- Cenię Roberta Biedronia i wiem, że jest dobrym włodarzem. Wiem też, że to, co mu pomogło wygrać, to rys gejostwa. (...) Chciałbym zostać prezydentem Warszawy - mówi Paweł Rabiej, członek zarządu partii Nowoczesna, dziennikarz i publicysta.
Reklama



Chce pan zostać prezydentem Warszawy?

Myślę o tym.

Myśli pan czy chce?

I myślę, i chcę. Chciałbym.

Jak Robert Biedroń Słupska?

Cenię Roberta Biedronia i wiem, że jest dobrym włodarzem. Wiem też, że to, co mu pomogło wygrać, to rys gejostwa.

Magdalena i Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna

Co to znaczy: rys gejostwa?

To znaczy, że jest gejem, nie ukrywa tego, jest otwartym i tolerancyjnym człowiekiem.

Pan też wykorzysta rys gejostwa w swojej kampanii?

Nie będę budował kampanii wyborczej na tym, że jestem gejem. Robert Biedroń jest otwarty na dialog, świetnie się komunikuje z ludźmi, ma w sobie troskę wobec innych – i w tym sensie chcę podążać jego ścieżką. Ja nigdy nie eksponowałem swojej gejowskości i nie będę. Powiedziałem publicznie o swojej orientacji seksualnej i chciałbym przejść nad tym do porządku dziennego.

Właśnie przechodzimy. Pan jest osobą publiczną od ponad 20 lat.

W polityce jestem drugi rok.

Ale był pan dziennikarzem, redaktorem naczelnym, szefem wydawnictwa prasowego. I wtedy nie mówił pan o tym, że jest homoseksualistą.

W polityce trzeba być transparentnym.

A nie dlatego, że pomoże to panu zbić kapitał?

Chciałem powiedzieć, kim jestem. Sądzę, że to dla ludzi ważne, bo interesują się nie tylko tym, jakie polityk ma kwalifikacje, jakiej jest profesji, ale także tym, jakim jest człowiekiem. Prędzej czy później pojawiłyby się plotki. Poza wszystkim to jest ważna część mojej osobowości.

Co to znaczy?

To znaczy, że jestem gejem i tyle. Tego nie zmienię. Trudno to ukrywać. Nie ma co też robić z tego jakiegoś sztandaru. Ale to jest część mnie, to ważna część mojego życia. Nie ma powodu, bym o swojej orientacji nie mówił. Ale też nie ma powodu, by to jakoś specjalnie nagłaśniać.

Orientacja seksualna będzie odróżniała pana od innych kandydatów.

Oczywiście. Ale mam twarde kwalifikacje do tego, żeby rządzić miastem.

Przecież z tym wszystkim, co pan przed chwilą powiedział, łączy się określony pakiet poglądów, choć wiem, że pan jest trochę PiS-owcem, konserwatystą.

Tak o mnie niektórzy mówią, lecz chyba nie znają w pełni moich przekonań. Nowoczesną trudno nazwać ugrupowaniem konserwatywnym, raczej racjonalnym i centrowym. A jestem jej współzałożycielem. Geje mają zresztą różne poglądy polityczne, nie tylko lewicowe. Po coming oucie zastrzegałem, że nie chcę i nie mogę być postrzegany tylko przez pryzmat swojej tożsamości seksualnej, w związku z tym nie mówię np. o swoim życiu prywatnym.

Nie mówi pan, ale na FB przy pana nazwisku napisane jest: w związku.

I tyle wystarczy.

Zaczął już pan kampanię?

Wybory są jesienią 2018 r.

Już widzę te zdjęcia – pan z partnerem, opowiadacie o losie homoseksualistów w Polsce, opowiadacie swoją historię, a przy okazji pan mówi, co zrobi dla Warszawy.

Nie doczeka się pani. Nikt się nie doczeka. Mnie interesuje tylko ten ostatni aspekt, czyli co zrobię dla Warszawy, gdy zostanę prezydentem.

I nie będzie pan, przepraszam za określenie, jechał na gejostwie?

Wiem, że można tak zrobić. Jestem co prawda w radzie Parady Równości, ale to tylko mała część tego, czym się zajmuję. Postrzegam siebie jako osobę, która potrafi zarządzać i łączyć różne środowiska, potrafi rozmawiać z ludźmi o różnych zapatrywaniach i to chciałbym eksponować w kampanii, a nie tożsamość seksualną.

