Sport, podobnie jak religia, to ogromny generator emocji. A w związku z tym genialne narzędzie do uprawiania socjotechniki. Przydatne w każdym ustroju, lecz pożądane zwłaszcza przez te, które przeżywają problemy - mówi Przemysław Nosal, socjolog sportu, adiunkt w Instytucie Socjologii Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autor książki „Technologia i sport" oraz kilkudziesięciu publikacji z zakresu socjologii kultury, sportu i polityki społecznej.
Nasza piłkarska reprezentacja narodowa całkiem przyzwoicie zagrała na Euro we Francji. Gdyby dotarła do finału, oszalelibyśmy ze szczęścia. Ale rząd PiS i tak już zyskał w sondażach, bo z jakiegoś powodu dobra postawa futbolistów zagrała na jego korzyść.
Współwystępowanie dwóch wydarzeń nie oznacza, że jedno wynika z drugiego. Jeśli na dachach domów w jakiejś wsi siada nagle mnóstwo bocianów, a za dziewięć miesięcy na świat przychodzi więcej dzieci niż zwykle, to rozsądny człowiek mimo wszystko powie raczej o współwystępowaniu pewnych zjawisk, a nie o zależności statystycznej. Tak więc nie dam się naciągnąć na taką tezę. Ale faktem jest, że sport ma taką dość szczególną właściwość chemiczną, że łatwo do niego przylepiają się różne inne fenomeny – reklama, technologia, polityka. Wszyscy chcą się ogrzać w ciepłym świetle stadionowych jupiterów. A jak jest igrzysko, to mniej się zwraca uwagę na wojnę. Sport to sympatyczne opium dla mas, miły temat zastępczy, który poprawia atmosferę. A jeszcze jak nasi dobrze się spisują, to można powiedzieć: popatrzcie, jacy my wszyscy jesteśmy fajni, jaką mamy fajną drużynę, jesteśmy lepsi niż inni. Ale czy to się faktycznie przekłada wprost na poparcie dla takiego czy innego ugrupowania? Wątpię. Ale z drugiej strony – wkrótce pojawią się wyniki badania nastrojów społecznych i pewnie okaże się, że w czerwcu nasze nastroje były dobre, a może się okazać również, że obóz rządzący cieszył się rosnącym poparciem. Ale związek tej sytuacji z Euro będzie dokładnie taki sam, jak w przypadku tych bocianów i dzieci.
Reklama
Jeśli jest tak, jak pan mówi, to z jakiego powodu politycy tak lgną do sportu, a zwłaszcza do piłki nożnej?
Zjawisko przyklejania się dotyczy wielkich wydarzeń sportowych. Mistrzostwa piłkarskie czy igrzyska olimpijskie to kombajny sportowo-medialno-kulturalne budzące zainteresowanie miliardów ludzi. I najróżniejszych branż, bo przecież też biznesu czy reklamy. Proces przylepiania się można zatem nazwać efektem huby – wszyscy żerują na takim wydarzeniu, chcą się przy nim pokazać i zarobić. To niepowtarzalna okazja, bo np. taki Stade de France może pomieścić 80 tys. widzów, nasz Stadion Narodowy – 58 tys., a arena w moim rodzinnym Poznaniu – 43 tys. A jeśli do tego dodamy setki milionów zgromadzone przy telewizorach, to okaże się, że pokusa przylgnięcia jest dla polityka zbyt silna, by jej się oprzeć.

Reklama
Czasami jednak można się sparzyć i zostać wygwizdanym, o czym przekonał się ostatnio prezydent Andrzej Duda. Ale widocznie to jest cena, jaką się płaci. Hasło „dam się wygwizdać na stadionach” weszło na stałe do obiegu i niekoniecznie z tego powodu, że znalazło się w piosence Skaldów.
