W Polsce tak już jest, że im mniej zabawnie, tym robi się bardziej wesoło i aluzyjnie. Co zazwyczaj strasznie wkurza rządzących. I trudno się temu dziwić.
Reklama
Ja dyktuję, a pani pisze. A potem się zmienimy” – mówił Robert Górski do Ewy Błachnio podczas gali Telekamery 2016. „Dobra, zmiana” – odpowiedziała Błachnio, a publiczność zachichotała. „Nie mówi się dobra, tylko dobrze” – poprawił ją Górski, ku wzrastającym rozbawieniu widzów. „Czyli co, «dobrze zmiana», chyba «dobra zmiana»?” – dopytywała się Błachnio. „Tak się niby mówi, ale słyszała pani, że tam w środku przecinek teraz jest...” – puentował Górski.
Jeszcze pół roku temu skecz polityczny, w którym używa się aluzji wymagającej od widzów wiedzy i skupienia, nie miał szansy na sukces. A dziś potrafi rozbawić Polaków do łez. Zwłaszcza tych niesympatyzujących z obecną władzą. Nagle aluzje znów są w cenie i wszyscy chwytają je w lot. Niemal jak w czasach stanu wojennego, gdy Jan Pietrzak opowiadał skecz o patrolu ZOMO, który złapał na ulicy człowieka rozrzucającego ulotki. Funkcjonariusze rzucili go na ziemię, gdy nagle jeden z nich zauważył, coś niezwykłego. Kartki były czyste. „Panie, ale tu nic nie jest napisane” – pyta zaskoczony zomowiec opozycjonistę. „A po co?” – ten odpowiada – „Przecież wszystko jest jasne!”. W takim momencie nawet najpotężniejsza władza może poczuć się bezradna, bo jak kogoś ukarać za coś tak trudne do uchwycenia, bez ryzyka własnej kompromitacji.
Śmieszność to rzecz w polityce najniebezpieczniejsza, bo w oczach obywateli oznacza utratę szacunku. Celny żart bywa skuteczniejszy od wielotysięcznej manifestacji. A na pewno dłużej się go pamięta. W rozlicznych demonstracjach KOD można się już pogubić i nikogo z rządzących specjalnie one nie wzruszają, co innego kilka aluzji Macieja Stuhra podczas wręczenia Orłów Polskiej Akademii Filmowej. Wystarczyły ironiczne przejęzyczenia o „gorszym sorcie”, teczkach, spiskach, katastrofie smoleńskiej i oponie, a w mediach zawrzało. Rządowa telewizja w głównym wydaniu „Wiadomości” przygotowała nawet materiał potępiający aktora. No, ale jakoś nikogo nie rozbawił.
Sztuka aluzji ma więc w Polsce znów przed sobą świetlaną przyszłość, podobnie jak kabarety polityczne z niej żyjące. Tyle że po latach nieużywania trzeba ją sobie odświeżyć. Ponieważ, jak zanotował pod koniec lat 70. w dzienniku Jerzy Andrzejewski: „To trud niemały – mówić jasno, nie mówiąc wszystkiego”.
Rusofob Mickiewicz
Kiedy widzowi bardzo zależy, wówczas aktualne treści znajdzie nawet w dziele napisany sto lat wcześniej z zupełnie innej okazji. Boleśnie przekonał się o tym Władysław Gomułka, który padł ofiarą Adama Mickiewicza. Wprawdzie winą obarczono reżysera Kazimierza Dejmka, choć ten nie palił się do wystawienia „Dziadów” w Teatrze Narodowym. „To wielki dramat na święto i nieszczęście. Co z nim robić na co dzień?” – skarżył się jeszcze przed premierą Dejmek, co odnotowała znana krytyk teatralna Marta Fik w książce „Marcowa kultura”.
