Ja jednak jestem świrnięty i nie tylko wydaję książki, lecz również je czytam. Mam w domu 23 tys. tomów, w tym sporą kolekcję o ptakach - przyznaje w rozmowie z Robertem Mazurkiem Włodzimierz Czarzasty.
Strasznie, po prostu strasznie się boję. Wiem, że jestem głupi, ale się boję.
Daj pan spokój, Ziobry?! Latać się boję.
Nie latam, nie dam rady.
Raz, to był jakiś 1988 r., studenckie przedsięwzięcie, leciałem do Bari przez Kraków i Rzym. Wypiłem w samolocie ze dwa litry wódki.
Mogło. Mnie nie bierze żaden alkohol.
Na ziemi to mnie bierze, ale w powietrzu nic, naprawdę. Wylądowałem w Bari i tam w autobusie do miejscowości Montescaglioso – pamiętam jak dziś – wypiłem jeszcze ze dwa kieliszki koniaku.
Właśnie że się nie upiłem i zaniepokojony po powrocie poszedłem do lekarza, który stwierdził, że ja to wszystko spaliłem ze stresu. I powiedział tak: „Włodek, wyobraź sobie, co się stało z twoim organizmem! Masz dwa wyjścia: przestajesz latać...
...albo zmądrzejesz”. Zmądrzałem i przestałem latać.
O nie, wracałem pociągiem.
Panicznie boję się psów, to moja druga fobia.
Nie, po prostu boję się psów. I to jak. Tylko że tu pamiętam, jak to się zaczęło. Miałem trzy lata, naprawdę trzy lata, i szedłem z o siedem lat starszym bratem. Pięćdziesiąt metrów od drogi, którą przechodziliśmy, leżał pies z pianą na pysku. Czy on był chory, czy coś mu się stało, nie wiem, ale ten widok wrył mi się w pamięć.
Nie, nie wiem nawet, czy brat mnie tym psem straszył, ale doskonale pamiętam to, jak ten pies wyglądał, gdzie ja stałem, całą tę scenę.
Do dziś jak widzę dużego psa, to momentalnie mam gęsią skórę i przechodzę na drugą stronę ulicy. Kocham ptaki, kocham zwierzęta, ale psów się boję jak jasna cholera. Moje dzieciaki miały wszystkie możliwe zwierzęta domowe, oczywiście oprócz psów. Ludzi się nie boję, a psów tak. Z Bogiem mam problem, więc nie będę panu mówił, czy się boję Boga.
Nie, ale wyobraża pan sobie, co by się działo, gdybym leciał z psem samolotem? O Boże... (śmiech) To byłby największy koszmar mego życia.
Nie, odwrotnie. Jak widzę ziemię, to się nie boję, bo mam poczucie, że jakby co, to wyskoczę i się uratuję.
Wiem, że to strasznie głupie, bo jakbym tak z pół kilometra spadał, to nie byłoby czego zbierać, ale tak mam i co zrobić. Najbardziej się boję, kiedy samolot leci sobie spokojnie na wysokości dziesięciu kilometrów. A żeby było jasne, nie przeżyłem żadnych przygód, żadnych turbulencji, awarii, kłopotów, nic.
Jak jestem w samolocie na wysokości dziesięciu kilometrów, to mogę zupełnie zielony na twarzy czytać odwróconą do góry nogami niemiecką gazetę, a dodam, że tego języka nie znam. To jest po prostu masakra!
Musiałbym wziąć tyle, żeby mnie zabiło.
Żona mnie zna i wie, że to bez sensu, za to namawia mnie czasem mój przyjaciel Robert Kwiatkowski. Mówi „Słuchaj, wybierz takie miejsce, do którego bardzo, ale to bardzo chciałbyś pojechać, a nie da się tam dotrzeć pociągiem”.
Raz mnie nawet złamał, bo poleciałem do Tanzanii.
Nie, polecieliśmy do Tanzanii przez Moskwę i w drodze powrotnej z Moskwy wracałem już pociągiem.
