Tragifarsa w wielu odsłonach, czyli rekrutacja do Sądu Najwyższego

Sąd Najwyższy
Każdy prawnik z zainteresowaniem, by nie powiedzieć, że z wypiekami na twarzy, przeglądał listę kandydatów do SN podaną do publicznej wiadomości kilka tygodni temu, czasami uśmiechając się pod nosem, innym razem przecierając oczy ze zdumienia.ShutterStock
4 września 2018

Słowa „rekrutacja” używam w tytule celowo, bo przecież procesu udzielania rekomendacji kandydatom do Sądu Najwyższego przez Krajową Radę Sądownictwa wyborem nazwać nie sposób.

Taki oto obrazek stoi mi przed oczami. W siedzibie Krajowej Rady Sądownictwa (KRS) jeden z jej sędziowskich członków zapytany na korytarzu przez dziennikarkę, czy rekomendowanie tak znacznej liczby prokuratorów do Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego nie jest błędem z uwagi na ich hierarchiczne podporządkowanie, przytomnie odparł: „Ale przecież oni przestają być prokuratorami”. A gdy dziennikarka zapytała: „Gdyby Stanisław Piotrowicz przestał być posłem, mógłby być wybrany do SN?”, sędzia po chwili zadumy odpowiedział: „Mógłby”.

Pozostało 96% treści
Wybierz pakiet i czytaj bez ograniczeń.

Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Autopromocja
381453mega.png
381439mega.png
381484mega.png
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna

Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.

Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.