Dla rządzącej elity nie ma rzeczy bardziej bolesnej niż próba oderwania jej od stanowisk i władzy. Zwłaszcza jeśli usiłuje tego dokonać jakaś banda smarkaczy. Nie oddajmy Polski gówniarzom – oświadczył Adam Michnik podczas gali Konfederacji Lewiatan, co skrzętnie odnotował na Twitterze dziennikarz „Polityki” Wojciech Szacki
To, że tak wielu młodych ludzi zagłosowało na egzaltowanego muzyka Pawła Kukiza, musiała zaszokować także prof. Marka Belkę. W czasie uroczystości przyznania Stypendiów im. Lesława A. Pagi na warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych stwierdził wprawdzie, iż rozumie frustracje młodego pokolenia. „A jeszcze bardziej bym to rozumiał, gdybyście to zrobili przez głosowanie na ustabilizowane lewicowe i prawicowe partie opozycyjne, a nie głosując na komedianta” – dodał prezes NBP (unikając odpowiedzi, kogo konkretnie ma na myśli). Takich warknięć rządzącej elity jest coraz więcej. Wydają je ludzie, którzy przez ostatnie ćwierć wieku kształtowali oblicze Polski. Uznający, iż skoro bezpiecznie przeprowadzili ją od komunistycznej dyktatury do wolnorynkowej demokracji, to władza należy im się jak nie przymierzając psu buda. Muszą ją posiadać w imię stabilności państwa, odpowiedzialności etc. Choć przecież od dawna już nie zrobili niczego, by Polska była krajem lepiej zorganizowanym czy bardziej przyjaznym dla swych obywateli.
Reklama

Reklama
Tymczasem młodzi jakoś nie chcą przyjąć do wiadomości, że muszą obowiązkowo popierać rządzący establishment. „Teraz fakt, że ktoś obalał komunizm, jest tak samo ważny jak uczestnictwo w bitwie pod Grunwaldem. Ułatwię wam. Są ludzie, którzy się urodzili po 1989 r., innej Polski nie kojarzą, PRL to oni widzieli w filmach i serialach Barei” – napisali w „Liście młodych wyborców do PO”, opublikowanym przez „Gazetę Wyborczą”, Łukasz Słowak i Ewa Kochanowska. Głos dwójki trzydziestolatków rozczarowanych Platformą brzmi jednak bardzo łagodnie w porównaniu z tym, co piszą na forach ich rówieśnicy. Jeden z najbardziej cenzuralnych komentarzy do słów Michnika o „gówniarzach” brzmiał: „Jak widać, nie ma boleśniejszej w świecie operacji niż odrywanie ryja od koryta”. Tego, że wejście w dorosłość pierwszego pokolenia wychowanego w III RP musi nieść ze sobą zmiany, stare elity długo nie dopuszczały do świadomości. Kiedy zaś zaczęło to być odczuwalne, jedyną radą, jaką znaleziono była modlitwa prof. Janusza Czapińskiego o to: „by młodzi radykałowie wyemigrowali z Polski”. Ale ci, zamiast wiązać swą przyszłość ze zmywakiem w Londynie, wybrali – jak na złość – pójście do wyborów. No i zaczyna się kłopot, bo wprawdzie młodzi są wkurzeni, lecz starzy wcale nie zamierzają oddawać im władzy. Nawet jeśli czas gra na ich niekorzyść, dysponują sporym zasobem środków, żeby nadal ją utrzymać. Co oznacza, iż cały proces może okazać się bolesny, a na koniec przynieść zmiany, jakich nikt zupełnie się nie spodziewał.
Tłuści weterani
Po siedmiu latach rządzenia obóz sanacyjny praktycznie zawłaszczył dla siebie całe państwo, tworząc rządzącą elitę, którą obywatele ochrzcili mianem Czwartej Brygady. W jej skład wchodzili dawni podwładni Piłsudskiego z czasów Organizacji Bojowej PPS, legioniści, weterani walk o niepodległość, a także ich krewni i znajomi. Z tego grona wyłaniano osoby na stanowiska rządowe, urzędnicze w administracji państwowej i samorządowej. To oni dostawali szlify oficerskie i jako pierwsi tytuły profesorskie. Jednym słowem sprawowali władzę i czerpali z tego profity.
Wielu z nich mogło się pochwalić wspaniałym życiorysem, gdy walczyli o niepodległość ojczyzny. Dwukrotny premier Walery Sławek podczas akcji bojowców PPS przeciw rosyjskiemu okupantowi kilkakrotnie cudem uniknął śmierci. Gdy miał wrzucić bombę do pociągu pocztowego pod Milanówkiem, ładunek eksplodował mu w rękach. Miał potwornie okaleczone obie dłonie, stracił lewe oko i ucho. Do końca życia nosił brodę, by zasłonić paskudne blizny. Prezydent Ignacy Mościcki jako młody chemik przygotował kilka kilogramów nitrogliceryny na bombę, którą zamierzano zgładzić okrutnego rosyjskiego generała-gubernatora Josifa Hurko.