Bo fobia polega na absurdzie. Z tym się nie da walczyć. Ma pan jakąś fobię?
To mnie pan nie zrozumie.
Pociągiem. Wie pan, że dojechałem koleją do Makao?
A pociągiem dziesięć dni, dwa tygodnie. W latach 80. jechałem w interesach koleją transsyberyjską do Kantonu, a potem statek i już jesteśmy w Makao.
Miałem masę książek, bo ja jednak jestem świrnięty i nie tylko wydaję książki, ale i je czytam, miałem ksywę „Doktor”.
Oczywiście. Kiedyś kupiłem 50 tys. różowych szalików i sprzedałem na dworcu w Irkucku.
(śmiech) ...I donaszam resztę ze stu tysięcy swetrów. A tak poważnie, to byłem studentem i trzeba było szukać swojej szansy w życiu. Jeździło się z chińskim towarem do Irkucka, tam zamienianym na ruble, które gdzie indziej zamienialiśmy na dolary. Ale czasem przywoziłem i towar, choćby kurtki skórzane, dżinsowe.
Tak jest.
I jako jedyny jej członek nie pojechałem za granicę, bo przecież nie latam.
W Eurazji byłem wszędzie od Barcelony po Władywostok.
Żona mnie woziła, ale to nie jest dla mnie jakiś kłopot... (śmiech) Włochy, Hiszpania – wszędzie byliśmy na rodzinnych wakacjach. A do Anglii jeździ się pociągiem albo autobusem. Autobusem jest najtaniej.
Jestem człowiekiem oszczędnym i pieniądze wydaję rozważnie.
Do Anglii ze dwa razy jechałem pociągiem pod kanałem La Manche, ale to nie dla mnie, bo też się bałem.
Ja chyba jestem tchórzem, bo tak sobie wymyśliłem, że gdyby to wszystko się rozwaliło i woda wlała się do środka, to chyba nie byłoby zbyt przyjemnie. Niemniej jednak przemogłem się i kilkakrotnie do Wielkiej Brytanii pojechałem.
Tylko troszeczkę.
Nie, to nie był jakiś największy problem, dałbym radę. Przed wodą nie ucieknę, ale w tunelu bym sobie poradził.
W związku z tym chyba nigdy nie pojadę do Stanów.
W pańskim pytaniu spodobało mi się to „Nie daj Boże” i przy tym zostańmy.
Proszę pana, Kim Ir Sen podróżował pociągami i dobrze było, Donald Tusk też ostatnio pociągiem podróżował, to co, ja nie będę mógł?
Jeśli moje plany polityczne wezmą w łeb, to jestem gotowy zrobić sobie co najmniej półroczne wakacje w Afryce, gdzie będę oglądał ptaki. Zacznę od Kenii, potem przez Tanzanię do Mozambiku i na Madagaskar. Stamtąd do RPA i delta Okawango w Botswanie.
Ale to jest proste! Jest przecież Kanał Sueski, jest statek, dalibyśmy radę bez problemu. Tomasz Wilmowski dopłynął na „Aligatorze” do Afryki.
Ale do Dar Es Salaam też bym dopłynął, a potem to już dałbym radę. Może przy moim paranoicznym podejściu uznałbym, że małe samoloty, które latają nisko, są bezpieczne i obejrzałbym sobie stada gnu z góry?
Nigdy nie próbowałem, ale Leszek Miller mi odradzał (4 grudnia 2003 r. spadł na ziemię rządowy śmigłowiec Mi-8, na jego pokładzie był m.in. ówczesny premier – red.). Jak będę musiał, to spróbuję tego helikoptera. Za to latałem raz balonem. To był 1990 r. i leciałem ze Zbigniewem Bujakiem i Władysławem Frasyniukiem.
Balon to zupełnie coś innego niż samolot.
To akurat porządni ludzie. A balon zaakceptowałem na tyle, że nad Afryką mógłbym w zasadzie polecieć balonem, czułbym się trochę jak Fileas Fogg w „80 dni dookoła świata”. Wie pan, o czym marzyłem za młodu?
