiec Su-27 minął w odległości zaledwie 1,5 m lecący nad Bałtykiem samolot rozpoznania elektronicznego amerykańskich sił powietrznych RC-135. Demonstrując jankesom, jak śmiertelnie poważnie powinni traktować rosyjskie pogróżki.
Postrach bolszewików
„Te bodaj trzy godziny w powietrzu to coś wspaniałego i choć tak naprawdę jeszcze się na tym wszystkim nie znam, staram się i pomału zaczynam czuć się w powietrzu swobodnie; umiem startować, skręcać i posadzić maszynę” – pisał w liście do ojca tuż po rozpoczęciu kursu pilotażu Merian Cooper. Młody awanturnik w październiku 1917 r. trafił do Francji wraz z Amerykańskim Korpusem Ekspedycyjnym i tam przeszedł szybkie przeszkolenie lotnicze. Po czym zdobywał nie tylko doświadczenie bojowe, ale też opinię urodzonego pilota.
Gdy wojna dobiegła końca, kapitan Cooper przyjął posadę w Amerykańskim Urzędzie Pomocy i w lutym 1919 r. eskortował transport żywności dla Lwowa. „Wypełniając swoją misję, widział, jak Polacy walczą z uzurpatorami każdą bronią, jaka im wpadła w ręce, wysłuchiwał także opowieści o bezprzykładnej odwadze kobiet i dziewcząt, o sławnej Legii Akademickiej, o inwalidach i starcach, którzy dzielnie przeciwstawiali się Ukraińcom. Nieugięta wytrwałość tych źle wyposażonych, niedożywionych i luźno zorganizowanych patriotów wywarła ogromne wrażenie na amerykańskim kapitanie, który poczuł, że musi zrobić dla sprawy polskiej coś więcej” – zapisali w książce „Dług honorowy” Robert F. Karolevitz i Ross S. Fenn.
„Skłoniłem gen. Rozwadowskiego, by zaprowadził mnie do naczelnika Piłsudskiego. Zaproponowałem mu, że natychmiast złożę dymisję z Sił Zbrojnych Stanów Zjednoczonych i wstąpię do polskich wojsk lotniczych” – wspominał Cooper. Jego oferta została przyjęta. Wkrótce Cooper wrócił do Paryża, gdzie namówił siedmiu kolegów, żeby pojechali z nim na wojnę z bolszewicką Rosją, bo tak spłacą „dług honorowy” wobec Polaków za pomoc Amerykanom, gdy ci walczyli o niepodległość. Tak narodziła się 7. Eskadra Myśliwska im. Tadeusza Kościuszki. Na wieść o jej powstaniu do kraju nad Wisłą przybyło jeszcze kilkunastu innych pilotów lotnictwa USA. Oddając nam nieocenione usługi, bo młodemu państwu łatwiej przychodziło zdobyć samoloty, niż znaleźć własnych lotników.
Dowództwo nad eskadrą, w której znalazło się też kilku polskich pilotów, objął przyjaciel Coopera, doświadczony Cedric Erald Fauntleroy. Amerykanom latającym na niemieckich Albatrosach D.III nie dane było zmierzyć się z bolszewickimi lotnikami, bo w rejonie ich działań tacy w ogóle się nie pojawiali. Za to mocno zaszli za skórę czerwonoarmistom, gdy wspierali natarcie polskich wojsk podczas ofensywy kijowskiej. Choć tak naprawdę bezcenni okazali się podczas odwrotu z Ukrainy, kiedy na tyły wycofujących się jednostek zaczęły wychodzić zagony Armii Konnej Siemiona Budionnego. Zdarzało się, że samoloty z kościuszkowskiej eskadry szybowały 100 m nad głowami kawalerzystów, a piloci zrzucali z kabin własnoręcznie zrobione bomby. Po czym robili zwrot i ostrzeliwali kawalerzystów z broni pokładowej.
