Byłam nominowana przez redakcję TVP Kultura. Nagrody nie dostałam, bo złożyłam papiery w konkursie na prezesa i członków zarządu TVP SA – mówi Agnieszka Odorowicz, szefowa Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej
Magdalena i Maksymilian Rigamonti / Dziennik Gazeta Prawna
Reklama
Bronisław Komorowski przegrał wybory, to i pani prezesem TVP nie będzie.

Reklama
A jaki to ma związek?
Przed drugą turą wyborów publicznie wstawił się za panią.
Nie za mną, tylko powiedział, że decyzja o wykluczeniu wszystkich kandydatów kojarzonych z pracą na rzecz kultury jest dla pana prezydenta niezrozumiała.
W pani obronie stanęła Agnieszka Holland, oficjalnie popierająca Komorowskiego, i inni ludzie występujący pod wspólnym szyldem Obywatele Kultury.
I to była ich inicjatywa. Byłam na festiwalu w Cannes na polskiej gali, kiedy się dowiedziałam, że zostałam wykluczona z konkursu. Tam też dowiedziałam się, że Obywatele Kultury protestują przeciwko takiemu stanowi rzeczy.
Liczyli, że jak pani zostanie prezesem TVP, to hojnie im to wynagrodzi.
Tak cynicznie zaczniemy tę naszą rozmowę?
To nie cynizm, to pragmatyzm. Telewizja to przecież wielkie pieniądze.
Wielkie: średnio miliard pięćset milionów rocznie. Dla porównania cały roczny budżet narodowej kinematografii, w tym wsparcie dla szkół filmowych, edukacja i upowszechnianie, promocja zagraniczna, cyfryzacja kin lokalnych – to 150 mln rocznie. Wie pani, ludzie kultury – zresztą nie tylko oni, bo i naukowcy, a także inne środowiska rozumiejące znaczenie mediów publicznych – miały nadzieję, że TVP będzie zarządzał ktoś spoza układu wspieranego przez partie polityczne, że przyszedł czas na reformę telewizji. Od lat się tego domagali. Co więcej: wspólnie z twórcami, dziennikarzami, organizacjami pozarządowymi przygotowaliśmy i przedstawiliśmy w Sejmie obywatelski projekt ustawy o radiofonii i telewizji. Bezskutecznie. Teraz dopiero pojawiły się głosy, że jest historyczna szansa na zmianę.
I dlatego nie dostała się pani do kolejnego etapu konkursu na prezesa TVP. Pewniakiem się pani czuła.
Nie, nie czułam się. Ale przeanalizowałam różne modele funkcjonowania mediów w Europie, przeczytałam analizy rynku mediów i zaproponowałam konkretny program reformy TVP – do czasu przeprowadzenia nowej ustawy takie, jak są możliwe przy tej strukturze finansowania i modelu ustawowym. I takie, które będą możliwe tylko po wprowadzeniu nowego modelu finansowania. Szkoda, że nie dostałam nawet szansy na prezentację i rozmowę. Liczyłam się z tym, że nie zostanę wybrana, zwłaszcza po tym, jak okazało się, że w TVP mają być po raz kolejny trzyosobowe zarządy. A ja byłam zdecydowaną zwolenniczką jednoosobowych.
I będzie pani sama decydować o tych wielkich pieniądzach?
Jednoosobowe zarządy wymagają wzięcia jednoosobowej odpowiedzialności. W trzyosobowym zarządzie zawsze można powiedzieć: chciałam, ale mnie przegłosowano.
Byłaby pani królową i rządziła całą telewizją.
Nie. Tylko niektórym ludziom zależy na piastowaniu i rządzeniu. Kobiety bardziej interesuje sprawa, co można dobrego zrobić, niż pozycja w hierarchii. Ja całe swoje zawodowe życie ciężko pracowałam i według mnie jest to znamienne, że w obecnym ani w poprzednich zarządach TVP nie było ani jednej kobiety. Wracając do jednoosobowego zarządu. Czy to źle, że w końcu byłoby wiadomo, kto konkretnie byłby odpowiedzialny za to, co się dzieje w TVP? W PISF przez te 10 lat nie unikałam odpowiedzialności i jak było źle, to było na mnie. Spotykałam się czasem i z niechęcią środowiska filmowego i opinii publicznej, ale też prywatnych firm, które płacą na PISF. Tłumaczyłam i przekonywałam, a jeśli się pomyliłam, to starałam się błąd naprawić.