Żeby być dyrektorem warszawskiego zoo.
Właśnie nie. Niech pan posłucha. Kiedy zaczynałem robić karierę w ZSP, wziął mnie na bok facet i mówi, że go irytuję, bo mam taką siłę i idę naprzód, ale mu się to nie podoba. „Nie bądź taki arogancki, posłuchaj kogoś choć raz, przystopuj. Co chciałbyś robić?” – spytał mnie. „Chciałbym zostać dyrektorem zoo”. „O, to jest właśnie ta twoja pycha i arogancja!”. Teraz wszyscy słyszeli o Janie Żabińskim, dyrektorze warszawskiego zoo, ale ja przeczytałem sześć tomów jego opowieści. To były zebrane z radia jego pogawędki o zwierzętach, które pochłonąłem. Zrobiło to na mnie ogromne wrażenie i postanowiłem pójść na biologię, zostać ornitologiem i walczyć o sikorkę modrą i sześć innych gatunków sikorek w Polsce, to było moje marzenie.
Jeszcze w podstawówce jeździłem po Puszczy Mariańskiej i od zawsze, odkąd pamiętam, zasypiając zawsze miałem pod głową przewodnik „Ptaki Polski” Sokołowskiego, mniejszą wersję dwutomowych „Ptaków ziem polskich”. Chodziłem po lesie z książką i oglądałem, tak się zaczęło.
Owszem, zresztą nie tylko o ptakach. Wydałem pierwsze książki Jana Walencika. Notabene „Tętno pierwotnej puszczy” posłałem Davidowi Attenborough. No i zanim dostałem od niego odpowiedź, to przyszło takie jednozdaniowe pismo, że do pana Attenborough pisze się „Sir”, ale potem jak dostał Walencika, przyszedł bardzo piękny list, w którym Attenborough pisze, że jest spokojny i może umrzeć, bo ma następcę.
Można łączyć różne pasje. Mam w domu 23 tys. książek, w tym sporą kolekcję o ptakach. Teraz realizuję taki pomysł – powiedziałbym projekt, ale nie za bardzo chcę, bo Schetyna pięć razy dziennie mówi o projekcie – że zbieram przewodniki klucze po ptakach ze wszystkich krajów świata.
Przewodnik z krótkim opisem, charakterystyką: jak wygląda ptak, jego gniazdo, ile ma piskląt itp. Mam już około stu takich przewodników, oczywiście czasem różnica między tymi krajami, zwłaszcza w Europie, nie jest zbyt duża...
Albo nawet Polska, to jest kilka, może kilkanaście innych gatunków, ale mam te książki, lubię to. Kiedyś zbierałem pocztówki i znaczki z ptakami, teraz książki.
Znam rosyjski i angielski, ale te książki nie są trudne. Opis ptaka to nie jest zbyt duży zasób słownictwa.
Kiedyś co roku jeździłem nad Biebrzę, lecz ostatnio miałem problemy ze zdrowiem, więc trochę to zaniedbałem, ale to wciąż fantastyczne miejsce. Rozlewiska Biebrzy i Narwi, okolice Goniądza, Puszcza Białowieska, przepłynąłem piękną trasę Wartą, a ostatnio byłem w Miliczu.
Stawy Milickie są kapitalne, to jest przygoda. Genialny przyrodnik Włodzimierz Puchalski jedną ze swych pierwszych książek poświęcił Stawom Milickim, a ponieważ ja Puchalskiego nie tylko czytałem, ale i wydałem, to zaniosło mnie i tam.
Nie, aż tak to nie. Zgniłozielone ubranie mi wystarcza, zwykle proszę o pomoc jakiegoś miejscowego przewodnika i dwie godziny przed brzaskiem idziemy.