Ale w Teatrze Narodowym muszą być wystawiane dzieła wieszcza. Traf chciał, że próby do „Dziadów” zaczęły się w połowie 1967 r., gdy na Bliskim Wschodzie wybuchła wojna arabsko-izraelska. Wedle powtarzanego wówczas dowcipu „polscy Żydzi popisowo sprali sowieckich Arabów”, co zwykli obywatele PRL przyjęli z nieukrywanym entuzjazmem. Przy okazji bardzo nasiliły się też nastroje antyrosyjskie. Gdy Dejmek ogłosił, że premiera sztuki odbędzie się w 50. rocznicę Rewolucji Październikowej, reżyser Bohdan Korzeniewski ostrzegał go, iż wiele osób na szczytach władzy może to odebrać jako aluzję, a nawet prowokację polityczną. „Eee, panu wszystko zalatuje prowokacją polityczną” – nie zgodził się Dejmek.
Inne zdanie miał urząd cenzorski i premierę przesunięto na 25 listopada 1967 r. Pomimo to publiczność i tak wiedziała swoje. Gdy w scenie VIII rosyjski oficer mówił do dekabrysty Bestużewa: „Nie dziw, że nas tu przeklinają,/ wszak to już mija wiek,/ Jak z Moskwy w Polskę nasyłają/ samych łajdaków stek”, widzowie szaleli z zachwytu. Poza siedzącym w loży Zenonem Kliszko. Najbardziej zaufany człowiek Gomułki entuzjazm publiczności uznał za aluzję „adresowaną bezpośrednio do niego” – zanotował w dzienniku Mieczysław F. Rakowski. Pognał więc ze skargą do I sekretarza KC PZPR. Dodając jeszcze, iż po tym jak w scenie finałowej grający Konrada Gustaw Holoubek pojawił się z kajdanami na rękach, publiczność wymusiła jedenastokrotne podniesienie kurtyny.
Wkrótce cenzura zaczęła zabraniać publikowania w prasie informacji o spektaklu, a z KC przyszło do Dejmka polecenie, iż ma zdjąć Konradowi kajdany. Reżyser posłusznie uwolnił Mickiewiczowskiego bohatera, lecz pech nadal go prześladował. Do Teatru Narodowego zawitała grupa radzieckich krytyków wracająca z Festiwalu Sztuk Rosyjskich i Radzieckich w Katowicach. „Dziady” bardzo im się spodobały, lecz w Warszawie zaczęła krążyć plotka, że byli rozwścieczeni antyrosyjskością Mickiewicza. Pogłoskę potwierdziła, wcześniej już podjęta decyzja, wymuszona przez Kliszkę, by spektakl wystawiano tylko raz w tygodniu. Co gorsza do stolicy Polski 6 grudnia przybył z od dawna zapowiadaną wizytą minister spraw zagranicznych ZSSR Andriej Gromyko. Przyjazd wysłannika imperatora Leonida Breżniewa w połączeniu z owocem zakazanym okazał się świetną kampanią reklamową „Dziadów”. Raz w tygodniu tłumy waliły do Teatru Narodowego. Szczęśliwcy, którzy dostali się na widownię, z wielką uwagą wychwytywali każde słowo mogące być uznane za antyrosyjską aluzję i nagradzali je burzą braw. Aktorzy zaś szybko weszli w konwencję tej zabawy.
„Takie demonstracje stawiają pod znakiem zapytania 1/3 terytorium naszego kraju, czyli Ziemie Zachodnie” – grzmiał na posiedzeniu Biura Politycznego Zenon Kliszko. Do raportu w KC wezwano 21 grudnia Kazimierza Dejmka. „Pod adresem przedstawienia skierowano zarzuty o jego antyrosyjskość i antyradzieckość oraz o religianctwo” – wspominał reżyser. Zgodnie z otrzymanymi wówczas wytycznymi zaczął zmieniać kolejne sceny „Dziadów”, tak aby się z niczym się nie kojarzyły. Niestety ludziom i tak się kojarzyły z rosyjskim imperializmem. „To nóż wbity w plecy przyjaźni polsko-radzieckiej” – oznajmił Władysław Gomułka 31 grudnia 1967 r. na spotkaniu z I sekretarzami Komitetów Wojewódzkich PZPR. Zapowiadając, iż żarty się skończyły i sztuka wkrótce zejdzie z afisza. Co doszło do uszu warszawskich studentów, nagle zachwyconych twórczością wcześniej nudzącego ich wieszcza. Postanowili więc zaprotestować i prawdziwa zabawa miała się dopiero zacząć.