Przecież nie powiedział pan o swojej tożsamości przypadkiem, tylko w telewizji.

To wyznanie było absolutnie spontaniczne.

Przecież pan jest też PR-owcem.

To prawda. Ale tu nie było strategii. Polityk też człowiek i bywa spontaniczny.

Można to zauważyć po szefie Nowoczesnej Ryszardzie Petru.

Mój coming out to nie było działanie strategiczne. W polityce trzeba być szczerym, no bo dokąd to nas wszystko zaprowadzi, skoro mielibyśmy tylko grać, być wyrachowani.

Dlaczego pan chciałby rządzić Warszawą? Pan jest słoikiem, chłopakiem z Puław.

Wszystko, co w życiu robiłem, to była zmiana. Kiedy studiowałem polonistykę, zgłosiłem się na staż do radiowej Trójki. Pamiętam, że wtedy musiałem pokonać nieśmiałość, niechęć do kontaktu z ludźmi. Zostałem reporterem, dziennikarzem. Potem kierowałem mediami i to też było ciągłe dokonywanie zmiany. Wtedy powstawały koncerny medialne, zarządzałem dużą grupą ludzi i sporo się nauczyłem. Festiwal reklamowy Crackfilm był z kolei próbą uratowania marki, która podupadła. Wprowadzałem na rynek magazyn „Harvard Business Review”, robiłem wielkie konferencje biznesowe, stworzyłem THINKTANK, ośrodek dialogu, którego celem, mocno idealistycznym, było doprowadzenie do zmiany myślenia społecznego. Te doświadczenia doprowadziły mnie do przekonania, że po pierwsze – mam umiejętność dość dobrego zarządzania, bycia liderem, któremu się ufa, a po drugie – umiem rozmawiać, prowadzić dialog z różnymi ludźmi, z różnymi grupami, co jest bardzo ważne w polityce.

To kto w Nowoczesnej jest liderem?

Ryszard Petru. I myślę, że to jest niesprawiedliwe, jak jest teraz oceniany przez niektórych, jaki ma odbiór medialny.

Sam sobie tę krzywdę robi.

Nie do końca. Kiedy się poznaliśmy, kiedy zaczął mówić o projekcie politycznym, to zobaczyłem w nim lidera z ogromnym potencjałem. Człowieka nie tylko z dużym doświadczeniem biznesowym, komunikacyjnym, lecz także kogoś empatycznego.

Ta empatia to PR.

Nie, on słucha i słyszy ludzi. Zawsze można z nim podyskutować i nigdy nie jest zamknięty na argumenty.

Oj, próbuje go pan ratować.

Nie muszę, sam sobie dobrze radzi.

Moi znajomi, którzy głosowali na Nowoczesną, już się od was odwrócili. I nie tylko z powodu słynnego lotu Petru na Maderę.

Nasz elektorat to ludzie wymagający...

Najbardziej wymagający to ten, który chce pieniędzy od państwa. Jak ten elektorat zobaczy pana w tych butach za kilka tysięcy szytych na miarę...

Nie poznała się pani. Wybieram polskie marki, wspieram rodzimą przedsiębiorczość. I nie przesadzam z cenami. A co do elektoratu N, to mogę tylko apelować o cierpliwość. To ludzie, którzy chcą w Polsce zmian, ale zmiany proponowane przez PiS okazały się dla nich szokiem i chaosem. A oni chcą dobrze zorganizowanego i sprawnego państwa. PiS mówił o Polsce w ruinie, a widzimy, że sam prowadzi ten kraj w tym kierunku. Tusk popełnił masę błędów, nie zauważał rozwarstwienia, nie wierzył w państwo, dla niego ono nie istniało, nie było dla niego narzędziem, nad którym można zapanować, wszystko zostawił rynkowi. Wiem, że jako partia „nowej nadziei” w pewnym sensie zaczarowaliśmy ludzi. Oni wierzyli, zresztą my też, że odsuniemy PiS od władzy. Czar prysł w grudniu. Ludzie zrozumieli, że protestując na ulicach, nie osiągnie się wiele, że trzeba poczekać na wybory, które są za trzy lata. Nie dojdzie do rewolucji czy zmiany rządów na ulicy. Zakończenie protestu w Sejmie zachwiało naszym wizerunkiem. Jeszcze raz apeluję o cierpliwość. Odzyskamy swój blask.