Juliusz Braun mówił, że w zeszłym roku TVP wpłaciła do PISF 13,5 mln zł.
Tak, to zapisane w ustawie 1,5 proc. przychodów z reklam. Co jest i tak wielokrotnie mniej, niż wnoszą do budżetu polskiej kinematografii spółki Zygmunta Solorza-Żaka czy grupy ITI. Niemniej jednak przyznaję, że TVP to nasz naturalny sojusznik – w końcu najważniejsze filmy historyczne są produkowane z myślą o emisji w telewizji publicznej. Szkoda tylko, że TVP woli sama koprodukować rosyjski film „Pod elektrycznymi chmurami” Germana, niż zakupić prawa do emisji świetnego filmu o Solidarności „80 milionów”, nominowanego do Oscara „W ciemności” czy poruszającego filmu o wydarzeniach w Gdyni w 1970 „Czarnego czwartku”. Albo do nagrodzonego w Berlinie Srebrnym Niedźwiedziem współczesnego filmu Małgorzaty Szumowskiej „Body/ciało”. Żałuję, że TVP SA w tych sprawach nie korzystała z wiedzy i doświadczenia PISF.
I to jedyne pani medialne doświadczenie. Przynajmniej tak mówią pani przeciwnicy.
Pani Magdo, jeszcze w czasach studenckich byłam producentką kilkunastu koncertów emitowanych przez TVP 1 i TVP 2. Dostałam za to nagrodę Prezesa TVP. To były koncerty, które są wielokrotnie do dziś powtarzane na różnych antenach TVP, jak choćby ten Marka Grechuty jeszcze z jego udziałem czy koncert „Złote indeksy”. Od 2004 roku pracuję w służbie publicznej. Pod moim kierownictwem, kiedy byłam wiceministrem w MKiDN, została przygotowana i przyjęta „Strategia Państwa Polskiego w dziedzinie mediów audiowizualnych”. W tym czasie byłam odpowiedzialna za współpracę z parlamentem w sprawie ustawy abonamentowej, a potem uczestniczyłam w zespole przygotowującym społeczny projekt ustawy medialnej. Dosyć trudno powiedzieć o mnie, że nie mam żadnego doświadczenia w mediach. A to, że nie byłam nigdy związana z żadnym układem partyjnym delegującym osoby do władz TVP SA, uważam za swój atut. To daje możliwość niezależnego spojrzenia na konieczne zmiany. Zresztą gdyby naprawdę się tym kierowano, że do zarządu telewizji nie można wybierać osób, które nie pracowały na stanowiskach kierowniczych w spółkach Skarbu Państwa – to i obecny prezes Juliusz Braun, i członek zarządu Marian Zalewski nie mogliby zostać wybrani 4 lata temu, bo żaden z nich nie miał odpowiedniego doświadczenia w spółkach Skarbu Państwa.
Niedawno kandydatka na prezesa ZUS też groziła rewolucją, wielkimi zmianami i odpadła. Ważę proporcję, ale pani też zaczęła od straszenia rewolucją.
Rewolucją? Ja szanuję dorobek TVP i potencjał wielu osób, które od lat z oddaniem i sukcesami tam pracują. Mnie mógł się raczej wystraszyć telewizyjny establishment, bezpieczny przy obecnym podziale władzy w telewizji na trzy udzielne księstwa.
Do kolejnego etapu konkursu przeszedł Zbigniew Jasiewicz, który kilka lat temu został obsadzony przez szefa gdańskiej TVP przez Włodzimierza Czarzastego i Aleksandra Kwaśniewskiego. Politycy weszli do gmachu TVP w Gdańsku i oznajmili, że teraz Jasiewicz będzie tu dyrektorem.
Nie znałam tej historii. Upolitycznienie telewizji trwa od bardzo dawna, kolejne ekipy partyjne wybierały swoje partyjne zarządy, tylko kryteria z czasem coraz bardziej się obniżały. I obniżało się niestety też morale w spółce.
Pani ma też poparcie polityczne, tylko teraz już za słabe.
Pani znowu insynuuje. Jakie?
Miała pani wsparcie Jana Dworaka, przewodniczącego Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji.
Według mnie był jednym z najlepszych prezesów telewizji publicznej i kierujących KRRiT. Jako przewodniczący Jan Dworak chciał dużo zmienić w mediach publicznych i po części to mu się udało. Niestety, nie udało się odpartyjnić wyborów rad nadzorczych ani wyeliminować ze spółek swoistego podziału związanego z partiami.