Zależy dla kogo śmieszne
Afera z „Dziadami”, która zapoczątkowała ogólnopolski bunt studentów w marcu 1968 r., wyczuliła komunistyczny reżim na punkcie aluzji. Nie zmieniło tego nawet odsunięcie Gomułki od władzy. W wielu kwestiach dużo bardziej liberalny Edward Gierek, gdy rzecz dotyczyła naigrywania się z partii czy państwowych instytucji, od razu tracił poczucie humoru.
Nie inaczej zachowywali się jego podwładni. „Cenzura wykreśliła z noweli Bajona «Szedłem z Wojskiem Polskim od Lenino do Berlina i potrafię odróżnić wystrzał od pierdnięcia», nie dlatego, że słowo «pierdnięcie» jest nieprzyzwoite, ale dlatego, że cenzura uznała, że jest to słowo obraźliwe dla Wojska Polskiego” – skarżył się w 1973 r. podczas zjazdu Związku Literatów Polskich jego prezes Jarosław Iwaszkiewicz. Co ciekawe podobne spostrzeżenia miewał nawet minister kultury, a zarazem wicepremier Józef Tejchma. „W ogóle istnieje duża rozpiętość między naszym postępem materialnym a brakiem «postępu wolności»” – zanotował w dzienniku pod datą 9 maja 1974 r. „Np. sekretarz KW (Komitetu Warszawskiego PZPR – aut.) czyta wszystkie teksty kabaretów i osobiście odrzuca te, które – jak twierdzi – są skierowane przeciwko władzy” – narzekał minister. Co nie znaczyło, że zamierzał w tej sprawie interweniować. Zwłaszcza gdy państwowe media tak usilnie próbowały przekazać obywatelom, jak wielkie sukcesy osiąga PRL na niwie ekonomicznej. Kreując wizję „dziesiątej gospodarczej potęgi świata”.
Ale propagandowy wysiłek co chwila psuli domorośli dowcipnisie. Tacy jak poeta Jonasz Kofta, który sporządził wzorcowy komunikat, zdatny do wielokrotnego użytku w każdym środku masowego przekazu. „Podpiszemy rezolucję/ Zarządzimy rewolucję/ Wytyczymy szereg zadań/ Rozszerzymy zakres badań/ Zakreślimy perspektywy/ Ustalimy normatywy/ Odkryjemy złoża rezerw/ Pchniemy w przód pomysły świeże ...”, etc., etc.. Taka wyliczanka trwała jeszcze długo, ku uciesze publiczności bezbłędnie rozpoznającej język propagandy sukcesu.
Przyjaciel Kofty z Kabaretu pod Egidą Jan Pietrzak do tej samej tematyki odnosił się prozą. Oczywiście starając się niczego wprost nie mówić. „Jak to jest? Skoro my przodujemy, to ciągle doganiamy. W telewizorach, lodówkach, samochodach, ruchomych schodach doganiamy, doganiamy. O tym, żeby tamci nas gonili, jakoś nie słychać. A przecież to my przodujemy. Wyjaśniać tego nie będę. Inni czynią to znacznie śmieszniej ode mnie” – pytał widzów.
O co mu chodzi, zrozumiała wówczas nie tylko publiczność, ale i cenzor. Po interwencji Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk (GUKPPiW) skecz zdjęto. Podobnie jak rysunek Andrzeja Czeczota mający się ukazać w „Polityce”. Przedstawiał on człowieka w kaftanie bezpieczeństwa siedzącego w ciasnym pokoju. Nad jego głową widać dymek z napisem: „Jeśli się tak nad wszystkim zastanowić – to fajnie jest!”.