Za ten kryzys odpowiedzialny jest Petru.

Dajmy mu drugą szansę. Polityka nie jest działalnością łatwą. Politycy, dochodząc do sukcesu, też popełniają błędy. Widzę, że Ryszard wyciągnął wnioski, widać w nim ogromną determinację i energię, by prowadzić N dalej.

Sądziłam, że knuje pan z posłanką Katarzyną Lubnauer, jak tu zrobić, by jedno z was przejęło władzę w Nowoczesnej.

A może w parze to zrobimy? Takie przywództwo zbiorowe też działa. A na serio, to ani we mnie, ani w Katarzynie nie ma chęci kwestionowania kapitału Ryszarda.

Jeśli pan zostanie prezydentem Warszawy, to zdecydowanie przyćmi pan lidera.

To mit. Owszem, Hanna Gronkiewicz-Waltz jest wiceprzewodniczącą PO, jednak nie zajmuje się sprawami partii, tylko miasta. Moim zdaniem zajmuje się za mało. Myślę, że prezydent miasta, ktory znika z wielkiej polityki, powinien mieć pełne ręce roboty. Dla mnie prezydentura stolicy to nie jest trampolina do czegoś innego. Mam 46 lat i dwie kadencje na stanowisku prezydenta Warszawy byłyby pięknym zwieńczeniem kariery. Warszawa może bardziej rozkwitnąć. To wyzwanie. Już pani powiedziała, że jestem słoikiem, że to jest moje miasto z wyboru. Z wyboru, również w szerszym kontekście, bo mieszkałem i w Hongkongu, i w Nowym Jorku, gdzie kończyłem studia podyplomowe. Mogłem tam zostać, żyć, ale tu mnie ciągnęło, do Warszawy, do jej energii...

Już, już, proszę bez tej kampanii.

Prawdę mówię. Warszawa zawsze była moim punktem odniesienia. I jest nadal.

To od czego by pan zaczął urzędowanie? Od refundacji zabiegów in vitro?

Zadbałbym i o to, ale są większe sprawy.

To od czego spektakularnego?

Czy my w Warszawie potrzebujemy czegoś spektakularnego? Disneylandu? Ludziom potrzeba komfortu, szczęścia w codziennym funkcjonowaniu miasta. A na to składają się drobne rzeczy. Rozmawiam z różnymi środowiskami – powstańcy, weterani, deweloperzy, restauratorzy, rodziny z dziećmi, właściciele psów, rowerzyści. Każda z tych grup ma oczekiwania wobec miasta. I mam poczucie, że Warszawie trzeba przywrócić pewną uczciwość, bo to, że żyjemy w mieście dwóch prędkości, nie ulega wątpliwości. Miasto nam się rozpadło na miasto zamkniętych osiedli i ludzi, którzy nie radzą sobie z codziennością.

Pan mieszka w zamkniętym osiedlu.

Ale mam kontakt ze światem. Mieszkałem w różnych miejscach w Warszawie, zaczynałem od akademików na Kickiego, na Pradze. Potem był Żoliborz.

Niedaleko Jarosława Kaczyńskiego.

Dwie przecznice. Potem było Śródmieście, Mokotów, Saska Kępa, teraz jest Ochota. Wiem, że nie mamy mechanizmów zachęt dla młodych ludzi takich, jak choćby miejskie mieszkania na wynajem, udział miasta w rynku deweloperskim, pomoc tym, którzy znaleźli się w gorszej sytuacji. Myślę, że mieszkańcy Warszawy mają poczucie, że miasto sprzyja cwaniakom, i cały układ reprywatyzacyjny właśnie to pokazał. A my staramy się pomagać poszkodowanym w tej aferze.

Kto, partia?

Pomagamy np. kobiecie, która miała mieszkanie komunalne, zamieniła je na większe, okazało się, że to większe znajduje się w zreprywatyzowanej kamienicy, więc je straciła.

I przychodzi do partii po pomoc?

