Wolnorynkowcy, (neo)liberałowie, monetaryści, a może neoklasycy? Wiele jest etykietek, którymi określić można przedstawicieli nurtu dominującego w debacie ekonomicznej przez ostatnie 30 lat (a może i dłużej). Nie spierajmy się jednak o nazwy. Spójrzmy na to, jak ci niedawni dominatorzy radzą sobie z utratą niegdysiejszej wszechwładzy.
Jeszcze 10 lat temu sytuacja była zupełnie inna. Istniał zestaw niepodważalnych drogowskazów, a nawet całe instrukcje obsługi na temat dobrej gospodarki. Na przykład konsensus waszyngtoński. Zakazujący utrzymywania wysokiego poziomu długu publicznego do PKB, chwalący proste i niskie podatki, prywatyzację przedsiębiorstw państwowych, liberalizację handlu międzynarodowego oraz daleko idącą deregulację. Do tego dochodziło przekonanie o obiektywnym końcu polityki gospodarczej. Cnotą było wyzbywanie się przez rządzących narzędzi do ingerowania w przebieg procesów ekonomicznych. Do stabilizacji koniunktury wystarczyć miała w zupełności polityka monetarna złożona w „bezpiecznych” rękach dobrze zaprojektowanych technokratycznych instytucji. Głównie banków centralnych.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Bądź na bieżąco ze zmianami w prawie i podatkach.
Czytaj raporty, analizy i wyjaśnienia ekspertów.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone.
Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję.