Z taką lubością, z jaką Polacy zwalczają się wzajemnie, Francuzi obalają królów i republiki. A potem są z tego dumni. Gdy na początku marca francuski rząd przedstawiał projekt uelastycznienia rynku pracy (Polacy przerabiali ten temat kilka lat temu), można było łatwo przewidzieć, co się wkrótce wydarzy.
Reklama
Zaraz po Dniu Kobiet wybuchły zamieszki w największych miastach i do dziś nic nie wskazuje na to, by dobiegały końca. Przez ostatni weekend w protestach i walkach ulicznych brało udział – wedle wyliczeń francuskiej policji – 170 tys. ludzi. Acz związki zawodowe twierdzą, iż w rzeczywistości aż pół miliona. Jedynie w Paryżu 50 tys. demonstrantów dzielnie walczyło z policją na placu Republiki. Rozpraszając się dopiero po zmasowanym użyciu przez stróżów prawa gazu łzawiącego i gumowych kul.
Wcześniej kraj sparaliżowała fala strajków coraz bardziej różnorodnych grup zawodowych. Od taksówkarzy i kontrolerów lotów poczynając, na kolejarzach kończąc. Blokady rafinerii i dróg sprawiły, iż zaczęło brakować paliw na stacjach benzynowych. Pomimo to premier Manuel Valls nie zamierza wycofać się z planów odejścia od 35-godzinnego tygodnia pracy, a buntowników nazywa „garstką skrajnie nieodpowiedzialnych jednostek”.
Nim więc rozpoczną się piłkarskie mistrzostwa Europy, konflikt może jeszcze się zaostrzyć. Taka sytuacja w Polsce uznana by została za zapowiedź końca świata. Nad Sekwaną od ponad 200 lat to rytualny model dialogu obywateli z władzą. Do którego wszyscy podchodzą z dystansem, chyba że przypadkiem upadnie kolejna republika.
Król, czyli nic
Utrzymywanie więzienia w Bastylii stanowiło szczyt absurdu. Roczne opłacenie strażników, oficerów, kapelanów, lekarzy, kluczników etc. kosztowało Ludwika XVI aż 140 tys. liwrów. Ta rzesza ludzi w połowie lipca 1789 r. pilnowała ledwie siedmiu więźniów. Przy czym żadnego nie wsadzono za kraty z powodów politycznych. Ot, czterech fałszerzy monet, dwóch wariatów, dla których nie znaleziono miejsca w zakładzie dla obłąkanych, i jeden hrabia aresztowany pod zarzutem kazirodztwa.
Zamek o ośmiu wieżach i grubych murach, chronionych dodatkowo fosą, lata swojej świetności miał dawno za sobą. Półtora stulecia wcześniej sławny kardynał Richelieu zaczął umieszczać w Bastylii najgroźniejszych przeciwników politycznych. Potem trafiali tam wielcy myśliciele jak Wolter lub skandaliści jak markiz de Sade. Gdy nastały rządy Ludwika XVI, niegdyś budzące grozę miejsce zupełnie straciło znaczenie. Stając się takim samym anachronizmem jak absolutystyczny ustrój Francji.
Mógłby on trwać jeszcze siłą bezwładu lub zacząć się stopniowo zmieniać, gdyby król odziedziczył choć trochę zdolności po przodkach. Ale Ludwik XVI nie bez przyczyny uchodził za ograniczonego umysłowo fajtłapę. Nikt go nie szanował ani – co gorsza – się nie bał. „Wolno współczuć losowi tego przeciętnego człowieka, dobrego ojca rodziny, władcy pozbawionego demonicznych wad i wybitnych zalet” – opisywał monarchę prof. Jan Baszkiewicz. „Mógł być przecież bardzo dobrym kartografem, zegarmistrzem albo ślusarzem” – dodawał.
Przypadkiem urodził się królem, i to w trudnych czasach. Poprzednicy z racji imperialnej polityki zostawili mu kraj zrujnowany ekonomicznie. W budżecie świeciło pustkami i jedyne, co można było rachować, to astronomiczne długi. Kumulacja pechowych zdarzeń dla Ludwika XVI zaczęła się w 1785 r., gdy Francji przydarzyła się klęska urodzaju winorośli. Zbyt wielka ilość nowego wina na rynku zaowocowała długotrwałym spadkiem cen, co zrujnowało rzesze producentów. Uderzając w całe rolnictwo. Rok 1787 przyniósł wyjątkowo marne zbiory zbóż. Podobnie kolejny, i Francuzom zagroził głód. Przez to zmalały wpływy z podatków i państwo zaczęło tracić zdolność do spłacania olbrzymich zobowiązań.
Wprawdzie Ludwik XVI mianował kolejnych ministrów finansów, by narzucili obywatelom wyższe podatki. Ale gdy wybuchały zamieszki, monarcha nie miał dość sił, by działać zdecydowanie, i dymisjonował urzędników. Jego doradcy coraz częściej zaczynali twierdzić, że kraj przed bankructwem może uratować jedynie dobrowolne opodatkowanie się samych obywateli. Ale to wymagało zwołania Stanów Generalnych. Tymczasem fundament monarchii absolutnej to brak parlamentu, zlikwidowanego niemal dwieście lat wcześniej. Król długo kluczył. Zamiast Stanów Generalnych powołał Zgromadzenie Notabli, których sam mianował. Ale nawet oni odmawiali poparcia reformy podatkowej bez wprowadzenia zmian ustrojowych.
W czasach kryzysu ekonomicznego ludzi mocniej uwierały dwie rzeczy. Brak wpływu na politykę państwa oraz olbrzymie przywileje elit. W tym drugim przypadku chodziło o szlachtę i kler. Nieuprzywilejowany stan trzeci tworzyło ok. 95 proc. mieszkańców Francji. Przy czym zaliczeni do niego zamożni mieszczanie oraz przedsiębiorcy nie chcieli się dzielić własnymi pieniędzmi z królem, nie otrzymując w zamian choćby namiastki władzy. Ludwik XVI mógł porozumieć się ze stanem trzecim i w zamian za podatki odebrać przywileje szlachcie i klerowi. Mógł też podzielić się władzą ze szlachtą i sterroryzować mieszczan. Na nieszczęście dla siebie monarcha nie chciał żadnych zmian.
Dotrwał tak do zimy kończącej rok 1788 i wówczas nawet pogoda zwróciła się przeciwko niemu. Ostre mrozy pogłębiły kryzys ekonomiczny. Buntem zaczęło pachnieć nawet w armii. Na początku maja 1789 r. Ludwik XVI skapitulował i zwołał Stany Generalne, co stanowiło początek ustępstw. Dowodząc prawdziwości zasady, że reżymy są obalane nie w momencie największej brutalizacji, lecz wówczas gdy zaczynają się liberalizować. Na inauguracyjne posiedzenie Stanów Generalnych stawiło się 270 przedstawicieli szlachty, 291 duchownych oraz 578 posłów stanu trzeciego.
W dobie wrogości do uprzywilejowanych grup odgórny podział mandatów nie mógł się długo utrzymać. Tym bardziej że szlachta i duchowieństwo, głosując osobno, mogli blokować wszelkie próby reform uchwalanych przez stan trzeci. Nie wyrażano też zgody na wspólne głosowania. W końcu 17 czerwca deputowani stanu trzeciego utworzyli osobne Zgromadzenie Narodowe. Trzy dni później anektowali w Wersalu salę do gry w piłkę, zapowiadając uchwalenie konstytucji na wzór amerykański. Oznaczało to wypowiedzenie posłuszeństwa królowi. Ludwik XVI kazał otoczyć pałac wojskiem, lecz wydać rozkazu ataku nie potrafił. Tracąc ostatnią szansę na utrzymanie władzy. Co więcej, w końcu uznał Zgromadzenie Narodowe i pozwolił mu pisać konstytucję. Całą winę zrzucił zaś na generalnego kontrolera finansów Jacques’a Neckera.
Jednak dymisja uznawanego za geniusza finansisty, dzięki któremu Francji udawało się uniknąć bankructwa, rozwścieczyła paryżan. Do stolicy Ludwik XVI sprowadził aż 20 tys. żołnierzy, by zastraszyć miasto, lecz wojsko nie otrzymało jasnych rozkazów. Zresztą mało kto już chciał słuchać króla. Do tego pojawiła się plotka, że żona króla Maria Antonina zapytała pokojówkę: „A czemuż takie wycie pod oknami pałacu?”. A gdy usłyszała odpowiedź: „Lud, pani, nie ma chleba”, odrzekła prostodusznie: „To niech jedzą ciasteczka”. I bez tego lud serdecznie nienawidził królewskiej małżonki.