Takie epizody w biografiach rządzącej elity nie stanowiły niczego wyjątkowego. Jednak ćwierć wieku później okazywały się zamierzchłą przeszłością. Zwłaszcza dla młodych ludzi, którzy ledwie co ukończyli 20 lat. Ponadto dawni herosi nie musieli stanowić atrakcyjnego wzorca dla następnego pokolenia. Zwłaszcza gdy je zupełnie lekceważyli. Pierwsze pokolenie II RP wychowywali więc nie piłsudczycy, lecz Roman Dmowski. To on już w 1922 r. zainicjował utworzenie Młodzieży Wszechpolskiej. Koła organizacji powstawały nie tylko w miastach akademickich, ale też na prowincji. Kierowali nimi komisarze podlegli komisarzowi ogólnopolskiemu, wyznaczanemu przez Dmowskiego. Młodzież Wszechpolska docierała do studentów i uczniów, propagując idee swego twórcy. Ten zaś potrafił bardzo celnie określać, jakie bolączki i lęki trapią nowe pokolenie, na samym szczycie umieszczając niemożność awansu społecznego. Najlepsze stanowiska w wojsku i administracji były już od dawana pozajmowane. Co gorsza, tak samo rzecz się miała z dostępem do edukacji. Wszystkie wyższe uczelnie w II RP oferowały miejsca jedynie dla 48 tys. studentów. Tytuł magistra natychmiast otwierał więc możliwość wejścia do elity, zaznania stabilizacji zawodowej i finansowej. Jednocześnie pozostawał poza zasięgiem przytłaczającej większości wchodzącego w dorosłość pokolenia.
Autor „Myśli nowoczesnego Polaka” jako głównych winowajców wskazywał Żydów. To oni stanowili ok. 20 proc. studentów, a po studiach dominowali wśród lekarzy i adwokatów. To, że większość wykształconych Żydów całkowicie się spolonizowała, nie przekonywała Dmowskiego. Jasne określenie, kto jest wrogiem, mocno oddziaływało na wyobraźnię młodych ludzi. Szczególnie od momentu, gdy Polskę, podobnie jak resztę świata, dotknął wielki kryzys. Na początku lat 30. byli skazani na biedę i bezrobocie. Bez nadziei, iż w dającej się przewidzieć przyszłości nastąpią zmiany na lepsze.
To idzie młodość
Narastanie niezadowolenia wśród młodych powinno być rzeczą łatwą do zauważenia, a jednak pierwsze objawy buntu zupełnie zaskoczyły rządzących. Co ciekawe, podnieśli go nie przedstawiciele nizin społecznych, lecz właśnie ci, których można uznać za najbardziej uprzywilejowanych, czyli studenci. Zamieszki, jakie w listopadzie 1931 r. wybuchły na Uniwersytecie Warszawskim, skierowane były przede wszystkim przeciw Żydom. Co nie powinno dziwić, bo organizowali je wychowankowie Dmowskiego. Żądali więc wcielenia w życie postulatu „numerus nullus”, czyli usunięcia wszystkich Semitów z uczelni. Chcieli to nawet zrobić osobiście, używając pałek i kastetów, ale ich żydowscy koledzy stawili zacięty opór. Walczące strony rozdzielała policja, aresztując co bardziej aktywnych uczestników bójek.
Wiceminister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Bronisław Żongołłowicz zareagował bardzo zdecydowanie. „Opór trzeba będzie łamać gwałtownymi środkami, najmniej w ciągu roku trwać będzie walka, aż się opanuje teren, kosztem być może kilkakrotnego zamknięcia uczelni, relegacji 1000–2000 studentów. Walkę tę zawsze trzeba przeprowadzić – im wcześniej, tym lepiej dla Polski” – zapisał w dzienniku. Dostrzegł przy tym, że jego poczynania wcale nie muszą spotkać się ze wsparciem władz uczelni. „Łukasiewicz (prof. Jan Łukasiewicz, rektor UW – red.) krył się, nie był podczas bójek obecny, nie usiłował wpłynąć, nie wezwał policji, bo »nie przyszło mu to na myśl«. Omal nie został sam przez studentów pobity, żona jego uderzyła w twarz policjanta i została przez tegoż popchnięta” – odnotował Żongołłowicz. Na innych uczelniach sprawy przedstawiały się podobnie, a fala antysemickich wystąpień studentów przetoczyła się przez cały kraj. Jako że uniwersytety miały status jednostek eksterytorialnych, policja wstrzymywała się z interwencją, a rektorzy – zdaniem wiceministra – „zachowywali się jak niedołęgi”.