Żaden kłopot, ja chłopskie dziecko jestem, codziennie wstaję o piątej. Ważna jest dobra lornetka i taką mam, ale niech mnie pan nie pyta jaka, bo nie przywiązuję wagi. Raz kupiłem, była nietania, ale porządna i lekka. Teraz jest na Mazurach, w domu nad Święcajtami. A mogę coś o Puchalskim?
Pan wie, że Puchalski nie rozróżniał kolorów?
Ano możliwe i przez długi czas nikt się nie zorientował. Puchalski wydawał książkę z ilustracjami czarno-białymi, ale pojechał na Antarktydę i zrobił książkę kolorową. No i ta książka miała marne barwy, a wszystko akceptował Puchalski. Dopiero wtedy wyszło, że nie rozróżnia kolorów.
Nie wiem, czemu akurat one, co mnie w nich fascynuje. To po prostu jest ciekawe, ich sposób życia, budowania gniazd, zwyczaje, migracje – to wszystko razem jest niesamowite, ale nie potrafię tego uzasadnić.
Najbardziej wróblowate.
Wie pan, ile jest ich gatunków? Masa. Niesamowite kolory, pięknie śpiewają, super są.
Rodzaj wróblowatych.
Passer montanus? No tak, bardzo ładny ptak.
Cudowronki, czyli rajskie ptaki z Nowej Gwinei, zresztą z rzędu wróblowych. Najpiękniejsze ptaki na świecie. A wie pan, że do początku XIX w. europejscy ornitolodzy myśleli, że one nie mają nóg?
Wszyscy byli przekonani, że ptak rajski żyje rosą, nie siada, samiczka składa jaja na samcu i na nim je wysiaduje.
Wszystko przez to, że tubylcy nie potrafili dobrze wyprawiać skór i nogi psuły się w transporcie, więc dostawcy je wyrzucali. Dlatego nazwano je apoda, czyli beznogie.
Jak to, a sikorki?
Spokrewniona, bo z wróblowych. Ma pan siedem gatunków sikorek: bogatka, modra, uboga, czubatka, sosnówka, modraszka, czarnogłówka...
Moim zdaniem zapisze się do SLD, bo ja jak miałem dziewięć lat, to też cały czas czytałem o ptakach.
No dobrze, byle ptaki lubił. A pan lubi?
Strusia też pan zobaczy albo dropia. O dropiach pan słyszał? Były kiedyś w Polsce, ale je wykończyliśmy w latach 80., teraz podobno widziano pojedynczego osobnika. A szkoda straszna, bo to największy ptak w Europie i najcięższy latający ptak na świecie, waży nawet 17 kg.
I to prawie dwa razy!
Taka połowa strusia, wielkie nogi. Wymaga wielkich łąk i pól, w tej chwili są na Węgrzech, w Niemczech i w Hiszpanii, nie widziałem nigdy na żywo. Za to widziałem inne rzadki ptaki.
Choćby żołna szczurek – najbardziej kolorowy ptak w Polsce. W zimorodkach można się zakochać, piękne są kraski, zgodnie z nazwą niebieskie... (śmiech) A poza tym są piękne kaczki, choćby w Łazienkach ma pan mandarynki.
Kiedyś, proszę pana, wszystko było możliwe, ale od półtora roku, kiedy lekarze wykryli 23 proc. wydolności serca, to zero, nie ma możliwości, nic.
Tak, ten słynny facet, który zapowiadał, że bierze drugą wątrobę i rusza w objazd lokalnych struktur SLD, jest abstynentem.
Lekarze zabronili. Serce nie pozwala, choć głowa tęskni.
I moje twarde serce pękło.
Lubiłem, ale tylko wódkę.
E tam, po prostu jak byłem młody, to wina nie było, a piwo było marne, więc została wódka, którą popijałem wodą mineralną z gazem. Wolałem zmrożoną, ale zdarzało się pić i ciepłą.
Bardzo piękne, ale koniaku nie piłem. Tylko czysta. Lubię nadal, ale wstrzymałem degustacje.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.
Wpisz adres e-mail wybranej osoby, a my wyślemy jej bezpłatny dostęp do tego artykułu