Wybór Macrona na prezydenta okazał się możliwy dzięki porażce socjalistycznych i republikańskich rywali, a także dzięki wyborcom "zdeterminowanym, by nie dopuścić do władzy skrajnej prawicy, nawet jeśli nie podoba im się alternatywa" - pisze brytyjski dziennik w artykule redakcyjnym.

"Macron pokazał, że możliwa jest liberalna, centrowa odpowiedź na populistyczną politykę tożsamości narodowej i protekcjonizmu. Nie dokonał tego, przyjmując złagodzone postulaty (skrajnie prawicowego) Frontu Narodowego (którego kandydatka Le Pen również ubiegała się o urząd prezydenta - PAP), lecz apelując do inteligencji wyborców. Konsekwentnie odmawiał uznania forsowanego przez rywalkę obrazu narodu skazanego na upadek, nie licytował się też z nią na niemożliwe do spełnienia obietnice" - podkreśla "FT".

Ostrzegając przed przedwczesnym optymizmem, gazeta zauważa, że Macron staje teraz w obliczu trudnych zadań, do których realizacji będzie potrzebował silnego zaplecza partyjnego w parlamencie. "Obiecał, że wykorzysta swą pięcioletnią kadencję, by zapewnić, że nikt, kto czuł się zmuszony do głosowania na skrajne opcje polityczne, nie będzie już miał powodu, by to robić. To zaś będzie wymagało reform - gospodarki, rynku pracy i sektora publicznego, które kolejni prezydenci wprowadzali i których nie potrafili utrzymać" - przypomina.

Reklama

Do spełnienia swoich postulatów centrysta będzie potrzebował zdolności do przekuwania je w prawo - zauważa "FT". "Na fali entuzjazmu założony przez Macrona ruch En Marche! (w poniedziałek ruch zmienił nazwę na La Republique En Marche - PAP) może stać się największym ugrupowaniem w Zgromadzeniu Narodowym (niższej izbie parlamentu - PAP) po wyborach parlamentarnych w czerwcu, jednak przy przegrupowaniach tradycyjnych partii trudno mu będzie zdobyć zdecydowaną większość" - ocenia gazeta.

"Jeśli Macronowi uda się (spełnić obietnice), to być może zdoła wydobyć Francję z głęboko zakorzenionej apatii i przywrócić jej rolę orędownika reform i odnowy w całej Europie. Jeśli polegnie, Le Pen powróci przy najbliższej okazji" - konkluduje "Financial Times". (PAP)