Uliczne wystąpienia zaczęły się 11 lipca. Wkrótce ich przywódcy utworzyli własny organ władzy: Komitet Stały, a także miejską milicję. Prawie 50 tys. mężczyzn chciało się zbroić. Ale w magazynach znaleziono ledwie kilka tysięcy strzelb. Wówczas padło hasło: „W Bastylii jest broń. Na Bastylię!”. Co natychmiast podchwyciły tłumy. Nikt nie planował odbijania więźniów. W narodzinach późniejszego mitu pomógł komendant więzienia. Zamiast od razu skapitulować, kazał strzelać do nadciągającego pochodu. Starej twierdzy nie dało się obronić i jej załogę wzburzony lud wyrżnął. Potem urządzono wielką paradę ulicami stolicy.
Początkowo to, co się działo w Paryżu, niespecjalnie zainteresowało Ludwika XVI. Na kartach dziennika, który codziennie uzupełniał, pod datą 14 lipca zapisał jedno słowo: „Nic”. Dopiero w nocy zbudził go usłużny dworzanin, by powiadomić, że uzbrojony motłoch przejął władzę w stolicy. „Ale czy to bunt?” – zapytał niepewnie Ludwik XVI. „Nie, Wasza Wysokość, to rewolucja!” – trafnie stwierdził urzędnik. Upadek Bastylii otworzył drogę, która dla Ludwika XVI i jego rodziny wiodła wprost na gilotynę. Francuzi zaś zagustowali w obalaniu swoich przywódców.
Po trzech dniach chwały
Karol X, podobnie jak czterdzieści lat wcześniej Ludwik XVI, zupełnie nie przystawał do swoich czasów. Po powrocie na tron dynastii Burbonów, wbrew zmianom, jakie zaszły we Francji, marzyło mu się takie powiększenie władzy królewskiej, by dzielić ją jedynie z arystokratami oraz Kościołem. Temu ostatniemu, po rewolucyjnych czasach, zapewnił daleko idącą ochronę. Wprowadzając w kodeksie karę śmierci za świętokradztwo. Z kolei potomkom ofiar rewolucji z 1789 r. przyznał prawo do ogromnych odszkodowań. Wzbudził tym tyle kontrowersji, że w 1827 r. wybory przyniosły zdecydowany sukces liberałom.
Monarcha zaczął wówczas ograniczać uprawnienia parlamentu i wprowadzać cenzurę prasy. Wykonawcą jego zamierzeń został ultrakonserwatywny szef rządu książę Jules de Polignac. Wedle krążących wśród paryżan opowieści książę wierzył święcie, iż wykonuje polecenia wydawane mu osobiście przez Matkę Boską. Spekulowano, że mogła mu zalecić obalenie konstytucji. Jednak jej zapisów twardo bronił parlament. Aż król wiosną 1830 r. rozpisał nowe wybory. Wygrali je znów liberałowie, wśród których rej wodził legendarny bohater wojny o niepodległość Stanów Zjednoczonych generał Marie Joseph de La Fayette. W odpowiedzi Karol X czterema naruszającymi konstytucję rozporządzeniami rozpędził parlament, wprowadził cenzurę prewencyjną i nową ordynację wyborczą dającą prawo głosu jedynie właścicielom ziemskim. Czyli najbardziej konserwatywnej grupie społecznej.
Wtedy, popołudniem 26 sierpnia, protest w imieniu dziennikarzy ogłosił redaktor „Le National” Adolf Thiers. Następnego ranka studenci i robotnicy zaczęli wznosić na ulicach Paryża barykady. Szybko dołączyli do nich mieszczanie. Zaskoczone wojsko nie stawiało zbyt zaciętego oporu. Do czego przyczynił się monarcha, powierzając dowodzenie marszałkowi Marmont, którym żołnierze gardzili, ponieważ niegdyś zdradził Napoleona Bonaparte. Padł ratusz i siedziby ministerstw, a dowodzenie formowaną Gwardią Narodową przejął La Fayette. Cała rewolucja nie trwała nawet tygodnia, zyskując nazwę „trzech dni chwały”.