Bezradny Budionny wyznaczył nagrodę za głowę Coopera w wysokości 0,5 mln rubli i o mały włos sam jej nie zdobył. Pechowego 13 lipca 1920 r. Amerykanin wraz z mechanikiem testował nad frontem kupiony od Włochów samolot marki Bellia. Przypadkiem ostrzelała go grupa kawalerzystów, a jedna z kul trafiła w zbiornik paliwa. Poparzony Cooper ostatkiem sił posadził płonącą maszynę w polu. Czerwonoarmiści chcieli go powiesić, ale na swoje szczęście przed lotem nie chciało mu się przebierać i siadł za sterami w kombinezonie mechanika. Wyciągnął więc przed siebie poparzone ręce, powtarzając: „Człowiek pracy, człowiek pracy”. Żołnierze uznali, że pilot zginął, a ujęli mechanika, więc postanowili odstawić go do sztabu. Tam czekał na niego sam Budionny.
„W jego sposobie bycia, w zachowaniu czuło się bezkres nieba i długie noce, obłąkańcze marsze przez smagane wiatrem pola” – wspominał z emfazą lotnik. Gospodarz obdarował jeńca chlebem i papierosami, a nawet pochwalił amerykańskich lotników. Jak się okazało, nieco wcześniej samolot eskadry kościuszkowskiej zaatakował pociąg wiozący sztab Budionnego, ale natychmiast przerwał ostrzał, gdy spostrzegł, że jednym z pasażerów wagonu sztabowego jest kobieta (była to żona Budionnego). Na koniec kawalerzysta zaoferował Cooperowi zaciągnięcie się do jego armii, ale ten odrzucił ofertę. Został więc odesłany do obozu jenieckiego pod Moskwą.
W tym czasie amerykańscy piloci wykazywali się olbrzymią brawurą podczas ataków na oddziały, które oblegały Lwów. Również Cooper nie stracił ducha i gdy tylko odzyskał zdrowie, zorganizował z dwoma polskimi oficerami ucieczkę z obozu jenieckiego. Wiosną 1921 r. dotarli pieszo na Łotwę. W Warszawie czekał na niego order Virtuti Militari, którym osobiście udekorował go Józef Piłsudski.
W alei MiG-ów
Kapitan James Risner prowadził klucz czterech myśliwców F-86 Sabre osłaniających bombowce nadlatujące 5 września 1952 r. nad fabryki u ujścia koreańskiej rzeki Yalu. Nagle od strony słońca zanurkowały cztery MiG-i. To jak zaatakowały, wskazywało, że za sterami siedzieli radzieccy weterani z czasów II wojny światowej.
Wprawdzie Risner szlify pilota zdobył pod jej koniec, lecz talentem oraz brawurą nadrabiał braki doświadczenia. Amerykanin uchylił się od ataku i wziął wroga na cel, ale dwie serie z karabinów nie wyrządziły krzywdy przeciwnikowi. MiG-15 zanurkował i wyrównał nad lustrem rzeki, ale Amerykanin siadł mu na ogonie. Odrzutowce pędziły, nie zważając, że rzeka Yalu wpadła w wąwóz ze stromymi ścianami po obu stronach. Za nimi gnał, osłaniający Risnera, skrzydłowy kpt. Joseph Logan. Nagle MiG poderwał się i zaczął się kierować w stronę stanowisk północnokoreańskich dział przeciwlotniczych. Risner nie odpuścił i pomimo ostrzału z ziemi zdołał wypakować w maszynę wroga celną serię. Po zestrzeleniu MiG-a zawrócił, akurat by zobaczyć, jak pocisk przeciwlotniczy trafia jego skrzydłowego.