Jednak pomimo czujności cenzorów problem narastał. „Pilną sprawą jest zajęcie się tekstami upowszechnianymi za pośrednictwem form kabaretowych” – ogłosił 21 grudnia 1976 r. sekretarz KC PZPR Jerzy Łukaszewicz, odpowiedzialny za nadzór nad polityką kulturalną. Przestrzegając towarzyszy z Komitetu Centralnego, iż w skeczach kabaretowych „jest dużo wyszydzania obecnego życia w Polsce, wiele uszczypliwości i wydrwiwania władz oraz naigrywania się z zasad obywatelskich, moralnych i ideowych”. Wkrótce uczulono pracowników GUKPPiW, iż muszą być jeszcze bardziej czujni. Ich ofiarą padł m.in. rysunek Lecha Biernackiego zdjęty w lutym 1977 r. z łam czasopisma „Kierunki”. Widać na nim dwa konie stojące w zaprzęgu. Jeden z nich mówi: „Czasami mam nieprzepartą ochotę się pośmiać, ale gospodarz zawsze wtedy myśli, że to z niego”.
Gry z władzą
„Cenzura złamała i obrzydziła moje życie, cenzura uniemożliwiła mi wykonywanie zawodu publicysty politycznego, do którego czułem się powołany, cenzura zafałszowała, spaczyła i popsuła 90 proc. tego, co wydrukowałem” – skarżył się w 1977 r. na łamach podziemnego czasopisma „Zapis” Stefan Kisielewski. Tymczasem wystarczy sięgnąć po stare numery „Tygodnika Powszechnego”, by się przekonać, jak dobrze radził sobie z nadzorem cenzorskim jeden z najpopularniejszych w kraju felietonistów. Zręcznie łącząc wiedzę ze sprytem i erudycją. Uważny czytelnik mógł w tekstach Kisiela wychwycić prawdziwe perełki, gdy np. autor w 1976 r., odnosząc się do ustroju PRL, podsumowywał go słowami: „Odrzucam natomiast zasadę: Wszystkie zwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze”. Co jest cytatem sławnego zdania z zakazanej w krajach komunistycznych książki George’a Orwella „Folwark zwierzęcy”.
Jako że Kisiel regularnie wyprowadzał w pole cenzorów, w końcu zaczęto w GUKPPiW tworzyć specjalne analizy językoznawcze, mające ułatwić pracownikom wychwytywać aluzje używane przez felietonistę. „W języku Kisiela «brat» lub «kotek» oznacza cenzurę. «Konkurencja» oznacza (...) «Kulturę» paryską, w której ukazują się skonfiskowane przez nas jego felietony” – ostrzegano w jednej z analiz. Podobną grę na spostrzegawczość władza prowadziła także z innymi autorami, którzy nie wiedzieć czemu uparcie starali się ująć w słowach otaczającą ich rzeczywistość. Tak aby móc się podzielić spostrzeżeniami i przemyśleniami z odbiorcą. Bardzo pomocne w osiągnięciu tego celu okazywały się skojarzenia wynikające z nawiązań do przeszłości. Najlepiej bardzo odległej. Pisarz Janusz Głowacki w eseju „Abiit non Obiit” tak przedstawiał czytelnikom starożytnego władcę Pergamonu: „Attalos II bardzo liczył się ze swoim zdaniem. W związku z tym co parę miesięcy udzielał sobie szerokich wyjaśnień, tłumaczył sobie pewne posunięcia własnej polityki informując się o przebiegu wojen. Zadawał sobie pytania, udzielał na nie odpowiedzi. Niekiedy zapędzał się w pytaniach za daleko, ale wtedy po prostu nie odpowiadał. W ten sposób i wilk despotyzmu był syty, i owca demokracji cała. Na zakończenie zresztą Attalos z reguły przyznawał sobie słuszność”.
A ponieważ Głowacki swoją przypowiastkę historyczną pisał już po buncie robotników w Ursusie i Radomiu, nie omieszkał dodać, iż: „Poza tym, jak wspomniałem, ogólny układ sił nie był dla władcy Pergamonu korzystny. Skarb skończył się, (...) niewolnicy podnosili głowy. Wprawdzie Attalos potrafił zabezpieczyć sobie odpowiedni aparat i niewolnikom zaraz te głowy spuszczono, ale i kupcy narzekali na opanowanie rynku przez sąsiednie, zaprzyjaźnione państwo rzymskie, z którego wpływami Attalos walczyć nie chciał i nie mógł”. Wyrobiony czytelnik łatwo zgadywał, o jakie to zaprzyjaźnione mocarstwo chodziło.