Opuszczony przez wszystkich Karol X uciekł do Anglii, a parlament zamierzał przywrócić republikę. Co mogło przynieść interwencję militarną Rosji i innych państw Świętego Przymierza, bardzo wyczulonych na obalanie koronowanych głów. Zwłaszcza że każda rewolucja zbyt mocno kojarzyła się monarchom ze zgilotynowaniem Ludwika XVI. Wówczas, przed jego egzekucją, La Fayette próbował obalić rewolucyjne rządy jakobinów i samemu przejąć władzę. Tym razem odrzucił propozycję stworzenia dla niego urzędu prezydenta i korzystając z autorytetu, jakim się cieszył, przeforsował pomysł przekształcenia Francji w monarchię konstytucyjną wzorowaną na angielskiej. Zaś królem uczynił przedstawiciela bocznej linii Burbonów – Ludwika Filipa.
Wielkim atutem nowego monarchy był życiorys jego ojca, uchodzącego za wzorcowego rewolucjonistę. W 1789 r. Ludwik Filip senior, jako jeden z nielicznych przedstawicieli stanu szlacheckiego, przyłączył się do Zgromadzenia Narodowego. Potem wraz z La Fayette’em stanął na czele obozu liberałów. Gdy rewolucyjny terror wobec arystokratów się zaostrzał, książę ogłosił, że wcale nie jest szlachetnie urodzony, bo matka spłodziła go z koniuszym. Potwierdziły to stosowne papiery od władz Republiki, zmieniając dane personalne księcia na Philippe’a Égalité (Filipa Wolność). Dzięki czemu mógł startować w wyborach do Konwentu Narodowego, czyli nowego parlamentu. I jako deputowany zagłosował za ścięciem Ludwika XVI.
Od swego wuja żył niecały rok dłużej, bo rewolucje mają to do siebie, że – jak trafnie zauważył Danton – pożerają swoje dzieci. Ludwik Filip senior vel Philippe Égalité skończył na gilotynie, lecz swoją „postępowością” otworzył w przyszłości synowi drogę do tronu.
Niepewnie być królem
Na obrazie Eugene’a Delacroix francuska wolność ma postać urodziwej kobiety. Noszącej frygijską czapeczkę i trójkolorowy sztandar, a mogącej się pochwalić bardzo kształtnym biustem. Obraz, będący alegorią rewolucji, która obaliła Karola X, kupił, zaraz po namalowaniu w 1831 r., jego następca, Ludwik Filip. Król z własnej kieszeni wypłacił 3 tys. franków sympatyzującemu z republikanami artyście. Obiecując umieszczenie dzieła w Muzeum Luksemburskim.
Wisiało tam kilka tygodni, lecz reakcje zwiedzających na widok pięknej „Wolności” prowadzącej paryżan na barykady zaniepokoiły władcę. Obraz zamknięto więc w magazynie, i to aż na następne 25 lat. Ludwik Filip miał swoje powody, by zachować czujność. W końcu został królem jedynie dlatego, że wuja pozbawili tronu paryżanie. Ukrycie obrazu Delacroix niewiele pomogło. Król szybko skłócił się z La Fayette’em, a w Paryżu zapanowała moda na tajne stowarzyszenia.
Republikanie znów knuli, jak obalić monarchię. O mały włos, a pomogłaby im epidemia cholery. Wiosną 1832 r. choroba zabiła ponad 18 tys. paryżan. W stolicy wrzało od plotek. Tym razem ludzie podejrzewali monarchę i jego stronników, że z premedytacją zarażają wrogów. Co miała potwierdzać śmierć, chcącego ograniczyć władzę króla, premiera Casimira Périera. Dwa tygodnie później na cholerę umarł dawny ulubieniec Bonapartego, a zarazem bohater „trzech dni chwały”, gen. Jean Maximilien Lamarque. „Był kochany przez ludzi, ponieważ oferował im nadzieję na przyszłość, uwielbiany przez tłumy, ponieważ służył tak dobrze cesarzowi (Napoleonowi – aut.)” – pisał o nim Wiktor Hugo. Na pogrzeb 5 czerwca 1832 r. ściągnął cały Paryż. Korzystając z obecności mas ludzi, radykalni studenci zaczęli wykrzykiwać antyburbońskie hasła. Przyjmowano je z rosnącą akceptacją.
