Ponieważ testuję kilkadziesiąt samochodów rocznie, wielu znajomych i przygodnie spotkanych ludzi uważa mnie za eksperta. Często proszą, żebym polecił im jakiś model. Albo pytają, który sam bym sobie kupił. Gdy szczerze odpowiadam, że forda S-maxa, przestają traktować mnie poważnie.
Obawiam się, że jeżdżenie co tydzień innym samochodem nie czyni ze mnie specjalisty. Na tej samej zasadzie, jak spożywanie w ciągu roku 365 kolacji nie robi ze mnie Gordona Ramsaya. Owszem, mam własny ranking najciekawszych aut i aktualizuję go co roku w okolicach Bożego Narodzenia, ale nie oznacza to, że któreś z nich powinniście kupić. Jeżeli już naprawdę miałbym wam coś doradzić, to powiedziałbym krótko: kupcie to, co wam się podoba. To jedyna rozsądna rada. A nie, przepraszam. Jest jeszcze druga, nawet ważniejsza: nigdy nie wierzcie reklamom i sprzedawcom w salonach. Nigdy. Ufajcie własnej intuicji, przeczuciom, temu, co wyczytaliście w prasie i sieci, a nawet swojemu kotu, ale nie wolno wam wierzyć w to, co widzicie w reklamie albo co wypływa z ust człowieka, który w klapę marynarki w kolorze martwego wróbla ma wpięte logo marki.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.