Przyjaźni się pani z Jackiem Bromskim, szefem Stowarzyszenia Filmowców, jego żoną Moniką Smoleń, wiceminister kultury. A pani koleżanka z Krakowa, Magdalena Sroka, chce szefować PISF.
To nie moja koleżanka, tylko wiceprezydent Krakowa. I znamy się zawodowo, a nie prywatnie, więc nie trafiła pani. Ale fakt, teoretycznie to fascynujący układ, prawda?
Z boku tak to może wyglądać.
Ani mój, ani każdej z tych osób dorobek zawodowy nie wskazuje, że działamy na rzecz swoich korzyści, a nie dobrej zmiany w kulturze. Dzięki kompetencjom i pracy pani wiceminister Smoleń ponad 200 instytucji kultury w Polsce zostało zmodernizowanych ze środków UE. Prezes Bromski uczynił ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich liczącą się instytucję, sprawną i wydolną finansowo, która pomaga młodym zadebiutować i chroni seniorów. A wiceprezydent Sroka zbudowała najlepszy filmowy fundusz regionalny w Polsce. Czym więc kierują się ci, którzy rozpowiadają plotki i kalumnie?
Najwyraźniej prezes Juliusz Braun sprzyja takiej wersji wydarzeń, bo z tego, co wiem, to ją rozpowszechnia. W kuluarach mówiło się, że jest pani kandydatką do nagrody Gwarancja Kultury TVP Kultura, ale przez to, że ogłosiła pani swoją kandydaturę, to panowie zawiadujący TV publiczną postanowili nie dopuścić, by została pani nagrodzona.
To było dziwne zdarzenie. Byłam nominowana przez redakcję TVP Kultura w kategorii menedżer kultury. Nagrodę miała wręczać minister kultury lub jej przedstawiciel, którzy otrzymali z TVP SA informację, że zostanę laureatką tej nagrody. Na miejscu okazało się, że dostała ją dyrektor NOSPR – zresztą świetna menedżerka, dzięki której mamy w Katowicach najlepszą salę koncertową w Europie. W kuluarach mówiło się jednak, że na zmianę decyzji o laureatach wpłynął fakt, że złożyłam papiery w konkursie na prezesa i członków zarządu TVP SA.
Może by było prościej, jakby pani powiedziała politykom PO, że chce pani być ich kandydatem na stanowisko prezesa TVP?
Pani znowu z tym swoim pragmatyzmem. Od 2005 r. walczymy o odpolitycznienie mediów publicznych nie po to, byśmy sami występowali w roli partyjnych kandydatów. Kiedy rozpoczęliśmy prace Komitetu Obywatelskiego Mediów Publicznych, to politycy Platformy Obywatelskiej posądzali nas o popieranie Piotra Farfała. Pamięta pani? Był taki prezes TVP związany z Ligą Polskich Rodzin. To była kompletna bzdura. Uważaliśmy wówczas, że zarząd TVP pod wodzą prezesa Farfała tak się skompromitował, że stwarza to szansę na taką zmianę prawną, która uniemożliwi w przyszłości zawłaszczanie TVP. To się niestety nie udało. A z czasem było tylko coraz mniej pozorów. Cztery lata temu już nikt nie protestował, gdy urzędujący wiceminister rolnictwa, członek koalicyjnej partii PSL znalazł się w zarządzie TVP. Ja też nie. Partie delegują do TVP działaczy partyjnych, którzy mają pilnować interesu danej partii w mediach publicznych. To nie jest normalne. Jak opowiadam o tym kolegom w Niemczech czy we Francji, nie wierzą. Przyznają, że i u nich partie mają wpływy w mediach, ale nie może to się wiązać bezpośrednio z przejściem z partii do telewizji publicznej.
Pani jest najbliżej do PO.
Tak, mam poglądy liberalno-lewicowe. Nie chciałabym, aby państwo wtrącało się do tego, kto z kim żyje, hamowało postęp nauki i medycyny ani osłabiało kursu naszej waluty.
Czyli odkościelniłaby pani telewizję?
Gdy pani to napisze, to już na pewno zostanę wrogiem publicznym. Ale serio mówiąc, TVP nie może być zawłaszczana ani partyjnie, ani światopoglądowo, a dziennikarze nie są po to, żeby manifestować swoją ideologię i poglądy polityczne. Są od bezstronnego przedstawienia różnych głosów i racji w debacie publicznej. Są od prowadzenia dialogu, bo bez kulturalnej rozmowy nie ma zaufania społecznego – mądrze dziś nazywanego kapitałem społecznym. Nie są od szczucia i pogłębiania podziałów, bo wtedy zostaje już tylko propaganda i sprzyjanie hejterstwu. Więc wydaje mi się, że gdyby do debaty publicznej rzeczywiście wnieść choć trochę chrześcijańskiego poszanowania rozmówcy, nie byłoby źle.