A co w tym dziwnego? Pomagamy prawnie. Ta pani nie jest naszym wyborcą. Ktoś jej powiedział, że stworzyliśmy zespół interwencyjny dotyczący reprywatyzacji. I przyszła. Zresztą nie ona jedna.

Warszawiacy mówią, że w mieście żyje się coraz lepiej.

Wiem, że jest dużo takich głosów i to oczywiście zasługa rządów Gronkiewicz-Waltz. Problem polega na tym, że miasto rozwija się wolniej, niżby mogło. Ludzie mówią, że Warszawa się rozwija nie dzięki obecnej ekipie, tylko trochę jej wbrew. Gdyby była większa otwartość np. na biznes restauracyjny, to miasto jeszcze bardziej by kwitło.

Czyli zostaje pan prezydentem i obniża o połowę czynsze dla restauratorów w kamienicach zarządzanych przez miasto?

Zarządzanie jest zawsze uzgadnianiem sprzecznych interesów.

Oj, czekam, aż się pan zderzy z rzeczywistością, nie tylko z biurokracją w ratuszu.

Znam ratusz. Trzeba trochę przewietrzyć, może trochę inaczej zorganizować pracę. Bycie prezydentem miasta to jest rozwiązywanie bardzo konkretnych problemów, np. związanych z komunikacją, lokalami.

Podwyższy pan ceny za parkowanie aut?

Nie ma wyjścia. Ale to się opłaci. Zagęszczę komunikację miejską, zbuduję więcej parkingów w systemie P&R, domknę obwodnicę.

Tylko jak patrzę na pana życie zawodowe, to zabierał się pan do czegoś, budował, a potem to upadało.

Nie zgadzam się.

Z Trójki pana zwolniono.

Do Trójki poszedłem, bo moim idolem był Grzegorz Miecugow i chciałem pracować pod jego okiem. Udało się. Nauczyłem się dziennikarstwa, otwartości, poznałem mnóstwo ludzi. Co miałoby być miarą sukcesu? To, że zostałbym dyrektorem Programu III?

Prowadził pan „Businessman Magazine”. Gazeta w zasadzie nie istnieje.

Tytuł jest. Restrukturyzacja, którą wtedy zrobiłem, dała dobre efekty. To przedłużyło sukces pisma o kilka dobrych lat, a proszę pamiętać, że to był czas, kiedy rynek pism biznesowych ulegał kompletnej rewolucji.

Festiwal Crackfilm?

Był porażką, która mnie wiele nauczyła. Był też sukcesem, bo ten ostatni festiwal do dziś wszyscy wspominają. Po tym zrozumiałem jednak, że nie należy ratować marek, które są na drodze do upadku. Trzeba im po prostu pozwolić umrzeć. THINKTANK, który stworzyłem, ma się świetnie. A wracając do Trójki, to zwolniono mnie, bo napisałem książkę o Mieczysławie Wachowskim.

Paweł Zegarłowicz pana zwolnił.

Sądzę, że musiał mnie zwolnić.

Bo Lech Wałęsa naciskał?

Na pewno były naciski, by ani mnie, ani Ingi Rosińskiej, z którą pisaliśmy tę książkę, nie było w Trójce.

A Wałęsa był wtedy prezydentem.

A Wachowski jego współpracownikiem.

Agentem?

Raczej człowiekiem z resortu, funkcjonariuszem. Ostatnio kierował Instytutem Lecha Wałęsy. Z tego, co słyszę, to zniszczył go, zrujnował. Rozmawiałem z Wałęsą na bankiecie z okazji 25-lecia naszej wolności. Podszedłem i mówię, że wtedy nie chcieliśmy mu dokuczyć książką o Wachowskim, tylko opowiedzieć, co to za człowiek. A Wałęsa, że Wachowski to był łobuz, i zaczął opowiadać różne historie na jego temat.

A dlaczego nie ukazała się pańska książka o Annie Walentynowicz?

Bo odmówiła zgody na publikację. Nagle zaczęła mnie uważać za agenta Adama Michnika i „Gazety Wyborczej”. Mówiła, że książka jej się podoba, tylko ja jej zdaniem jestem za blisko „GW”, chociaż nie miałem z Czerską nic wspólnego. Potem obszerne fragmenty tej książki ukazały się w biografii Anny Walentynowicz napisanej przez Sławomira Cenckiewicza.

Zgodził się pan na to?