Takie przykłady można mnożyć. Sam byłem świadkiem, gdy na stadionie Lecha Poznań kibice wygwizdali Zytę Gilowską. Wicepremier rządu PiS, politycznie związana z Lubelszczyzną, w 2007 r. walczyła o poselski mandat właśnie w moim mieście. Choć ze sportem nie miała nic wspólnego, to pewnie któryś ze współpracowników podpowiedział jej, że ze względów wizerunkowych warto byłoby pojawić się na meczu Kolejorza. Gilowska zasiadła zatem na trybunie i się nasłuchała. Ale to tylko jeden z przykładów, bo pomniejszych wygwizdywań było mnóstwo. Ale prawda jest taka, że kibice świetnie wychwytują każdy fałsz i wyczuwają hipokryzję. Obśmiany został prezydent Lech Kaczyński, bo śpiewając hymn podczas meczu Euro 2008, trzymał szalik z napisem „Polska” do góry nogami, a poza tym przekręcał nazwiska piłkarzy: Roger Guerreiro to był w jego wydaniu Perreiro, a Artur Boruc – Borubarem.
Z PR na sporcie jest tak samo, jak z każdym narzędziem. Jeśli nie nauczymy się go używać, możemy sobie zrobić krzywdę.
Oczywiście, ale warto zauważyć, że niemal każdy sprawny system polityczny od wieków starał się go jednak wykorzystywać. Przypomnijmy sobie czasy PRL i te kolarskie Wyścigi Pokoju będące narodowym świętem, tę dbałość o medalistów piłkarskich mistrzostw świata w latach 70. i 80. Oni nie zarabiali kokosów, lecz będąc oficjalnie pozatrudniani w kopalniach czy milicji, nieoficjalnie robili za celebrytów i byli pieszczochami władz. Dlaczego? Bo wydarzenie sportowe – mundial czy ówczesny Wyścig Pokoju – odciąga uwagę od zwyczajności. Jest praktyką o podłożu rytualnym, kiedy to codzienność zostaje zawieszona, a przebieg wydarzeń nie podlega tym samym prawom co dzień powszedni. Rządzi się odmiennymi regułami, przy czym te umowne zasady są tutaj szalenie ważne. Ot, na przykład to, że w futbolu nie łapiemy piłki ręką. To ustalona konwencja, której złamanie jest surowo karane. Gdyby ktoś bez znajomości tła kulturowego obserwował mecze, to ani chybi musiałby dojść do wniosku, że to absurd. Bo dlaczego nie łapać piłki ręką, jeśli tak wygodniej? Ale właśnie o to chodzi, o tę umowność rytuału, w którą wchodząc – najczęściej z wielkimi emocjami – zmieniamy nasze role.
A widzi pan, jednak miałam rację. Jeśli spojrzeć na to z tej perspektywy, to nie można nie zauważyć, że sport, podobnie jak religia, ma duże znaczenie nie tylko kulturo-, ale i państwowotwórcze.
Sport, podobnie jak religia, to ogromny generator emocji. A w związku z tym genialne narzędzie do uprawiania socjotechniki. Przydatne w każdym ustroju, lecz pożądane zwłaszcza przez te, które przeżywają problemy. W dobrze funkcjonujących państwach nie ma on aż tak strategicznego znaczenia, jak w tych, gdzie się dzieje źle, np. w dyktaturach. Nie tylko dlatego, że widowisko sportowe będzie wytchnieniem od codzienności i że radość z wygranej przełoży się na poczucie jedności, że da ludziom coś, z czego mogą się cieszyć i być dumni, ale też dlatego że to wentyl emocji, nad którym można panować. Jeśli ludzie wykrzyczą się, nagwiżdżą na stadionach, ujdzie z nich para, a później rozejdą się do domów, to nie będą już tak skłonni do rebelii. Dlaczego władze NRD, cała tamtejsza państwowa machina, stawały na głowie, by wyszkolić od przedszkola, a potem doszprycować lekkoatletów tak, aby zdobywali medale? Po co w PRL stworzono księżycowy system zatrudniania sportowców amatorów na fikcyjnych etatach górników czy wojskowych? Z jakiego powodu organizacja olimpiady w Pekinie była tak ważna dla tamtejszych aparatczyków? I po co w Gwinei Równikowej wkładanie dużych pieniędzy w reprezentację piłki nożnej, która niczego nie osiągnęła? Bo łatwiej zainwestować w drużynę sportową niż postawić na nogi gospodarkę.