Myśliwiec kpt. Logana zaczął zostawiać za sobą smugę paliwa wypływającego z rozerwanego zbiornika. Wkrótce benzyna skończyła się i silnik F-86 zgasł. Wtedy Risner zdecydował się na manewr, jaki nigdy wcześniej ani później nie zdarzył się w dziejach lotnictwa. Delikatnie zetknął nos swej maszyny z dyszą silnika F-86 Logana i zaczął go pchać w powietrzu, zapobiegając opadaniu szybującego myśliwca. Tak dolecieli do wybrzeża w okolice znajdującej się w rękach Amerykanów wyspy Ch’odo. „Do zobaczenia wieczorem” – rzucił przez radio kpt. Logan, katapultując się ze swego samolotu. Zaś Risner obrał kurs na bazę. Nie zobaczyli się nigdy. Logan był świetnym pływakiem, lecz lądując tuż przy brzegu, zaplątał się w linki spadochronu i utonął. Natomiast James Risner kończył wojnę w glorii myśliwskiego asa, któremu zaliczono zestrzelenie ośmiu MiG-ów.
Jednak rosyjscy piloci wcale nie byli łatwymi przeciwnikami. Gdy jesienią 1950 r. dowodzący siłami ONZ w Korei gen. Douglas MacArthur prowadził ofensywę, wydawało się, że wojna jest już wygrana. Armia inwazyjna Korei Północnej została rozbita, a jej lotnictwo przestało istnieć. Wprawdzie wywiad donosił, że Chiny gromadzą siły nad graniczną rzeką Yalu, lecz MacArthur nie bał się ich ofensywy. Amerykańskie lotnictwo dominowało w powietrzu, a to oznaczało, że na nacierające chińskie dywizje spadnie grad bomb i rakiet.
Ale nie przewidział jednego – że swoim sojusznikom w sukurs przyjdą Rosjanie. Gdy 25 października 1950 r. Chińczycy rzucili do walki ponad 400 tys. żołnierzy, osłonę zapewniło im 240 myśliwców MiG-15, za sterami których siedzieli sowieccy piloci. Zgodnie z rozkazami Biura Politycznego KPZR za wszelką cenę starali się oni zamaskować swoją obecność. Na ich samolotach wymalowano chińskie lub północnokoreańskie znaki rozpoznawcze, a przez radio mieli się porozumiewać hasłami w języku koreańskim. Zapisywano im je fonetycznie na karteczkach, więc po rozpoczęciu walki szybko przechodzili na rosyjski.
Cała maskarada nie była zbytnio skuteczna i piloci drugiej strony natychmiast domyślili się, z kim walczą. Zwłaszcza że zniszczenie lotnictwa Korei Północnej przyszło im bez trudu, natomiast MiG-i pilotowane przez dobrych lotników zaczęły seryjnie strącać gorsze od nich odrzutowce myśliwskie: amerykańskie F-80 Shooting Star i brytyjskie Gloster Meteor. Pozbawione osłony bombowce B-29 łatwo padały potem łupem radzieckich pilotów. Chińskiej kontrofensywy nie udało się zatrzymać atakami z powietrza i wojska komunistyczne dotarły na przedmieścia Seulu. W tym czasie USA pospiesznie przerzuciły do Korei 4. Skrzydło Myśliwskie wyposażone w najnowocześniejsze myśliwce F-86 Sabre. Dopiero te 50 maszyn potrafiło stawić czoło ponad 400 MiG-om.
Potem obie strony konfliktu sukcesywnie przerzucały do Korei nowe samoloty, a Rosjanie w myśliwce MiG-15 wyposażyli też lotnictwo chińskie. W efekcie setki maszyn zaczęły toczyć powietrzne zmagania w rejonie rzeki Yalu, nad płaskowyżem nazwanym przez Amerykanów MiG Alley (Aleją MiG-ów).
Obie strony prześcigały się również w informacjach o liczbie strąconych maszyn, których wiarygodność mogła budzić spore wątpliwości. Sowieci chwalili się dwoma asami: Nikołajem Sutiaginem, któremu zaliczono zestrzelenie 21 samolotów wroga, i Jewgienijem Piepieliajewem, który strącił 19 maszyn. Po stronie amerykańskiej królował James „Jabby” Jabara, który zaliczył ponad 100 misji bojowych nad Francją i Niemcami podczas II wojny światowej. W Korei imponował mistrzowską techniką pilotażu. Podczas jednej z największych bitew w Alei MiG-ów, gdy 36 Sabre’ów zmagało się z ok. 50 MiG-ami, nie opuścił kolegów pomimo kończącego się paliwa, dając jednocześnie radę zestrzelić dwie sowieckie maszyny. Do bazy wrócił, szybując, bo benzyny starczyło już tylko na kilkusekundowe uruchomienie silnika, by nakierować maszynę na pas lądowiska. „Jabby” mógł się pochwalić zestrzeleniem 15 maszyn wroga.