Maszynopis był u niej i ona mu go udostępniła. On się powoływał na tę nieopublikowaną książkę i więcej w jego biografii było odnośników do mojego nazwiska niż do Wałęsy. Cenckiewicz do mnie dzwonił, rozmawialiśmy o pani Annie, o jej życiu. Miała naprawdę piękną biografię. Pochodziła z Wołynia, trafiła do Gdańska, tam próbowała sobie ułożyć życie, tragiczna śmierć jej męża. Dojrzewała w niej samoświadomość, miała przełom, po którym stała się buntowniczką i nie reprezentowała już tylko siebie. Niesamowita biografia.

Środowiska niezwiązane z PiS robią z niej wariatkę.

Jacek Kuroń mówił, że w życiu czasem jest tak, że zaczynamy szybować. Mnie też się to zdarzało. Pani Walentynowicz też poszybowała, do tego ludzie, którzy byli wokół, podsycali w niej przekonanie, że to ona tak naprawdę powinna być Wałęsą. Myślę, że ona czuła się zapomnianą liderką. Wałęsa był dla niej kimś przemyconym przez SB, człowiekiem bez właściwości. Żałuję, że ta książka się nie ukazała.

Może teraz jest dobry czas?

Nie mam maszynopisu ani taśm z nagranymi rozmowami. A tam było dużo historii nagranych na świeżo. Pani Ania mówiła o roli Borusewicza, o roli Lecha Kaczyńskiego, o całym środowisku, które wydało z siebie lidera, jakim był Lech Wałęsa. Pamiętam, jak w 1992 r. jeździłem do Gdańska, do pani Walentynowicz. Ona żyła za jakąś groszową rentę. Byłem zszokowany. Przecież to bohaterka. Dla mnie też, dla tego młodego 20-letniego szczyla. Nie mogłem tego zrozumieć. Nie mam również książki, którą pisaliśmy razem z Hanną Gronkiewicz-Waltz o NBP, o denominacji, o złotówce. Fascynujące historie. Niestety, ukradziono mi komputer, w którym była ta książka.

A Wałęsa był agentem?

Anna Walentynowicz mówiła o nim „Bolek”, twierdziła, że donosił. Ja nie miałem na ten temat większej wiedzy. Anna Walentynowicz i Lech Kaczyński mówili, że Wałęsa kiedyś przyznał się do tego, że coś podpisał. Potem się tego wypierał.

Wałęsa był dla pana bohaterem?

Nie, był nim Tadeusz Mazowiecki. Nigdy się nie fascynowałem Wałęsą. Być może dlatego, że dzięki rozmowom z Walentynowicz poznałem go i nie przeżyłem rozczarowania. Nie pękło mi serce, kiedy się dowiedziałem, że się złamał. Poza tym dużo czytałem i wiedziałem, że bohaterowie, nawet ci wielcy, zawsze mają skazę, jakąś rysę. Może dlatego też nie zostałem antywałęsistą. Rozumiem jednak, że wiele osób zszokowało to, że Wałęsa w latach 70. uległ SB, a nawet, jak widzimy po tych materiałach, nie współpracował epizodycznie, tylko przez kilka lat. Ale pamiętam też, że to nasz symbol. Skomplikowany, ale własny.

Pan zna Jarosława Kaczyńskiego.

Poznałem go w latach 90., kiedy pisałem książki o Walentynowicz, potem o Wachowskim.

Nie jest pan dla niego oszołomem z Nowoczesnej?

U nas nie ma oszołomów. Nie mam też sygnałów, by ktoś z PiS darzył mnie jakąś specjalną atencją. Choć, oczywiście, znałem wiele osób z tego środowiska. Znałem, bo większość zginęła z w katastrofie smoleńskiej. Przyjaźniłem się z Władkiem Stasiakiem, z Olkiem Szczygłą.

Z PiS-owcami.

Byli współpracownikami prezydenta Kaczyńskiego. Nie można ich porównywać do dzisiejszych PiS-owców. Zawsze, a znałem ich od początku lat 90., byli propaństwowi. Otwarci, a nie zaślepieni.

Nie wytrzymaliby z Jarosławem Kaczyńskim.