Jeśli nie ma dobrej codzienności, to są przynajmniej igrzyska. Może się pan wykręcać w kwestii bezpośredniego przełożenia sukcesu naszych na wyniki sondaży, ale z tego, co do tej pory sobie powiedzieliśmy, wynika jednak, że to właśnie tak działa. Nasi górą, słupki rosną. Choć muszę przyznać, że mnie tego rodzaju uniesienia są obce. Wolę sama grać niż patrzeć, jak robią to inni. Proszę mi wybaczyć porównanie: dla mnie takie euforystyczne kibicowanie przypomina oglądanie filmów porno.
Drużyna sportowa – piłkarze, lekkoatleci, narciarze czy kto tam w danej chwili jest w grze – to swoista delegacja społeczeństwa. Grupy ludzi, którzy sami nie są w stanie czegoś zrobić, ale mają specjalną ekipę, która dokona tego w ich imieniu. Są, przynajmniej teoretycznie, po to, aby się z nimi identyfikować. W dzisiejszych czasach, w dobie globalizacji, państwo narodowe bodaj najsilniej dochodzi do głosu właśnie podczas międzynarodowych rozgrywek sportowych. Dlaczego? Proszę spojrzeć na to w ten sposób: może mieć pani nawet trzy obywatelstwa, mieszkać w każdym miesiącu w innym kraju, czuć się członkiem Wspólnoty Europejskiej, ale kiedy zdarza się taka impreza jak Euro, musi się pani zdeklarować – i jako zawodnik, i jako kibic. Grać albo w reprezentacji Polski, albo Niemiec. Francji albo Hiszpanii. Nie da się i tu, i tu. To klarowne rozróżnienie. Bo w sporcie, dzięki rygorystycznym regułom, wszystko jest proste: jesteś swój lub obcy. Proszę zauważyć, że to właśnie w zawodach sportowych, jak niemal nigdzie indziej, tak obficie korzystamy z symboliki narodowej. Jest godło, flaga, hymn. Jest poczucie jedności i satysfakcji.
Ja też lubię takie oczywiste, antropologiczne stawianie sprawy. Nasi przeciwko waszym. Jednak świat jest bardziej skomplikowany. Ale ci nasi są czasami z całkiem innego świata kulturowego. Jak wspomniany przez pana Roger Guerreiro czy chociażby Nigeryjczyk Emmanuel Olisadebe.
Ma pani rację, bo gdy poskrobać tę farbę, to okaże się, że nic nie jest takie oczywiste. Olisadebe zawitał do Polski w 1997 r. i zanim stał się naszym Olim, gwiazdą, która zapewniła nam awans do mundialu w 2002 r., upłynęło sporo czasu. I nie było mu łatwo – na niektórych polskich stadionach obrzucano go bananami. Ale jeśli w tamtych czasach czarnoskóry piłkarz w polskiej drużynie był wyjątkiem, to dziś już nie budzi to sensacji. Świat się globalizuje, ludzie są mobilni, przemieszczają się w poszukiwaniu dobrego miejsca do życia. Podczas Euro we Francji w wielu reprezentacjach grali piłkarze, których więzi z danym państwem są, powiedzmy, nieoczywiste. Albo przynajmniej mogliby równie dobrze zagrać w innej drużynie. Jeden z bohaterów reprezentacji Walii, kapitan Ashley Williams, gra w niej dlatego, że jego dziadek był Walijczykiem. On sam ze swoją ojczyzną, a raczej dziadkowizną, przez długi czas nie miał zbyt wiele do czynienia. Jak nieużyteczne jest nasze myślenie utrwalonymi już kategoriami narodowymi, pokazuje również casus reprezentacji Francji. O tym zespole złośliwi mówili, że jeśli zwycięży w turnieju, to mistrzostwo Europy po raz pierwszy wywalczy drużyna z Afryki. W 23-osobowej kadrze znalazło się aż 11 czarnoskórych piłkarzy. Tymczasem z tego grona raptem czwórka graczy urodziła się poza Francją. Jako anegdota funkcjonuje przypadek byłego reprezentanta Niemiec Kevina Kurányiego. Urodził się w Brazylii, jego matka była Panamką, ojciec wychowanym we Francji Niemcem, dziadek Węgrem, a pradziadek Duńczykiem. Zawodnik ma obywatelstwa Panamy, Brazylii oraz Niemiec, w reprezentacjach mógł przebierać jak w ulęgałkach. We współczesnym nieprzejrzystym świecie sport daje przejrzyste reguły: grasz dla nas, jesteś nasz. Grasz dla nich, jesteś ich. Wygrana lub przegrana. Mamy proste zasady i proste odpowiedzi na bardzo trudne pytania. To szalenie atrakcyjne w tak złożonym kontekście społecznym.