Inny rodzaj metafory zastosował reżyser Krzysztof Zanussi. Zamiast zamierzchłej przeszłości w filmie „Barwy ochronne” przedstawił środowisko akademickie, w którym obowiązywały bardzo uniwersalne reguły. Gdyby naukowców zastąpić nagle działaczami partyjnymi w scenariuszu nie musiano było wprowadzać zbyt drastycznych zmian. Na szczycie hierarchii znajduje się rektor – łajdak i karierowicz, któremu nadskakują inni pracownicy naukowi, zależni od szefa. Prześcigając się w usługiwaniu i wazelinowaniu. Ale jest wśród nich też szara eminencja – docent grany przez Zbigniewa Zapasiewicza. „Reżyser przedstawia postać Docenta, wytrawnego gracza i manipulatora, tego, który stworzył karierę Rektora, a teraz zmienił metody. On wcale nie zaniechał czynienia zła, Docent złagodził i wysublimował, usprawnił swoje środki działania, bo tak jest wygodnie” – zapisał cenzor kolaudujący film. Jedyną pozytywną postacią jest młody magister, dopiero rozpoczynający karierę naukową. Jednak Docent stopniowo uczy go oportunizmu, kłamstwa, lizusostwa, krok po kroku udowadniając, że tylko taką drogą ma szansę osiągnąć sukces.
Przekaz dzieła, będącego jedną wielką aluzją, tak zaniepokoił cenzurę, że chciano zablokować wejście filmu do kin. Zdesperowany Zanussi poprosił o pomoc ministra kultury i wicepremiera Józefa Tejchmę, wiedząc, jak wielką ma on słabość do wybitnych twórców. Nie zawiódł się i „Barwy ochronne” trafiły na ekrany, choć cenzura zadbała, by w prasie ograniczyć liczbę recenzji. Zwłaszcza tych pozytywnych. Znajdując się w sytuacji analogicznej do przedstawione w karykaturze piórka Szymona Kobylińskiego z połowy lat 70. Widać na niej dwóch mężczyzn, przy czym jednemu spodnie opadły właśnie na wysokość kostek. Wyraźnie zmartwiony tym zwraca się z pytaniem do drugiego: „Nie wiem, czy podnieść, może wystarczy przemilczeć?”.
Świat do opisania
Przemilczanie i cenzura okazywały się jednak bezradne wobec aluzji, jeśli musiały się zmierzyć z inteligentnym twórcą oraz czekającym na jego dzieła bystrym odbiorcą. Wówczas pomimo wysiłków władz nić komunikacji między obiema stronami powstawała błyskawicznie. Czasami wystarczył jeden szkic lub kilka słów. Z tych urywków dawało się potem zbudować bardzo pełny obraz świata. Na jednym z rysunków Andrzeja Mleczki widać plac budowy piramidy. W tle robotnicy, poganiani batem, ciągną głaz. Pomimo iż praca wre, niezadowolony kierownik budowy wskazuje strażnikowi z pejczem podwładnych, mówiąc: „Martwi mnie ich brak entuzjazmu”.
Gdy kończyła się epoka gierkowska podobny brak entuzjazmu okazywało większość mieszkańców PRL. Dla rządzących takie społeczeństwo było nieustannym kłopotem, ponieważ na co dzień zachowywało się zupełnie inaczej, niż tego chciały władze. Zamiast doceniać osiągnięcia kraju, coraz częściej pojawiały się narzekania z powodu braku towarów w sklepach, mieszkań, samochodów, wolności. „Oczywiście cieszę się bardzo, że borsuki przed terminem oddały cztery nory, ale marchewki jak nie ma, tak nie ma!” – mówi, bezradnie rozkładając łapki, króliczek z rysunku Andrzej Krauzego. W odpowiedzi mógł usłyszeć to, co trzy kozły z karykatury Lecha Biernackiego stojące przez trybuną, na której przemawiał czwarty. „Zapamiętajcie to sobie: ofiarność i jeszcze raz ofiarność”.
