Klub PiS przygotował projekt ustawy proponującej podwyżki dla urzędników najwyższego szczebla. Zaproponował i natychmiast się tego przestraszył. Wycofał projekt, zapowiadając przedstawienie nowego. Przestraszył się, a nie powinien, bo projekt zawiera dwa rozwiązania, które powinny wejść w życie.
Przede wszystkim chodzi o samą ideę podwyżek dla tzw. erki, czyli osób sprawujących kierownicze funkcje w państwie. Siłą rzeczy dyskusja skoncentrowała się na prezydencie, premierze czy ministrach, ale nie mniej ważne są te dla sekretarzy i podsekretarzy stanu. Jeśli trzeba rozwiązywać konkretne problemy, to zaczyna się to na ogół na ich szczeblu.
Teraz wyobraźcie sobie państwo, że podsekretarz stanu w resorcie finansów ma wprowadzić przepisy naruszające interesy dużej branży albo zarządza potrzebami pożyczkowymi państwa, które wynoszą 100 mld zł. Albo wyobraźcie sobie jego odpowiednika z resortu zdrowia, który ma przygotować regulacje uderzające w interesy firm farmaceutycznych dysponujących budżetami idącymi w dziesiątki czy setki milionów lub wiceministra w resorcie rozwoju, który szykuje ułatwienia dla firm. Ile takie osoby zarabiają? To pytanie zadałem kiedyś taksówkarzowi, który pomstował na to, ile „dostają te darmozjady”. On typował jakieś 50 tys. zł. Gdy powiedziałem, że podsekretarz dostaje na rękę ok. 7 tys. zł, był zszokowany. Runęło jego wyobrażenie, bo okazało się, że to suma w jakiejś mierze porównywalna z tym, ile sam zarabia co miesiąc.