Kończy się kadencja w PISF...
Wierzę, że mój następca lub następczyni wiele dobrego zrobią w tej instytucji, wnosząc swoją wiedzę, doświadczenie i zaangażowanie. Będę trzymać kciuki, robiąc coś zupełnie innego.
Teraz to firmy produkujące filmy powinny się o panią zabijać. Pani wie, jak zdobywać publiczne pieniądze na filmowe produkcje.
Mam plan „a”, „b” i „c” na przyszłą pracę. I nie jest to produkcja filmowa.
Raczej myślałam o szarej eminencji za grubą forsę.
No nie, niech pani nie żartuje i niech pani nie insynuuje. Byłam przez 10 lat szefową Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej nie po to, żeby teraz być szarą eminencją i załatwiać jakieś interesy prywatnych producentów. To nie fair.
W Polsce jest dużo rzeczy nie fair.
Wiem, ale to ja zatrudniałam większość ludzi w instytucie i nie wyobrażam sobie, że przychodziłabym do nich teraz jako szara eminencja wynajęta przez prywatny biznes.
Z czegoś trzeba żyć.
Złożenie papierów do konkursu na prezesa TVP nie wiązało się z tym, że kończy się moja kadencja PISF i zaczynam szukać pracy. Chciałam zmienić telewizję publiczną, ale najwyraźniej to nie jest jeszcze ten moment. Mnie po prostu jest szkoda straconego czasu, bo reforma i tak musi nastąpić. Filmowcy o swoją ustawę walczyli ponad 10 lat. Ale już dziś za pieniądze, które pochodzą z abonamentu i które telewizja pozyskuje z reklam, można lepiej realizować misję, zaproponować widzom mądrą rozmowę, świetny historyczny serial albo program interwencyjny. Zamiast komercyjnej rozrywki można wspierać wartościowe filmy. Zamiast kupować zagraniczne formaty, lepiej zainwestować w oryginalną polską twórczość i ją wypromować na świecie. Stworzyć przejrzyste zasady zamawiania nowych produkcji, bo zaprawieni w gąszczu niezrozumiałych procedur w spółce prywatni producenci mają opracowane ścieżki, jak dostać zamówienie bezpośrednio od zarządu. Nie udało się Jackowi Wekslerowi, gdy był w TVP, wprowadzić czytelniejszych zasad zamawiania seriali, więc odszedł, a teraz nie został dopuszczony do jawnego etapu konkursu na prezesa TVP.
(Dzwoni telefon. To Jacek Bromski.

Jacku, oddzwonię później, przepraszam)
Gdyby pani była prezesem TVP, to Jacek Bromski też by załatwiał sprawy bezpośrednio u pani.
Twórcy, redaktorzy i dziennikarze tworzą telewizję. Nie ma co antagonizować jednych z drugimi. Przecież nikt inny programu nie zrobi. Ale żeby zachować zdrowe zasady, muszą być czytelne procedury. I filmowcy, i producenci muszą się im poddać. Także Jacek Bromski czy każdy inny uznany reżyser. Jeżeli dyrektor Festiwalu Filmowego w Gdyni dokonuje autorskiego wyboru filmów do konkursu, to dyrektor PISF nie powinien się wtrącać ani forsować swoich kandydatów, a zwłaszcza jeśli przyjaźni się z tym czy innym reżyserem. I tak starałam się postępować.
Ale to pani dała na nie pieniądze.
PISF nigdy nie współfinansował projektu Jacka Bromskiego bez wcześniejszej pozytywnej oceny ekspertów. W PISF nie ma ścieżki przyjacielskiej. Tak, filmy otrzymały finansowanie, a widzowie kupili na nie bilety do kina. Sytuacja w TVP przez rozmycie odpowiedzialności jest zdecydowanie mniej przejrzysta, a skutkuje to nadmiarem produkcji komercyjnych. Widzowie często nie widzą więc różnicy między programami telewizji publicznej i telewizji komercyjnej i nie rozumieją, z jakiego powodu mają płacić abonament. Muszę powiedzieć, że oglądając niektóre programy, doskonale to rozumiem.
Reklamy nie przerywają filmów i programów.