W pościgu za naruszycielami
Gdyby zsumować dane o zestrzelonych maszynach drugiej strony, to Aleja MiG-ów byłaby największym pobojowiskiem samolotów w dziejach. Amerykanie twierdzili, że strącili ok. 900 maszyn wroga, tracąc jedynie 80 myśliwców F-86. Z kolei strona komunistyczna podawała, że zestrzeliła 1377 samolotów walczących pod flagą ONZ, w tym ok. 800 Sabre’ów. Oba szacunki są mocno naciągane, zważywszy że dostępne relacje uczestników walk opisują, iż podczas starć F-86 z sowieckimi MiG-ami obie strony traciły zbliżoną liczbę maszyn. Eksperci zaś szacują ogólną liczbę zestrzeleń na jeden do trzech na korzyść Amerykanów.
Po tym doświadczeniu oba wrogie obozy zaczęły z dużo większym respektem podchodzić do sił powietrznych drugiej strony. Zarówno w Waszyngtonie, jak i Moskwie dbano, by piloci obu supermocarstw jak najrzadziej strzelali do siebie, czym minimalizowano ryzyko wybuchu III wojny światowej. Choć gdy tylko zyskiwano przewagę technologiczną, nie wahano się z niej skorzystać. Takową dały Stanom Zjednoczonym samoloty U-2 zdolne wznieść się na pułap 20 tys. m (maksymalny pułap to 27 tys. m) i osiągać prędkość ponad 800 km/h. Z tej wysokości potrafiły robić bardzo dokładne zdjęcia strategicznych obiektów, co stanowiło bezcenne źródło informacji o militarnym potencjale ZSRR.
Kiedy 4 lipca 1956 r. pierwszy U-2 nadleciał znad Bałtyku nad Leningrad (dziś Petersburg) i dotarł nad Moskwę, po czym zawrócił do bazy w Wiesbaden, całe Biuro Polityczne długo nie mogło wyjść z szoku. Choć kraj miał potężną obronę przeciwlotniczą, nie był w stanie strącić szpiegowskiej maszyny wroga.
Po pierwszym locie nastąpiły kolejne, a Rosjanie byli bezradni. Ich rakiety ziemia-powietrze nie dolatywały do pułapu 20 tys. metrów. Całą nadzieją stały się nowe MiG-i-19, których maksymalny pułap wynosił prawie 18 tys. metrów. Wytypowano kilkunastu doświadczonych pilotów, którym nakazano ćwiczyć górkę. MiG-19 wspinał się na swój maksymalny pułap, następnie nurkował w dół, po czym gwałtownie odbijał w górę, by siłą pędu oraz pełną mocą dopalaczy wystrzelić na wymarzone 20 tys. metrów. Chcąc zmotywować pilotów do wysiłku gensek Nikita Chruszczow obiecał, że ten, kto zestrzeli „naruszyciela” granic, otrzyma tytuł Bohatera Związku Radzieckiego. Przez prawie dwa lata ta grupa pilotów próbowała 30 razy przechwycić U-2, które wlatywały w głąb ZSRR. Bez sukcesów, a podczas tych prób co najmniej dwóch lotników zginęło. Co jedynie potęgowało determinację radzieckiego dowództwa.
