Wykluczenia z organizacji mistrzostw świata FIFA nawet Władimir Putin by nie przeżył – mówi mec. Ludwik Żukowski.
Reklama

Jeszcze się nie zaczęły na dobre letnie igrzyska, a już żyjemy aferą z wykluczeniem ekipy rosyjskich lekkoatletów z tej imprezy z powodu stosowania dopingu. Zastanawiam się, jakie skutki - oprócz wizerunkowych i politycznych - będzie to miało. Na przykład na biznes. Albo na prawo sportowe. Jest awantura.

Ludwik Żukowski, radca prawny z Kancelarii Żukowski i Partner. Od 2005 r. działa w zespole ds. czystości w sporcie i walki z dopingiem PKOl / Dziennik Gazeta Prawna

Dyskusja jest gorąca. Wyeliminowanie reprezentacji narodowej Rosji w lekkiej atletyce przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski (MKOL) to jedna sprawa, ale towarzyszy temu pewna krytyka dotycząca jego decyzji o wydelegowaniu uprawnień o dopuszczeniu innych rosyjskich reprezentantów na poszczególne międzynarodowe federacje sportowe ( naprawdę to wskazanie przez te federacje, których zawodników nie dopuszczą do udziału w Igrzyskach. I już wiadomo, że niektóre z nich podjęły decyzje, że nie widzą przeciwwskazań, aby rosyjscy zawodnicy wzięli udział w zmaganiach olimpijskich. Są bowiem dyscypliny sportowe, gdzie ryzyko występowania dopingu jest mniejsze, niż w lekkiej atletyce. Np. w żeglarstwie. W dodatku sportowcy, także rosyjscy, są podporządkowani różnym, bardzo restrykcyjnym, systemom monitorowania zawodników. Polega to, mówiąc z grubsza, na tym, że zawodnicy muszą przedstawić swój kalendarz: w 2016 roku pierwszy miesiąc będę spędzać w Stanach, potem dwa tygodnie będę trenować w Hong Kongu, następne trzy zajmie mi zgrupowanie w Norwegii, a przez kolejne czternaście dni można mnie będzie znaleźć w Nowej Zelandii etc. I mając taki kalendarz zawodnika inspektorzy zajmujący się zwalczaniem dopingu będą go mogli znaleźć i poddać badaniom. Zwłaszcza, że mają w systemie wszelkie parametry dotyczące jego krwi czy moczu. Każda różnica w ich poziomie będzie powodem do tym dociekliwszych badań. A jeśli coś takiego się wydarzy, jeśli nawet okaże się, że wszystko było w porządku, to zdobycie któregoś z pierwszych sześciu miejsc na Igrzyskach byłoby powodem do tym bardziej dociekliwszych badań. O co tutaj chodzi: istota walki z dopingiem polega na tym, że międzynarodowa organizacja, której centrala mieści się w Kanadzie, nie jest w stanie monitorować wszystkiego, co się dzieje w poszczególnych krajach, sprawdzać, czy np. sportowcy na Syberii się nie szprycują. Dlatego deleguje swoje uprawnienia kontrolne na krajowe federacje. Oczywiście zdarza się, jak ostatnio w Rosji, że te są skorumpowane, dopuszczają się praktyk, których nie chcę nawet oceniać, bo musiałbym używać języka, którego mi użyć nie wypada. Ale w przypadku sportowców rosyjskich nie można używać jednej miary, choć akurat teraz wybuchnął ten skandal. Setki z nich, a może nawet tysiące, najlepszych na świecie, trenowało poza Rosją, poddawało się reżimowi antydopingowych badań. Więc traktowanie ich według jednej matrycy - wszyscy stosują doping jest po prostu niesprawiedliwe. Zresztą jako prawnik jestem przeciwnikiem odpowiedzialności zbiorowej.

Mówi pan o międzynarodowych badaniach dotyczących niedozwolonego dopingu, ale w przypadku Rosji okazało się, że jej laboratorium jest absolutnie niewiarygodne.

Co było powodem oświadczenia naszej Komisji do Zwalczania Dopingu w Sporcie, z którego wynika, że byłaby usatysfakcjonowana, gdyby, zgodnie z rekomendacjami Światowej Agencji Antydopingowej (WADA) w ogóle wykluczyć Rosjan z Igrzysk w Rio de Janerio. Ale jeszcze raz powtórzę: stosowanie odpowiedzialności zbiorowej jest złem. Jednak co może nas cieszyć, to fakt, iż dzięki skompromitowaniu się Moskwy na arenie światowego sportu, bardzo wzrosła rola i siła Polskiego Instytutu Sportu tudzież jego laboratorium. Staliśmy się centrum analiz antydopingowych. Zaczęło się od starań o organizację przez Polskę Euro 2012 i decyzji ówczesnych władz, żeby sfinansować zakup bardzo drogiego sprzętu dla tego Instytutu. Dziś mamy super wyposażenie, świetny personel, mamy certyfikaty, dzięki którym nasze analizy są uznawane przez chociażby Europol, przez każdy sąd karny. Polska jest postrzegana jako cywilizowany kraj, wzór walki z dopingiem sportowym.

