- Teza, że na Trumpa głosują rasiści, radykałowie i prowincja, jest zbyt prosta. Za jego sukcesem stoją Stany, o których syta i bezpieczna część USA nie chce słyszeć. Współcześni wykluczeni, którzy nie zamierzają dłużej być niewolnikami poprawności politycznej - uważa Alexander Zaitchik amerykański dziennikarz i publicysta.
We wstępie do pańskiej książki czytamy: „Grono opiniotwórcze w Ameryce tak bardzo się myli, i to już od tak dawna”. Na jakiej podstawie opiera pan ten zarzut?
Gdy Donald Trump wystartował w wyborach prezydenckich i stał się codziennym bohaterem przekazów medialnych, zacząłem się im bliżej przyglądać. Tak niezwykłego kandydata dawno nie mieliśmy. Zauważyłem, że czegoś mi w tych wyborczych opowieściach brakuje. Mam spore doświadczenie w opisywaniu prawicy i wiem co nieco o konserwatywnym elektoracie, dlatego nie podobał mi się portret wyborców Trumpa, których przedstawiano za pomocą szufladkowania i etykietowania. Nierzadko stosowano tylko złośliwą karykaturę. Zacząłem się zastanawiać, z czego to wynika. Odpowiedź była zaskakująco prosta. W kampanii prawie w ogóle nie ma opowieści z drugiej strony kamery. Jeśli się pojawiały, nie było czasu, by wybrzmiały do końca. Wiem, z czego to się bierze. Standardem relacji telewizyjnych jest materiał z dwu-, góra trzyzdaniowym cytatem z ust rozmówcy. Później następuje powrót do opinii i refleksji komentatora, który już wszystko wie. Na wszystko ma gotową odpowiedź. Przecież ktoś musi dać tym ludziom szansę na uczciwą autoprezentację. Nie stać mnie na podróż po całym kraju, zdecydowałem jednak, że dotrę przynajmniej do miejsc, gdzie koncentracja zwolenników Trumpa jest najwyższa. Jestem wielkim fanem prac Swietłany Aleksijewicz, szczególnie jej zbioru pt. „Czarnobylska modlitwa”. Podróż przez krainę Trumpa była dla mnie szansą na stworzenie przekazu opartego w całości na historiach ludzi, których głos z różnych przyczyn jest wypierany z głównego nurtu.