Kiedy przed świtem 1 maja 1960 r. w przestrzeń powietrzną ZSRR wleciał U-2 pilotowany przez Francisa Gary’ego Powersa, wyrwany ze snu Chruszczow zażądał zestrzelenia intruza za wszelką cenę. W Paryżu trwały właśnie przygotowania do konferencji pokojowej, w której wziąć mieli udział przywódcy USA, Francji, Wielkiej Brytanii i ZSRR. Zniszczenie „naruszyciela” dawałoby więc Kremlowi dużą przewagę podczas negocjacji. W powietrze poderwano prototyp myśliwca Su-9, który nie miał jeszcze uzbrojenia. Pilot otrzymał rozkaz, by wzorem kamikadze staranować wroga; towarzyszył mu MiG-19. Gdy radzieccy piloci zbliżali się do celu, dwie rakiety odpaliła naziemna bateria obrony przeciwlotniczej S-75 Dźwina. Było to najnowsze dziecko radzieckich konstruktorów, którym nakazano zbudowanie mobilnego systemu przeciwlotniczego zdolnego niszczyć cele na dużych wysokościach. W ogólnym zamieszaniu, jaki zapanował w powietrzu, Su-9 przemknął przed nosem U-2, być może pudłując z premedytacją. W tym czasie pierwsza rakieta rozerwała MiG-a, a dopiero kolejna dosięgła intruza.
Ku rozpaczy zwierzchników w CIA Powers zdołał opuścić spadający samolot i przeżył. Szczęśliwy Chruszczow rozpętał aferę na światową skalę, przy okazji zrywając szczyt w Paryżu. Prezydent Dwight David Eisenhower musiał się gęsto tłumaczyć, choć jak zanotował w pamiętnikach: „Przez cztery lata program U-2 dostarczył danych wywiadowczych mających zasadnicze znaczenie dla Stanów Zjednoczonych. Równie istotne były informacje pozytywne o tym, co Rosjanie posiadają, jak i negatywne o tym, czego nie mają. (...) Informacje uzyskane dzięki U-2 pozbawiły Chruszczowa najskuteczniejszej broni komunistycznych spiskowców, którą jest międzynarodowy szantaż. Sprawdzał się on tylko wówczas, gdy udawało się wykorzystać niewiedzę i wynikający z niej lęk, paraliżujący wolny świat”.
Pechowego pilota Powersa wymieniono półtora roku później za agenta KGB płk. Williama Fishera.
Wojna pośrednia
Zestawy rakietowe S-75 Dźwina napsuły krwi Amerykanom, gdy w połowie 1965 r. Moskwa zaczęła przerzucać je do Wietnamu Północnego. Do tej pory w powietrzu dominowało lotnictwo amerykańskie i nagle 24 lipca nowoczesny F-4 Phantom nie powrócił z akcji. Wkrótce miały zacząć się następne niespodzianki.
Rządzący od niedawana na Kremlu Leonid Breżniew nie zdecydował się, by wzorem Stalina posłać sowieckich lotników na pomoc sojusznikowi w Azji. Natomiast ściągnięto do szkół pilotażu w ZSRR północnowietnamskich pilotów na intensywne szkolenie. Po pół roku wrócili na front w towarzystwie swoich sowieckich instruktorów, wyposażeni w najnowsze osiągnięcie radzieckiej myśli technicznej – myśliwce MiG-21. Przy czym, zgodnie z zaleceniem Breżniewa, starano się unikać, by w akcjach bojowych brali udział rosyjscy instruktorzy.
Także prezydent Lyndon B. Johnson chciał zapobiec ewentualnemu wybuchowi konfliktu, dlatego nakazał pilotom, by otwierali ogień dopiero po wzrokowej identyfikacji przeciwnika. Dla F-4 był to wyrok śmierci. Zaprojektowano je jako myśliwce przewagi powietrznej, zdolne przekraczać dwukrotnie prędkość dźwięku, siedzący zaś za pilotem operator uzbrojenia mógł kierować walką z przeciwnikami znajdującymi się poza zasięgiem wzroku. Pierwsze modele Phantomów nie miały działek i były dużo mniej zwrotne od radzieckich myśliwców. Cóż z tego, że ich rakiety Sparrow potrafiły zniszczyć przeciwnika znajdującego się w odległości 35 km, skoro w walce na bliski dystans były zupełnie nieprzydatne. Na dokładkę prezydent USA zmusił pilotów do walk manewrowych, akurat gdy od dekady już tego ich nie uczono, ponieważ uznano je za relikt przeszłości.
Dopóki toczono pojedynki ze słabo wyszkolonymi pilotami Wietnamu Północnego, lotnicy USA wygrywali. Aż nagle nad Wietnamem pojawiły się MiG-i-21. Szczęściem dla Amerykanów mieli oni nadal starsze myśliwce F-8. „W środowisku latającym na F-8 »Crusader« zawsze zwracaliśmy więcej uwagi na manewrową walkę powietrzną. Lataliśmy na samolocie, który miał być ostatnim wyposażonym w działka” – wspominał komandor Robert Rassmusen w wywiadzie udzielonym autorowi książki „Amerykańskie lotnictwo pokładowe podczas wojny w Wietnamie 1964-1973 i powstanie szkoły »Top Gun«” Maciejowi Staneckiemu.
Poderwany z lotniskowca USS Oriskany F-8 w dniu 9 października 1966 r. zlokalizował pierwszego nad Wietnamem MiG-a-21. Dick Bellinger ruszył za nim w pościg i po krótkiej walce zapisał sobie na koncie zestrzelenie intruza. Jednak tego samego dnia inny MiG-21 dopadł F-4. „Uważam, że piloci wietnamscy nie stanowili dla nas zbyt dużego problemu, część z nich była niezła, czasami zastanawialiśmy się, czy przypadkiem za sterami wietnamskich MiG-ów nie siedzą Rosjanie, część wprost beznadziejna” – relacjonował Rassmusen. Rosyjski udział w walkach powietrznych był prawdopodobny, lecz Kreml starannie dbał, aby nigdy nie wyszedł na jaw. Siły lotnicze Wietnamu Północnego utraciły podczas całej wojny 154 MiG-i, zaś Amerykanie 94 Phantomy i 21 F-8.
„Jedyne do czego byliśmy przygotowani, to odpalenie pocisków i ewentualna ucieczka” – wspominał Steve Smith, operator uzbrojenia na F-4. Ta sytuacja wymuszała szybką zmianę całego systemu szkolenia pilotów myśliwców w USA. Dowództwo USAF powołało komisję pod przewodnictwem komandora Franka Aulta, która zbadała przyczyny problemów. W swoim raporcie wyszczególniła ona ponad 200 błędów w taktyce sił powietrznych, braków w wyszkoleniu pilotów oraz słabych stronach F-4 oraz rakiet powietrze-powietrze. Główne zalecenie brzmiało: „Należy natychmiast utworzyć zaawansowane centrum szkolenia myśliwskiego, szkolące pilotów oraz operatorów systemów uzbrojenia, którzy następnie będą stanowili personel szkoleniowy na szczeblu eskadr”.
Tak kolejne bezpośrednie zetknięcie z sowieckim sprzętem, i prawdopodobnie lotnikami, przyniosło narodziny sławnej szkoły pilotów Top Gun, która zainaugurowała działalność w marcu 1969 r. Jej absolwenci mieli zapewnić USA dominację w powietrzu na kolejne dekady. Jednak do końca zimnej wojny oba supermocarstwa starannie unikały prowokowania sytuacji zmuszającej pilotów, by znów walczyli ze sobą, jak w Korei. Po rozpadzie ZSRR powrót do takich zdarzeń wydawał się zupełnie nieprawdopodobny. Aż Władimir Putin zdecydował, że Rosja musi wysłać siły ekspedycyjne do Syrii.
Albo Rosja będzie musiała zrezygnować ze wspierania Syrii, a to oznaczałoby upadek autorytetu Putina, albo zmuszona będzie uwikłać się w wojnę z USA” – objaśniał dla finansowanego przez Kreml portalu Sputnik ekspert wojskowy Konstantin Siwkow