Lech i Jarosław to dwie różne, choć dopełniające się osobowości. Lech był bardziej rozważny, nastawiony na dialog, budował mosty. Jarosław jest mocny strategicznie, nastawiony na taktykę, mniej zjednujący sobie ludzi. Pamiętam sceny w siedzibie Porozumienia Centrum, do której przychodziliśmy z Ingą rozmawiać z braćmi Kaczyńskimi o Wachowskim – wychodzili na balkon, naradzali się, szeptali. Teraz, gdy Lecha zabrakło, to Jarosław nie ma z kim szeptać. Ma wokół siebie pretorianów, którzy nie dostarczają mu komfortu intelektualnego boksowania. Zostały chyba tylko cyniczna, czasami brutalna gra i żal do świata. W zarządzaniu to nie pomaga. Wiem z doświadczenia, że kiedy ma się pozytywną motywację, to osiąga się więcej. Zemsta nie daje takich wyników. To, że się daje komuś popalić, gnębi się kogoś, nie sprawia, że jest się lepszym szefem.

Gdzie pan tego doświadczył?

Zarządzałem zbyt twardą ręką w „Businessman Magazine”. Dałem się zaczarować iluzji władzy. Mówię iluzji, bo władza jest wtedy, kiedy ludzie ci ufają. Bez zaufania jest tylko wydmuszka.

Pan dość dobrze zna Jarosława Kaczyńskiego.

Nie, znam go z kilku spotkań.

Byliście razem w Sarajewie.

Byłem tam jako dziennikarz. I zapamiętałem go jako człowieka propaństwowego i dbającego o interes kraju. Dlatego nie rozumiem jego obecnej polityki niszczącej państwo. Gdybym miał okazję z nim teraz rozmawiać, zadałbym mu kilka pytań dotyczących dobra państwa, tego, co się dzieje wokół spraw zagranicznych, pozycji Polski w świecie, naszej armii. Bo albo będziemy proeuropejscy, albo moskiewscy. W latach 90. nawet przeciwnicy polityczni potrafili ze sobą rozmawiać o sprawach ważnych, dziś tego nie ma. Nawet między nami a PO. Jest lęk i rywalizowanie w sondażach. Choć to i tak my jesteśmy nadzieją, realną zmianą. Jakkolwiek by patrzeć, to w latach 90. Porozumienie Centrum było jednak partią zmiany. I widzę tu analogię do Nowoczesnej. My też chcemy zmiany, radykalnej przebudowy Polski.

Tak się właśnie dzieje.

Ale źle się dzieje.

Pan ma poparcie swojej partii?

Myślę, że tak. Ale decyzję podejmie zarząd.

Myśli pan czy pan ma?

W różnych miastach będziemy rozmawiać z różnymi środowiskami, by zyskać ich poparcie. Ludzie uważają, że w Warszawie jest potrzebne nowe otwarcie, że PO w stolicy dała ciała, jeśli chodzi o reprywatyzację.

To samo mówią pytani przez polityków PiS. A PiS wystawi albo Jacka Sasina, albo Mateusza Morawieckiego, bo takie głosy są...

Albo minister Streżyńską, bo takie głosy też są. Patrzę na to spokojnie, bo osobiste ambicje zostawiłem na boku. Jeśli zostanę nominowany przez partię, to będę miał pewność, że mogę działać.

To my sobie tak tu gadamy, a pan nawet nie ma nominacji partyjnej.

Nie mam. Kampania się jeszcze nie zaczęła. Jeśli będzie nominowany ktoś inny, to będę naszego kandydata zawsze wspierał.

Kto u was chce być jeszcze prezydentem Warszawy?

Wiem, że myśli się o posłance Kamili Gasiuk-Pihowicz. Jednak Ryszard zachęcał mnie do tego, żebym myślał o zarządzaniu Warszawą.

Zakazał obnosić się z orientacją seksualną?

Nie rozumiem.

Sam powiedział po pana coming oucie, że geje nie muszą się obnosić ze swoją tożsamością seksualną.

Potem mówił, że nie znał konotacji słowa „obnosić”. Chyba nie eksponuję bardzo tego, że jestem gejem, prawda? Nie przychodzę na spotkanie z mieszkańcami i nie mówię: ej, jestem gejem z Nowoczesnej, mam tęczowy szalik, chcę być waszym prezydentem. Ten wątek w zasadzie się nie pojawia. No chyba że na spotkania przychodzą geje i mówią, że fajnie, że dokonałem coming outu.