Ale zajmują już 20 proc. czasu emisji i jest to naprawdę trudne do zniesienia. Na szczęście przerywanie programów w mediach publicznych jest zakazane ustawowo, bo nie wiem, czy w pędzie za pieniędzmi nie okazałoby się, że i to można robić. Pamiętajmy jednak, że m.in. za ten zakaz TVP SA otrzymała w ubiegłym roku 444 mln zł z abonamentu.
Pani, rozumiem, chciałaby telewizji ambitnej, z teatrem telewizji, serialami na poziomie „House of Cards”, dokumentami i dyskusjami publicystów, artystów.
Pani z tego kpi, a ja uważam, że tak, to trzeba zrobić. Przecież chcemy, żeby nasze dzieci wychowały się na mądrych mediach publicznych, a nie hejcie w internecie.
Nie kpię, na początku lat 90. dwóch facetów, Jan Dworak i Andrzej Urbański, wymyśliło misję telewizji publicznej, a później doszli do wniosku, że jednak TVP też musi zarabiać.
Telewizja publiczna musi dbać o wypełnianie zadań publicznych. O dobry wizerunek i zaufanie. O jakość. Zarabiać mają prywatne spółki. TVP SA została postawiona w sytuacji, że 70 proc. swojego budżetu – czyli prawie miliard złotych – musi pozyskać z rynku reklam. W ustawie i statucie jest napisane, że celem spółki nie jest zarabianie, ale w rzeczywistości komercja to dziś jedyna szansa na jej przetrwanie. To chore, nie ma w Europie publicznej telewizji o takiej strukturze przychodów. Właściwie od 1992 roku, kiedy ustawa o radiofonii i telewizji weszła w życie, mamy więc do czynienia z państwową telewizją komercyjną. Coraz bardziej komercyjną, przez co dla wielu środowisk słowo „misja” zostało już do końca wyświechtane. Gdyby wszyscy płacili abonament, byłoby inaczej.
Na ambitną telewizję dla elit wszyscy płacić nie będą.
A kto pani powiedział o ambitnej telewizji dla elit? BBC jest i misyjna, i atrakcyjna. W Polsce abonament płacą uczciwi obywatele, którzy mają zarejestrowane odbiorniki. Cała reszta, która nie dopełniła obowiązku rejestracji, nie ponosi żadnej odpowiedzialności. Czyli nie wykonuje prawa. W każdym kraju Europy Zachodniej prawo byłoby przestrzegane albo zmienione.
Pani płaci?
Płacę. Pokażę pani numer abonenta.
Nie trzeba, wierzę.
Ludzie nie chcą płacić na media publiczne, bo nie rozumieją, jaka jest ich rola. Poza tym, jeśli jest tyle reklam, to czym to się różni od TVN czy Polsatu, za które płacić nie muszą?
Kręcimy się w kółko – za misyjny program też nie zapłaci. Chce kabaretów, celebrytów, tańców, rancz.
Pani redaktor, jeszcze w 2005 roku bym pani przyznała rację. Wtedy Polacy chodzili do kina głównie na komedie romantyczne, produkcje lekkie i łatwe. Potem się to zmieniło. Okazało się, że na trudne filmy Smarzowskiego chodzą setki tysięcy ludzi, na dobre filmy gatunkowe nawet miliony, że świetne dramaty psychologiczne mają wielką widownię. Wie pani, dobre nie musi oznaczać nieatrakcyjne. Nie jestem jakąś rewolucjonistką z kosmosu, która wpadłaby do TVP i wycięła wszystko, co popularne. Atrakcyjność jest wymogiem dzisiejszych czasów, ale to nie jest celem samym w sobie.
Pani Agnieszko, na „Idę” ludzie poszli dopiero wtedy, kiedy film dostał Oscara, i to nie tłumnie.
Wcześniej poszli na „W ciemności”, „Jesteś bogiem”, „Czarny czwartek” czy „Bejbi blues”.
Na „Hiszpankę”, film za prawie 20 mln zł – 60 tys. widzów. I pani to współfinansowała.
Tak, było wiele filmów, których widownia w kinie nie była na miarę oczekiwań. Jednak proszę pamiętać, że zwiększenie widowni na polskich filmach przez 10 lat działalności było niewyobrażalne. Z 700 tysięcy w 2005 do ponad 11 milionów w zeszłym roku! To wielki sukces polskiego kina. A wracając do „Hiszpanki”, to była nieoczywista autorska propozycja. Gdyby eksperci PISF oceniali film już po jego wykonaniu, to pewnie ich opinia byłaby inna, ale oceniali na podstawie nagrodzonego scenariusza. Nie czepiajmy się „Hiszpanki”, na ekranie widać każdą wydaną złotówkę, rozmach tego filmu jest niesłychany, ale zawsze ocena należy do widza.