Można było oczywiście odmówić współpracy z reżimem, ale należało przy tym liczyć z konsekwencjami. Zwłaszcza jeśli stawiało się zbyt czynny opór. „Albo taki kawałek «O północy się zjawili, jacyś dwaj cywili». A przecież już od dawna nie przychodzą cywile, tylko mundurowi, i to nad ranem, a nie o północy. Po prostu zmienił się regulamin” – nucił w Kabarecie pod Egidą Jan Pietrzak, mrugając znacząco do widowni. A ta doskonale rozumiała o przedstawicieli jakich służb chodzi.
Wspominanie wprost o policji politycznej, zwłaszcza w kontekście tego, iż mogłaby aresztować, inwigilować lub represjonować zwykłych obywateli, nie wchodziło w grę. Jednak przy odrobinie wysiłku wszystko da się przekazać wyrobionemu odbiorcy. W serialu Stanisława Barei „Alternatywy 4” w jednej z pierwszych scen odbywa się posiedzenie Rady Narodowej, poświęcone nadaniu nazwy ulicy na nowo powstałym osiedlu. Przewodniczący rzuca pomysł ulicy im. Porucznika Kazubka. Wszyscy zagłosowaliby za, gdyby ktoś nie zapytał, kim był ów narodowy bohater? Jak się okazuje, przewodniczący tego nie wiedział, ale sekretarka podpowiedziała, iż „odznaczył się przy budowaniu zrębów”, a pracował na Koszykowej. „W bibliotece” – zapytał jeden z radnych. „Nie przenieśli go potem na Rakowiecką” – podpowiedział inny. I wszystko było jasne, bo na pierwszej z ulic znajdował się gmach stalinowskiego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Po zlikwidowaniu resortu i UB utworzono w to miejsce Służbę Bezpieczeństwa, której siedzibę zlokalizowano przy Rakowieckiej. Nie mając ochoty mieć za patrona ubeka, a bojąc się ulicy nadać imię Piłsudskiego, radni wybrali bezpieczne „Alternatywy”.
W tym samym serialu opozycyjnemu profesorowi Dąb-Rozwadowskiemu podsłuch w mieszkaniu zainstalowali ludzie z organizacji stylizowanej na faszyzujące stowarzyszenie „Grunwald”. Co w latach 80. okazało się do przełknięcia dla cenzury. A przecież każdy bardziej domyślny widz wiedział, że tak naprawdę to nie „grunwaldowcy” inwigilowali działaczy Komitetu Obrony Robotników. Podobnie jak wystarczył rzut oka na rysunek Andrzej Krauze. Na nim klęczał przy pręgierzu pokrwawiony nieszczęśnik, biczowany chwilę wcześniej przez kata. Po dobrze wykonanej robocie oprawca odwrócił się do przyglądającego się egzekucji króla i jego świty, by oświadczyć z niesmakiem: „Niby inteligent, a krzyczy...”.
Tak twórcy postrzegali rządzących. Ciekawiło ich też, jak sami są postrzegani przez przedstawicieli władzy. „Choć od świtu dymią/ Ministerstwa i huty/ Budzi się koło pierwszej/ Ekstremista zapluty./ Kaprawe oczka przetrze/ I wierny swej dewizie/ Ciach ! – przetnie nić tradycji/ lub fundament podgryzie./ (....) Później – władz i urzędów/ Podważa autorytet/ Bryzga jadem na ORMO/ Plwa na Radiokomitet ...” – udzielał odpowiedzi na powyższą kwestię w wierszu „Łomot” satyryk Ryszard M. Groński. Zaś akta Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk potwierdzają, że nie wiele minął się z prawdą. Władza ludowa bała się twórców mających skłonność do aluzji. Nie potrafiła bowiem znaleźć skutecznej recepty na poradzenie sobie ze zbyt zabawnymi metaforami. Co nigdy nie jest proste, kiedy się cierpi na deficyt poczucia humoru. „Tak mniej więcej wygląda/ Nasz dzień w ujęciu typów/ Co mówią Zbudujemy Socjalizm bez dowcipów./ Ilekroć myślę o nich/ Drżę, iż dojdzie do wsypy:/ Z tego i budowania/ Pozostaną dowcipy” – prorokował Groński.