To, co pan mówi, ładnie brzmi, ale mam takie przeświadczenie, że prócz prawa, procedur, najlepiej wyposażonych laboratoriów, w walce sportowej liczą się także inne motywy. Polityczne na przykład, albo biznesowe.

Takich pozasportowych kwestii jest więcej. Jeśli nie wystartuje Alberto Contador, bodaj najlepszy kolarz na świecie, inni będą mieli łatwiej. Kiedy zostanie zdyskwalifikowana najlepsza na świecie tyczkarka Jelena Isinbajewa, jej rywalkom otworzą się drzwi do nieba. Ale powiedzmy sobie prawdę i prosto w oczy: afery dopingowe nie dotyczą tylko Rosji czy Chin, zdarzają się także w świecie, który lubimy nazywać cywilizowanym. Pamięta pani historię z reprezentacją narciarską Finlandii i EPO? Ilość lekkoatletów z USA zdyskwalifikowanych za doping także jest ogromna. Komercjalizacja sportu, pieniądze, które wchodzą w grę, sprawiają, że także pokusa jest wielka. Krajowy mistrz może sprzedać swój wizerunek za 1 mln dolarów, ale jak zdobędzie olimpijskie laury to może pomnożyć tę kwotę np. pięć razy.

To taki hazard. Sponsor, który stawia na zawodnika może dużo zyskać, ale też sporo stracić, jeśli ten zostanie złapany na dopingu.

Dlatego kontrakty reklamowe zawierają klauzule, z których wynika, że jeśli sportowiec zostanie złapany na dopingu, to firma nie tylko ma prawo się natychmiast wycofać, ale też uzyskać odszkodowanie za straty, jakie poniosła z tego tytułu. To są kwoty mające wiele zer, więc stanowią skuteczną blokadę. Poza tym taki zawodnik, który zostanie złapany na dopingu traci coś więcej, niż kontrakt - przez wiele lat nie będzie zapraszany na imprezy sportowe, które są nie tylko prestiżowe, jak igrzyska, ale też dobrze premiowane. Jak choćby lekkoatletyczna Diamentowa Liga. Do tego dochodzi środowiskowa infamia - jeden z czołowych lekkoatletów estońskich ujął to prosto: ja takiemu człowiekowi ręki nie podam. A więc infamia. No i jeszcze jeden fakt - kariera w lekkiej atletyce jest krótka, trwa najwyżej do 35 roku życia. Więc szansę na powrót do sławy mają jedynie ci najmłodsi zawodnicy. Więc, generalnie rzecz biorąc, sportowcom to się dziś nie opłaca.

Co zarobili, to ich. Ale firma, która bierze za twarz sportowca, ryzykuje dużo bardziej. Bo nagle ta gwiazda, wzór, okazuje się zwykłym ćpunem. Więc wszelkie produkty, które reklamowała, są - używając więziennej gwary - przestrzelone.

Koncerny mają swoje procedury. Kiedy wybucha skandal dopingowy ze sportowcem X, prawnicy siadają do komputerów i wysyłają pismo: w związku z orzeczeniem takim a takim rozwiązujemy umowę. A potem robią wszystko, żeby ukryć związki danej firmy z takim sportowcem. Czyszczą internet, zmieniają opakowania produktów, stają na głowie, żeby nie było żadnych linków pomiędzy oskarżonym, a koncernem. Ale, prawdę mówiąc, nie jest to bardzo trudne. Wszyscy pamiętamy Lance'a Armstrong'a i jego aferę dopingową. Mistrz świata, złoty olimpijczyk, wzór dla młodych sportowców i w ogóle dla ludzi z całego świata, człowiek, który wygrał z rakiem i mimo swojej choroby odniósł niebywałe sukcesy. Okazało się, że w sposób bezczelny wykorzystywał swoją chorobę i fakt, że uzyskał zgodę na przetaczanie krwi, żeby oszukać kibiców, sędziów i sponsorów. Ale prawdę mówiąc, po pół roku od tej afery ja nie pamiętałem już, które firmy używały jego wizerunku do tego, żeby się reklamować.