A rzeczniczka klubu PiS Beata Mazurek porównała pana do pedofila.

Publicznie, w programie telewizyjnym. I nie przeprosiła. Próbowałem tłumaczyć, że jest zasadnicza różnica między homoseksualistą a pedofilem. Może taki przekaz dostała...

Od kogo, od prezesa?

Nie wiem. Zatkało mnie wtedy.

Prezes Kaczyński jest gejem?

Nie wiem.

Pytam, bo legenda miejska mówi, że pan był jego chłopakiem, partnerem, mężem.

Chce pani rozmawiać o legendach, o plotkach? Przecież to bzdury. Ludzie mówią mi na spotkaniach raczej o tym, że w tej sytuacji, w której jesteśmy, czyli planów rozszerzenia Warszawy, psucia państwa przez PiS, musimy rozmawiać o szerszej koalicji w stolicy, musimy skupiać się na konkretach, a nie na tym, kto jest gejem, a kto nie.

Z PiS by się pan dogadał.

Nie, z PiS nam nie po drodze. Ja bym chciał, by państwo było dobrze zarządzane i żebyśmy byli z niego dumni. A oni mówili, że to będzie państwo silniejsze, sprawnie zarządzane w odróżnieniu od „kamieni kupy”, a mamy bałagan i chaos. Oczywiście, że w mieście łatwiej się rozmawia, ale jednak za nimi idzie zaciąg Misiewiczów.

Nie lepiej by było dla pana, gdyby pan był niepodległy?

Jestem niepodległy, działka, za którą odpowiadam w Nowoczesnej, czyli konsultacje społeczne i program, jest dość autonomiczna. Mam co robić.

Ilu jest gejów w Warszawie?

Sądzę, że więcej niż statystyczne pięć procent mieszkańców, bo przecież przyjeżdżają tu ludzie z całej Polski. Dbanie o prawa gejów to jest dbanie o prawa wszystkich obywateli, bo przecież chodzi o równość i sprawiedliwość i o to, żeby być szczęśliwym w miejscu, w którym się żyje.

Co pan zamierza zrobić, by przekonać do siebie innych? Książkę pan o sobie napisze?

Planuję.

O życiu?

O tym, co chcę zrobić.

A nie o tym, co pana ukształtowało, kiedy pan zrozumiał, że jest gejem?

Nic z tych rzeczy.

Nudów o planie na Warszawę nikt nie będzie czytał.

Myli się pani. No dobra, troszkę o mnie będzie. Teraz skupiam się na tym, żeby jak najwięcej spotykać się z ludźmi, rozmawiać o ich problemach i oczekiwaniach. Mam dość polityki w starym stylu, jałowego sporu, narzekania. Rozmawiam z rodzicami małych dzieci, właścicielami psów...

Ma pan psa?

Nie mam. Ale dowiaduję się rzeczy, o których wcześniej nie miałem pojęcia, zresztą z tego, co wiem, nikt z miasta też nie ma pojęcia. Spotykam się przedstawicielami 50–60 mikrośrodowisk, które kształtują opinie. W ten sposób oczywiście buduję też swoją rozpoznawalność. Powoli, ale buduję. Proszę pamiętać, że poparcie w Warszawie dla Nowoczesnej wynosi ok. 20 proc.

Dzieci pan ma?

Też nie mam.

Właśnie. I tak na chłodno, to mieszka pan w zamkniętej enklawie, bez żony, bez dzieci, bez psa, w dodatku jest pan gejem. Co pan wie o zwyczajnym życiu?

Jestem chrzestnym dwójki maluchów, wiem, jaki jest problem ze żłobkami, z przedszkolami. Dlatego większość swojej energii poświęcam innym, teraz warszawiakom. To nie są rzeczy medialne, ale moim zdaniem to właśnie one będą procentować.

Dobry uśmiech pan ćwiczy?

A mam zły?

Pytam, bo ludzie zwracają uwagę, jaki ten ich kandydat jest, czy fajny, miły. Biedronia ludzie pokochali.

A jak on to zrobił? Przecież nie tylko przez media. Rozmawiał z ludźmi. Mnie też teraz pochłania głównie taka rozmowa.