Gdy kondukt zbliżał się do mostu Austerlitz, nagle od placu (nomen omen) Bastylii przygalopował jeździec w czarnym stroju, dzierżący czerwoną flagę. Król Ludwik Filip, szukając zgody z narodem, wcześniej zgodził się na to, by flaga Francji była znów trójkolorowa, tak jak za czasów I Republiki. Republikanie zaczęli więc w ramach kontestowania decyzji monarchy używać czerwonego sztandaru. Po pojawieniu się jeźdźca nagle w tłumie zaroiło się od czerwonych flag. Dowódca wojskowej eskorty trumny zrozumiał, iż akcja jest zaplanowana, nakazał więc dragonom rozproszyć tłum. Szarża była skuteczna, lecz paryżanie znów zaczęli wznosić barykady.
Jednak Ludwik Filip, w przeciwieństwie do poprzednika, potrafił działać zdecydowanie. Szybko wrócił z Compiegne, gdzie konferował z królem Belgii, i przejął kontrolę nad wojskiem. Z jego rozkazu marszałek Georges Mouton przeprowadził brutalną pacyfikację. W walkach zginęło 800 osób. Poddających się rewolucjonistów żołnierze rozstrzeliwali. Cholera i paryżanie nie dali więc tym razem rady królowi. Musiało upłynąć piętnaście lat, żeby od monarchy zaczęło się odwracać szczęście. Z początkiem 1846 r. francuska gospodarka pogrążyła się w kryzysie. Nałożyło się na to kilka lat bardzo słabych zbiorów z powodu ciężkich zim. Wprawdzie na czele rządu stał dawny republikanin i sprawny polityk Francois Guizot, lecz jego konserwatyzm budził rosnącą niechęć.
„Widmo krąży po Europie – widmo komunizmu. Wszystkie potęgi starej Europy połączyły się dla świętej nagonki przeciw temu widmu, papież i car, Metternich i Guizot” – pisali w ogłoszonym na początku 1848 r. „Manifeście partii komunistycznej” Karol Marks i Fryderyk Engels. Monarchia francuska i jej podpora, premier Guizot, stali się głównymi wrogami dla wszelkiej maści rewolucjonistów. A że kryzys podgrzał nastroje w Paryżu, sprowokowanie buntu nie stanowiło trudnej sprawy. Gdy premier wydał zakaz ulicznych demonstracji, w odpowiedzi 22 lutego ulice Paryża zaczęły blokować kolejne barykady. Dwa dni później rewolucyjny Rząd Tymczasowy ogłosił powstanie II Republiki.
Ludwikowi Filipowi nie pomogło zdymisjonowanie Guizota ani rzucenie do walki wojska. Tym razem żołnierze nie mieli ochoty walczyć z rodakami. Ostatecznie król, zupełnie jak poprzednik, salwował się ucieczką do Anglii. Jego zniknięcie nie okazało się zbawienne dla młodej republiki. Przez kilka miesięcy między poszczególnymi siłami politycznymi trwała walka o władzę. Zwycięsko wyszedł z niej, w dużej mierze za sprawą sławy stryja, Ludwik Napoleon Bonaparte. Nazwisko i spore zdolności do intryg sprawiły, że wyborcy zapewnili mu mandat deputowanego w Zgromadzeniu Narodowym. Gdy zaś uchwalono nową konstytucję, młody Bonaparte bez problemu wygrał wybory prezydenckie. Po czym raz zdobytej władzy już nie zamierzał oddawać. Stracił ją dopiero na skutek klęski w wojnie z Prusami w 1870 r.
Chybotliwe republiki
III Republika przetrwała aż 70 lat, lecz ciągle sprawiała wrażenie, iż znajduje się na krawędzi upadku. W dużej mierze powodem tej sytuacji był jej ustrój polityczny. Króla zastąpił wybierany przez parlament na siedmioletnię kadencję prezydent. To on mianował premiera. Jednak rząd mogli zdymisjonować posłowie, z czego też skwapliwie korzystali. Obalając do 1914 r. aż 52 gabinety.