No, chyba że mamy do czynienia z rozgrywkami klubowymi. Wówczas reguły się zmieniają.
Sport wytwarza poczucie, że jesteśmy razem, mamy takie same cele, coś nas łączy. To też miejsce spotkania, neutralne pole zetknięcia się ludzi i interesów, które rządzi się bezpiecznymi regułami. Ludzie mogą doświadczać swojej odmienności, a jednocześnie możemy mieć pewność, iż nie pozabijają się wzajemnie, a przynajmniej nie podczas rozgrywek. Z tego powodu sport jest użytecznym narzędziem społecznej interwencji. Tam, gdzie mamy do czynienia z np. nieakceptowaną mniejszością etniczną, jako antidotum na tę chorobę często organizowane są turnieje sportowe. Takie antyrasistowskie mundiale. Działa to tak: nie lubicie Cyganów, Arabów, Żydów, śmiejecie się z nich, boicie się ich? Dzieje się tak dlatego, że ich nie znacie. Ale jeśli spotkacie się z nimi na boisku, pokopiecie piłkę, trochę chociaż poznacie, to jest szansa, że spojrzycie na siebie inaczej. Dostrzeżecie w nich przeciwników, ale także ludzi, którzy mają takie same zainteresowania i ambicje jak wy. Na świecie realizuje się wiele takich inicjatyw, np. dotyczących uchodźców, którzy budzą w lokalnych społecznościach irracjonalny lęk. Jednak kiedy tutejsi zagrają z nimi w piłkę nożną czy w siatkę, przekonają się, że tamci nie gryzą. Bomba emocjonalna zostaje rozbrojona.
To wróćmy jeszcze do reprezentacji klubowych. Dlaczego w ich przypadku ta konwencja nie działa?
Bo to inne reprezentacje, bardzo rozdrobnione. W dodatku mające całkiem inne korzenie niż narodowe. Pierwsze kluby sportowe miały charakter klasowy. Oraz geograficzny – miasto na miasto, dzielnica na dzielnicę, ale ten klasowy aspekt jest najważniejszy. W Anglii klasa robotnicza grała w piłkę nożną albo się boksowała. Ci, którzy byli wyżej na drabinie społecznej, rywalizowali w rugby lub turniejach tenisowych. To są w dużej mierze także zaszłości historyczne albo ideologiczne. Jak przyjrzymy się derbom Barcelony, to okaże się, iż Barca jest katalońska i separatystycznie niepodległościowa, a Espanol centralistyczny, od zawsze wspierający centralny rząd. Albo jeszcze inny przykład – moskiewskie drużyny: Spartak, Dynamo, Lokomotiw, CSKA. Jak sięgnąć głębiej, okaże się, że każdy klub przynależał kiedyś do innego resortu.