Pan nie pamiętał, ja też. Działy zarządzania kryzysowego wielkich koncernów zrobiły to, co trzeba. Ale w okienkach excela straty są wymierne. Bo produkt reklamowany przez Y, który został pariasem, przestał się sprzedawać.

Tak jest, jeśli Isinbajewa była twarzą kampanii reklamowej sprzedającej perfumy, to możemy się spodziewać, że wraz z wycofaniem jej twarzy popyt bardzo spadnie. Ale, jak już mówiłem, w niektórych, tych najwyższych kontraktach, znajdują się klauzule mówiące o zwrocie szkód. To jest bardzo dotkliwe dla sportowców, po prostu się nie opłaca. Oczywiście, mówiąc o karach, musimy mieć na względzie to, jakiej dyscypliny kontrakt dotyczy. Ich wysokość zależy od precyzyjnie zmierzonego przez specjalistów wpływu, jaki dana dyscyplina sportu wywiera na klientów i konsumentów danego towaru. Widziałem kontrakty dotyczące tego samego produktu opiewające na 10 tys. zł. i na milion euro. To wszystko zależy od dyscypliny sportu - czy to jest golf, czy np. bieg przez płotki. Przed chwilą zostały udostępnione dane z ostatnich mistrzostw Europy w piłce nożnej z których wynika, że nasi zawodnicy, którzy zostali kupieni przez zagraniczne kluby, są warci ponad 100 mln euro. Czyli niejeden z nich kosztuje więcej, niż stupokojowy hotel. A ile fabryk można by za tę kwotę wybudować? Tę paranoję może zrozumieć tylko ten, kto wejdzie do środka. Gdyby porównać klauzule umowne w kontraktach Justyny Kowalczyk i Agnieszki Radwańskiej, dotyczące tego samego produktu, okazałoby się, że sumy są diametralnie różne.

Niech zgadnę: tenis rządzi, bo jego fani są bogatsi.

Dziękuję, że pani zgadła i sam nie musiałem tego mówić.

Panie mecenasie, nie ma się co certować, wiadomo, że chodzi o kasę. Przecież regulacje dotyczące sportu wzięły się stąd, że kiedy zaczął być masowy - a więc w XVIII w. - a więc ludzie zaczęli się a ostro zakładać, powstała potrzeba, aby to wszystko ogarnąć, nadać temu ramy.

Ma pani rację, tak było. Ale co istotne - prawo sportowe jest bardzo różnorodne, co wie każdy kibic. Bo z jednej strony przepisy dla każdej dyscypliny mówią co innego: w boksie nie wolno uderzać poniżej pasa, w futbolu nie wolno zatrzymywać piłki ręką itd. To reguły dotyczące poszczególnych dyscyplin, mające na celu to, aby wszyscy zawodnicy mieli równe szanse. Jednak to, na co chciałbym zwrócić uwagę - to na ciekawy przypadek cywilizacyjno-rozwojowy. Jeśli w poszczególnych państwach prawo jest tworzone przez lokalne władze, stanowione przez parlamenty krajowe, to w przypadku przepisów sportowych odbywa się to na poziomie międzynarodowym. Światowe federacje sportowe dyktują poszczególnym krajowym normy. Można powiedzieć, że integracja prawa sportowego jest na wyższym poziomie, niż wszystkich innych organizacji międzynarodowych razem wziętych, z Unią Europejską czy ONZ na czele.

To, co je wiąże, to dobrowolność. Żyjąc w Polsce musimy się godzić na prawo, jakie u nas obowiązuje. Ale nikt nikomu nie nakazuje brania udziału w międzynarodowych rozgrywkach sportowych.

Pewnie, że nie. Ale z jakiegoś powodu poszczególne federacje sportowe, ba, całe państwa, godzą się na to, żeby im podlegać. Ja jestem sędzią narciarskim, ten sport mnie najbardziej interesuje. Ale na jednym z ostatnich kongresów prawniczych dotyczących prawa sportowego wdałem się w dyskusję z ekipą holenderską. Rozmawialiśmy o sporcie i prawie sportowym jako takim. Moi koledzy z Holandii byli oburzeni tym, że FIFA przyznała Rosji prawo do organizacji mistrzostw świata w piłce nożnej. Przywoływali paragrafy w statucie FIFA, które tego zabraniają. Dowodzili, że Rosja nie spełnia warunków. Ale mieli świadomość, że jeśli nawet wystosują protest, to FIFA każe się im ugryźć w nos. Kombinowali: jak FIFA nam odmówi, to wystosujemy skargę do Trybunału Sportowego w Lozannie. I możemy jeszcze zażądać zabezpieczenia skargi w postaci wyznaczenia zapasowego organizatora Euro 2018 na czas trwania rozstrzygania skargi . Nie wiem, jak skończy się ten spór, ale czy pani wyobraża sobie lepszy sposób nacisku na Rosję? Wykluczenie z FIFA to coś, czego nawet sam Władimir Putin by nie przeżył. Nie może sobie na to pozwolić. Ten przykład pokazuje najlepiej, jak bardzo wdarło się to sportowe prawo w naszą rzeczywistość. I jest dowodem, na to, że nawet nie mamy świadomości że o wielu rzeczach, decyduje ktoś ( międzynarodowa federacja sportowa) za nasze państwo.