Nawet twórca III Republiki, rewolucjonista z czasów „trzech dni chwały” Adolphe Thiers padł ofiarą wymyślonego przez siebie systemu. Najpierw został wybrany prezydentem, lecz po skonfliktowaniu się z parlamentem ci sami posłowie zmusili go do dymisji. Podobny los spotkał jego następcę marszałka Patrice’a de Mac-Mahona, któremu marzyła się restauracja monarchii. Czym niespecjalnie ujął obywateli, skoro w kraju wielką popularnością cieszył się jego portret na koniu, opatrzony podpisem „Koń wygląda na inteligentnego”. Po dymisji Mac-Mahona prezydentem został Jules Grevy, którego parlament zmusił do zrzeczenia się urzędu po wielkiej aferze korupcyjnej. Kolejna głowa państwa, Sadi Carnot, zyskał miano „najbardziej nijakiego i mdłego ze wszystkich polityków”. Jego nieudolność tak wszystkim ciążyła, iż w 1889 r. paryżanie wyszli na ulice, domagając się, żeby nadzwyczaj wówczas popularny generał Boulanger wziął władzę siłą. Ale generał uciekł do Belgii i tam zastrzelił się na grobie kochanki. Carnota natomiast zasztyletował włoski anarchista. Nikt się nie zdziwił, gdy następny prezydent Jean Casimir-Perier (wnuk premiera Casimira Periera zmarłego na cholerę), gdy tylko zaczęły się ataki prasy, oznajmił, iż ma rozstrój nerwowy i rzuca urząd. Wściekli posłowie wszystkich stronnictw ogłosili go „skończonym tchórzem”. Wybierając prezydentem dziarskiego Felixa Faurego. Po niemal dwudziestu latach nieustannych dymisji głów państwa wydawało się, że znaleziono polityka zdolnego dłużej sprawować urząd. Nadzieje prysły 17 lutego 1899 r., gdy Faure sprowadził potajemnie do Pałacu Elizejskiego żonę znajomego malarza. Rząd nie zdołał zataić, iż najważniejszy człowiek w kraju zmarł podczas stosunku. Tak oto pod koniec XIX w. okazywało się, że we Francji nie można wywołać kolejnej rewolucji, ponieważ władza sama zbyt szybko się obala. III Republikę zniszczyli dopiero Niemcy w 1940 r.
Utworzona po II wojnie światowej IV Republika przetrwała zaledwie 12 lat. Jej problemem, podobnie jak poprzedniej, była słabość władzy wykonawczej, na co nałożył się kryzys algierski. Wojsku nie udawało się stłumić buntu tubylczej ludności i prezydent Rene Coty myślał o stopniowym wycofaniu się z tego kraju. Co francuscy koloniści i generałowie uznali za zdradę. Gdy w Paryżu trwał kryzys rządowy, w Algierii europejskie elity i wojskowi utworzyli Komitet Ocalenia Publicznego. Francja znalazła się na krawędzi wojny domowej. Wówczas obie strony konfliktu, niezależnie od siebie, poprosiły gen. de Gaulle’a, aby wziął odpowiedzialność za ojczyznę, jak podczas wojny. Na co ten skwapliwie przystał, wkrótce wcielając w życie swoją wizję V Republiki.
Nowy ustrój polityczny Francji bardzo przypominał monarchię konstytucyjną, acz głowę państwa wybierał w głosowaniu powszechnym lud na siedmioletnią kadencję. Ale nawet tak wybitny polityk, jakim okazał się Charles de Gaulle, nie potrafił osłabić francuskiej chęci obalenia rządzącego reżymu. Wprawdzie przetrwał w 1968 r. wielką falę buntów młodzieży i nie ugiął się nawet przed strajkami robotników, wspieranych przez komunistyczne związki zawodowe, ale gdy w kwietniu 1969 r. przegrał rozpisane przez siebie referendum w sprawie reformy senatu, pozostała mu tylko dymisja. Abdykacja de Gaulle’a uspokoiła społeczne emocje, a stworzona przez niego V Republika przetrzymała wiele społecznych buntów, wstrząsających nią z zadziwiającą regularnością. Aż do tego lata.
Nim więc rozpoczną się piłkarskie mistrzostwa Europy, konflikt może jeszcze się zaostrzyć. Taka sytuacja w Polsce uznana by została za zapowiedź końca świata. Nad Sekwaną od ponad 200 lat to rytualny model dialogu obywateli z władzą
III Republika przetrwała 70 lat, lecz ciągle sprawiała wrażenie, iż znajduje się na krawędzi upadku. W dużej mierze powodem tej sytuacji był jej ustrój polityczny. Króla zastąpił wybierany przez parlament prezydent. To on mianował premiera. Jednak rząd mogli zdymisjonować posłowie, z czego skwapliwie korzystali. Obalając do 1914 r. aż 52 gabinety.