W Polsce podobnie: Legia była wojskowa, Polonia – kolejowa, a GKS – górniczy. Wyliczanka byłaby długa. Ale to już przecież prehistoria.
Takich zaszufladkowań historycznych jest mnóstwo i, ma pani rację, ich tło jest coraz mniej rozpoznawalne. Ma też coraz mniejsze znaczenie. Ale symbolicznie jest istotne. I kolejne pokolenia są socjalizowane według tych zapomnianych reguł. Co sprowadza się do jednego: nasi na wasi.
A nad tym „nasi na wasi” czuwa Wielki Brat. Potężne instytucje: od tych lokalnych poczynając, poprzez państwowe, na globalnych kończąc. Co jest o tyle zabawne, że ten rozwój instytucji zaczął się jeszcze w XVIII w. – i chodziło przede wszystkim o to, żeby ukrócić oszustwa w zakładach bukmacherskich, które stawały się coraz bardziej popularne w miarę tego, jak sport stawał się masowy.
Porządek nowoczesności to porządek instytucji. To one definiują rzeczywistość, nam mówią, co jest dobre, co złe, jakie są reguły, według których powinniśmy funkcjonować. Mało tego – one wyznaczają, czy coś jest czymś, czy tym czymś nie jest. Na przykład, czy dana aktywność jest w ogóle sportem. Bo co dzisiaj nim jest? To, co uważamy za sport, czy to, co dana agenda zatwierdzi jako sport? Z takiego stanu rzeczy bierze się zarówno wiele dramatów, jak i zabawnych zdarzeń. Swojego czasu ostro lobbowano – nieskutecznie – za tym, aby na listę sportów olimpijskich wprowadzić taniec na rurze. Z drugiej strony – do programu igrzysk wciąż nie może się dobić tak uznana dyscyplina jak karate. Musimy zatem przyznać, że ostatecznie to nie my decydujemy o tym, co jest sportem, ale właśnie powołana ku temu instytucja. To ona mówi, że boks, który dla niektórych jest zwyczajnym mordobiciem, jest szermierką na pięści, lecz to, co robią wojownicy w klatkach, już taką szermierką nie jest. Siła instytucji jest wielka. To, co odbywa się poza nimi, nie istnieje. Warto także zauważyć, że jeśli coś realizuje się w ramach instytucji, to można to kontrolować. Kiedy jest poza nimi, poza tym ładem normatywnym, wymyka się, więc jest groźne. Prowadzi to do zabawnych paradoksów, bo nawet instytucjonalni odszczepieńcy starają się wpisać swoje rozgrywki sportowe w alternatywny porządek instytucjonalny. Niedawno rozegrano mistrzostwa świata w piłce nożnej państw nieuznawanych (zwyciężyła Abchazja), w których brały udział tereny sporne, funkcjonujące poza międzynarodowym ładem. Ale żeby zorganizować taką imprezę, musiały się w jakiś sposób zinstytucjonalizować i powołać federację ConIFA (Confederation of Independent Football Associations). To, co jest poza instytucją, nie istnieje. Tylko one są gwarantem uczciwego partnerstwa w relacjach z mediami, politykami czy biznesem.
Jak by to powiedzieć, żeby nie urazić: kasa, misiu, kasa. To tak, jak z tą bukmacherką – ktoś musi pilnować, żeby bilans się zgadzał.
W starożytności nie było takiej potrzeby, bo zwycięzca dostawał jako nagrodę wieniec laurowy, a wawrzyn rósł za każdym płotem. Ale w sytuacji, kiedy z biegiem czasu w sporcie można było coraz więcej ugrać, w sensie materialnym, instytucje stały się niezbędne. Przede wszystkim jako ktoś, kto wyznacza reguły, lecz też jest partnerem biznesowym. Przewidywalnym, działającym zgodnie z regułami prawa. MKOl, FIFA czy UEFA to takie bezpieczne gniazdka kontaktowe, do których przychodzą różne podmioty i się biznesowo „podpinają”. Bo taka instytucja to gwarant trwałości i stabilności, sprawia, że ludzie robią ze sobą interesy w przeświadczeniu, że kontrahent nie trzaśnie drzwiami i nie pójdzie sobie do domu.