Przecież nikt nas nie zmusza, żebyśmy uczestniczyli w takich rozgrywkach. To zabawa dla zainteresowanych.

Niby tak, ale nie do końca. Zacznę z grubej rury: czy przestrzegane są prawa Rosjan zadeklarowane międzynarodowo przez ONZ, którym ktoś z Lozanny mówi, że nie mogą gdzieś przyjechać, czy one nie są czasem deptane? Są, ale światowe federacje sportowe mają większą siłę rażenia, niż poszczególne państwa czy międzynarodowe organizacje. O czym się zresztą przekonała Polska, gdy chciała wprowadzić zarząd komisaryczny z Polskim Związku Piłki Nożnej. FIFA i UEFA były silniejsze od polskiego rządu. Czy jest rząd, który nie upadnie gdy reprezentacja narodowa i kluby z tego kraju np.w piłce nożnej utracą prawo startu w najważniejszych światowych imprezach ? Ale to jest także efekt kwestii finansowych: jeśli państwo nie subsydiuje danego polskiego związku sportowego, nie ma nic do powiedzenia. Wprawdzie 97 proc. dyscyplin olimpijskich jest sponsorowanych z kiesy państwowej, ale parę może się bez tego obejść. Więc stanowią, jak futbol, państwo w państwie. Popularność Adama Małysza, Justyny Kowalczyk i Kamila Stocha z drużyną skoczków sprawiła na przykład, że Polski Związek Narciarski ma więcej wpływów z reklam, niż z budżetu. Popularność: to jest lep, do którego lgną sponsorzy.

Także zwyczajni zjadacze chleba się na to łapią. I wciskają swoje dzieci do klubów sportowych w nadziei, że dochowają się mistrzów nie zdając sobie sprawy z tego, że nikt nie jest tak ograniczony w prawach obywatelskich, jak sportowiec. Nawet ten bardzo niepełnoletni. Rodzic podpisując umowę w imieniu dziecka z klubem sportowym zwykle nie czyta tego, co jest zapisane drobnym druczkiem. A to są klauzule abuzywne: dziecko będzie podlegało jednemu z programów wyszukiwania talentów sportowych. Będzie badane, mierzone, fotografowane, a prawo do wyników i wizerunku będzie miał klub lub Minister Sportu. Jeśli dzieciak będzie rokował, coraz więcej praw z rodziców będzie przenoszonych na organizację sportową. Ale ludzie nie mają z tym problemów. Ostatnio widziałem badania, wg. których 60 tys. rodziców zrzekło się swoich praw do wizerunku dziecka jako sportowca.

Jak by to ująć: kasa?

Jak sama pani zauważyła dążenie do uprecyzyjnienia reguł rządzących sportem wzięło się z chęci skomercjalizowania tej sfery życia. A obecnie, kiedy w związku z postępem technologii, sport stał się największym teatrem świata, jest to tym bardziej widoczne i atrakcyjne. Jeszcze 40 lat temu, kiedy odbywała się jakaś ważna impreza sportowa, mogliśmy co najwyżej czekać, co napiszą o niej jutrzejsze gazety. Dziś możemy zobaczyć każdą kroplę potu na twarzy zawodnika - mamy bezpośredni przekaz. I miliardową widownię, która to śledzi. To się oczywiście przekłada na pieniądze, ale nie tylko. Są takie kraje, jak np. Chiny, Japonia czy Korea Południowa , w których pewne dyscypliny olimpijskie - jak choćby bieg przez płotki - z przyczyn kulturowych nie były w ogóle popularne. Teraz to się zmieniło. Miliony ludzi w Azji będą trzymać kciuki za swoich zawodników. Bo wie pani, jaką największą wartość ma dla mnie sport? Choć został poddany reżimowi prawa, choć wydaje się, że nie mamy już w nim nic do powiedzenia, jest ostatnią redutą, która ta bardzo jednoczy ludzi patriotycznie pod sztandarami narodowymi. Szukamy naszych, chcemy im kibicować, identyfikujemy się z nimi. I niech tak zostanie.