„Pokłosia” nie chciała pani sfinansować, mówiąc, że to film antypolski.
To słowa, które inni wkładali mi w usta. PISF współfinansował film, choć do dziś producent prawidłowo się nie rozliczył. Jak pani wie, jesteśmy w związku z tym w sporze prawnym.
Do kina poszło sporo ludzi.
Tak, około 250 tys. I uważam, że dobrze, że ten film powstał i wywołał społeczną debatę.
Na dokument o Karskim, który informował świat o zagładzie Żydów, też PISF nie chciał dać pieniędzy.
Bo o pieniądze wnioskowała firma będąca własnością producenta „Pokłosia”, z którym jesteśmy w sporze prawnym.
„Ida” też przez wielu ludzi uznana została za antypolski film.
Wiem, ale uważam, że to świetna, w dodatku nagrodzona oscarowa produkcja. Nie zdawałam sobie sprawy, jak ten film dużo robi dla Polski. To dzięki niemu powstaje w Stanach projekt filmu fabularnego o rotmistrzu Pileckim. To dzięki niemu powstanie, mam nadzieję, fabuła o Janie Karskim. Ten dobry czas po Oscarze trwa zwykle bardzo krótko i trzeba to dobrze wykorzystać. Jak wszystko zresztą. Wrócę do telewizji publicznej. Wiem, że niektórzy mówią, że trzeba dać za wygraną i serwować komercyjną papkę. Według niektórych nie ma sensu mówić młodym o wartościach, o autorytetach, bo przecież i tak to mają gdzieś, więc można uznać, że internet ich wszystkiego nauczy. Wreszcie, że nie ma sensu robić dobrych programów, dokumentów, filmów, bo ludzie chcą tylko patrzeć, jak celebryci radzą sobie w kolejnych sportowo-artystycznych konkurencjach. Że można z wszystkiego abdykować, tylko co wtedy? Ja myślę, że w ludziach jest dużo mądrości, aspiracji, potrzeb i nadszedł czas, by w końcu potraktować widzów serio.
Brzmi jak program wyborczy.
Nie startuję w wyborach.
Hm... Podsumowując: telewizja nie musi zarabiać.
Nie powinien to być główny cel istnienia mediów publicznych. Nadszedł czas poważnej debaty, jakich mediów publicznych chcą obywatele, i należy taką debatę odbyć. Dopóki nie będzie dobrego prawa, nikt przy zdrowych zmysłach z dnia na dzień nie zlikwiduje reklam w TVP SA. Ale skoro pozyskujemy wpływy z reklam, stwórzmy choć dobrą propozycję programową.
Serial „M jak miłość” ogląda ponad 6 mln ludzi.
To dobrze, że są w TVP seriale, które zaczęto produkować wiele lat temu, które mają ciągle wierną widownię, ale trzeba szukać także nowych, mądrych i atrakcyjnych propozycji na przyszłość.
Kabarety też sobie świetnie radzą. W komercyjnych stacjach tego nie ma.
Są, i to często są te same, które widziałam dwa dni temu, niestety. Dosyć żenujące to było.
Czyli kabarety w TVP by pani zlikwidowała?
Nie. Marzy mi się powrót do kabaretu, który wnosi również wartości artystyczne, do kabaretu literackiego, na wysokim poziomie, do piosenki literackiej.
Kiedyś się tym pani zajmowała.
W Krakowie w latach 90. organizowałam Studencki Festiwal Piosenki i program kulturalny Klubu pod Jaszczurami. Chciałabym, żeby moje dzieci, których jeszcze nie mam, wychowywały się na rozrywce wysokiej jakości. Na razie jest tak, że wychodzi półnagi facet, beka, puszcza bąki, a widzowie mają się z tego śmiać.
Widzowie się z tego śmieją.
Nie wszyscy. Nie wyobrażam sobie, żeby ktoś w trakcie programu w BBC1 rzucał wulgarnym słownictwem czy gestem w porze największej oglądalności. U nas to niestety się zdarza i towarzyszy temu jedynie rechot, bo ci, którym to przeszkadza, po prostu zmieniają kanał, zamiast protestować. Musimy to wspólnie zmienić.