I tak to się sprowadza do tego, że wszystko jest na sprzedaż. Nie mam nawet na myśli drukowania wyników, lecz to, że imprezy sportowe są spektaklami nastawionymi na sprzedaż. Bilety, koszulki, gadżety, kiełbaski i piwo. Współczesne stadiony są tak skonstruowane, żeby jak najwięcej pieniędzy wydusić z biznesowego targetu.
Znów poruszę aspekt klasowy, bo on jest tutaj pięknie widoczny. Wystarczy spojrzeć na to, kto jakie miejsce zajmuje na trybunie stadionu, by z dużym prawdopodobieństwem orzec, jakie miejsce zajmuje na drabinie społecznej. Jeśli kogoś stać na drogi bilet, to będzie miał dostęp do lepszego miejsca, do tych wszystkich vipowskich loży, gdzie dobrze wyszkolony personel poczęstuje go prawdziwym szampanem i kawiorem. Sport, w sensie meczu piłkarskiego czy jakiejkolwiek innej rozgrywki, to produkt podstawowy, który jest rozszerzany na setki różnych sposobów. Kluby są dziś nie tylko miejscami, w których gromadzi się i szkoli zawodników, lecz i korporacjami kierującymi się przede wszystkim logiką biznesową. To zjawisko opisuje interesująca książka pt. „Aborygeni i konsumenci” napisana przez moich kolegów Dominika Antonowicza, Radosława Kossakowskiego oraz Tomasza Szlendaka. Można się na to zżymać, ale tak po prostu jest. Choć, ku mojemu socjologicznemu zadowoleniu, rośnie kibicowski opór. To chociażby ruch Against Modern Football, który powstał w kontrze do wszechogarniającej komercjalizacji i szejków skupujących hurtem najlepszych zawodników świata. To opór nie jest łatwy. W Wielkiej Brytanii piłka nożna, która przez lata była przede wszystkim rozrywką klasy robotniczej, po tragedii na brukselskim stadionie Heysel w 1985 r. (przed finałem Pucharu Europy między Juventusem a Liverpoolem na skutek starć między angielskimi i włoskimi kibicami zginęło 39 osób – aut.) zaczęła się dynamicznie zmieniać. Podniesiono ceny biletów, co spowodowało wymianę publiczności. Kibicowanie stało się elitarną – w sensie finansowym – rozrywką. Często więc nie bardzo jest gdzie ten opór wyrażać, bo rebeliantów na bilet często nie stać. Kluby przyjęły neoliberalną logikę, według której nie jest wartościowy kibic oddany, jeśli jest niezamożny, ale ten konsument, który ma pieniądze i zechce się nimi podzielić.
Biedni siedzą przed telewizorami i piją piwo z dyskontu, a bogaci machają szalikami z klimatyzowanych lóż. Ekipa rządząca ma spokój, biznes – kasę.
Nie zawsze kasa zwycięża. Na przykład firma Red Bull zapragnęła mieć – w celach marketingowych – sieć drużyn piłkarskich na całym świecie. Od Nowego Jorku, poprzez Lipsk, po Salzburg. Wydała mnóstwo pieniędzy, ale akcja się nie powiodła. Bo fani stwierdzili, że to już za wiele, nie będą kibicować drużynom będącym dodatkiem do puszki z napojem. Oni muszą mieć świadomość, że ci ludzie biegający po boisku są w jakiś sposób z nimi związani, wtedy mogą się z nimi identyfikować. Wtedy kibice zniosą marketing, kupią hasła „more than a club” (więcej niż klub). Ale choć klub jest dziś produktem, musi być on dobrze osadzony w społecznym i lokalnym kontekście. W czasach, kiedy wszystko jest na sprzedaż, taki delikatny produkt jak futbol musi być oferowany kibicom w odpowiedni sposób. Tak, by nie poczuli niesmaku. Jeśli miliarder z Tajlandii kupuje klub, zmienia herb, wymienia zawodników, a potem mówi ludziom: kibicujcie, to ani chybi się przewróci. Historia futbolu zna przypadki udanych protestów, np. fani angielskiego Wimbledon FC utworzyli alternatywny klub MK Dons, który miał być gwarantem wartości, w jakie wierzyli. I odnieśli zwycięstwo. To krzepiące historie, które mówią o tym, że kibice bojkotują kluby zawłaszczane. I jeszcze, że kto wchodzi w piłkę nożną, w ogóle w sport, tylko po to, żeby zrobić biznes, w ostatecznym rachunku przegrywa.
To idealistyczna wizja sportowych dziejów, w którą chciałabym wierzyć, ale jakoś mi trudno. Tak samo, jak obstawiając, kto wygra pojedynek – kibice Żylety czy właściciel Legii, będę stawiała na tego ostatniego. Biznes ma w ręku wszystkie atuty. Przede wszystkim pieniądze, którymi może obdzielać zawodników – celebrytów. To chora sytuacja, te milionowe gaże, Hollywood przy tym wymięka.
Rynek zatrudniający piłkarzy jest dziwny, a ich zarobki wydają się z kapelusza wzięte. Ale tak było kiedyś także z hollywoodzkimi gwiazdami – kiedy zaczęły budzić światowe zainteresowanie, mogły dyktować ceny. U postronnego obserwatora to może budzić głębokie niezrozumienie, bo dlaczego mamy płacić tyle pieniędzy ludziom, których umiejętności są absolutnie nieprzydatne w normalnym życiu? Odpowiedzi być może udzielił prezes Realu Madryt Florentino Perez. Kiedy Cristiano Ronaldo, jeden z najdroższych piłkarzy na świecie, przechodził z Manchester United do Realu – a stawka opiewała na ponad 93 mln euro – wywiązała się dyskusja, gdzie są granice tego szaleństwa. Jednym z argumentów było zdanie, że nikt nie patrzy w kontrakt Toma Cruisa, bo zapłacą mu, ile chce, bo ta inwestycja i tak się zwróci. Takie królewskie stawki przekładają się na zainteresowanie fanów, którzy podniecają się historiami przepłacanych zawodników. A to z kolei na zyski partnerów biznesowych. Kiedy David Beckham przechodził z MU do Realu Madryt, też był wrzask. Ale szybko się okazało, że w Japonii w ciągu jednego tygodnia na sprzedaży koszulek z jego numerem zarobiono tyle, iż koszt w pewnym procencie już się zwrócił. W ciągu tygodnia! W Japonii! Na samych koszulkach! Na tym polega urok i przekleństwo współczesnego sportu.
Ale gdzie tu jest miejsce na sport? Sprzedają się historie, wpisy na portalach pudelkowych.
Nie do końca, bo żeby zarabiać takie pieniądze, trzeba jednak być dużo, dużo lepszym niż tysiące innych zawodników. Ale bez chwytających za serce historii, bez romantycznych opowieści, nie ma gwiazdy. To rzecz oczywista. Ani w aktorstwie, ani w sporcie. Taki Jamie Vardy, napastnik reprezentacji Anglii, zanim stał się znanym sportowcem, był robotnikiem w fabryce. Publiczność kocha takie narracje – o tym, że każdy z nas nosi buławę w plecaku. Na 22 facetów biegających po boisku każdy ma swoje niepowtarzalne życiowe dramaty i sukcesy: alkohol, rozbite rodziny, błędy młodości. Każdy ich kontakt z piłką to pretekst, żeby zastanowić się, jak dostali się na futbolowy szczyt. Mamy tu całe bogactwo życia społecznego w soczewce. Gdyby to była walka robotów, nie byłoby to takie ekscytujące. A tymczasem sport się zawsze obroni, bo ciągle biorą w nim udział ludzie.