Naruszenie porządku przez młodych ludzi skłoniło władze do podjęcia bardziej zdecydowanych kroków. W ciągu roku przygotowano nową ustawę o szkolnictwie wyższym, poważnie ograniczając samorządność placówek tego typu. Tak, by policja miała możność wkraczania na ich teren wedle własnej woli, a każdego rektora mógł odwołać minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego. Jednocześnie w marcu 1933 r. zdelegalizowano Obóz Wielkiej Polski. Organizację powstałą z inicjatywy Romana Dmowskiego, która skupiła stronnictwa narodowo-prawicowe. Rząd Aleksandra Prystora swą decyzję uzasadnił tym, że OWP: „przez stałe inspirowanie ekscesów i zaburzeń, podsycanie nienawiści partyjnej i rasowej, urządzanie demonstracji i zgromadzeń” podburzał obywateli przeciwko władzom państwowym. Ostatni element działań, mających przywrócić porządek w kraju, stanowiła próba aktywizacji Legionu Młodych powołanego w 1930 r. stowarzyszenia, skupiającego młodzież sympatyzującą z sanacją.
Wszystkie te poczynania przyniosły skutek odwrotny do zamierzonego. Wyeliminowanie z życia publicznego zawodowych polityków OWP otworzyło drogę szybkiego awansu nowemu pokoleniu. Ograniczenie swobody wyższych uczelni sprawiło, iż od antysemityzmu ważniejszą sprawą stawał się opór wobec rządzącej elity. Natomiast próba ściągnięcia do Legionu Młodych nowych członków za pomocą hojnych dotacji oraz różnych preferencji przyciągnęła tam niewiele wartych karierowiczów. Ideowcy wybierali narodową prawicę. „Zasadą jednoczącą musi tu być idea syntezy narodu i państwa. Idea ta zyskuje coraz większą popularność, szczególnie wśród tych ugrupowań ludzi młodych, którzy wyswobodziwszy się naprawdę, a nie tylko formalnie z pod autorytetu starych graczy politycznych, wstępują obecnie w progi samodzielnej akcji społecznej” – twierdził w wydanej w 1934 r. książce pt. „Przyczyny upadku Polski a chwila bieżąca” Mieczysław Piszczkowski.
Lekcja wychowawcza
Niemający jeszcze trzydziestki szef Młodzieży Wszechpolskiej Jan Mosdorf w kwietniu 1934 r. ogłosił powstanie Obozu Narodowo-Radykalnego. Razem ze swym rówieśnikiem Henrykiem Rossmanem i dziesięć lat młodszym Bolesławem Piaseckim przyglądali się z fascynacją poczynaniom Benito Mussoliniego. W odwrotności do starych endeków odrzucali ekonomiczny liberalizm, postulując nacjonalizację niepolskich zakładów przemysłowych i rozparcelowanie wielkich majątków ziemskich między chłopów. Także nie widzieli żadnych zalet demokracji. „Nie kartka wyborcza, lecz kula rewolwerowa” – pisał na łamach „Sztafety” Jan Mosdorf, wskazując, jak należy przejmować władzę. Tylko w kwestii żydowskiej zgadzali się nadal w pełni z tym, co głosił Dmowski.
Radykalizm grupy młodych prawicowców stawał się atrakcyjną ofertą dla bardzo dużej części ich pokolenia. Uderzał w rządzących, jasno wskazywał, kto jest winien beznadziejnej sytuacji młodych, wreszcie oferował proste recepty na rozwiązanie problemów. Przy tym trudno powiedzieć, czy na antysystemowość buntowników z ONR bardziej wpłynęły idee Dmowskiego, czy raczej wysiłki sanacyjnej elity, okazującej na każdym kroku swą butną arogancję. Nawet dobrze żyjący z władzą tygodnik dla inteligencji „Wiadomości Literackie” ostrzegał, że obywatele mogą odnosić wrażenie, iż: „Kilku bogatych pasażerów urządziło sobie wygodne życie w zamkniętych szczelnie wagonach, gdy reszta ludzi tej samej klasy znalazła się w ciasnym korytarzu, mając uczucie, że wszyscy mogliby się zmieścić w przedziałach, gdyby tamci chcieli uronić na ich rzecz coś ze swych wygód”.
W efekcie do ONR lgnęła masowo młodzież aktywna politycznie. Znajdowały się wśród niej nawet dzieci wysoko postawionych dygnitarzy, jak choćby syn wojewody poleskiego, fanatycznego piłsudczyka, Leszek Kostek-Biernacki. Ale rządzące elity nie zamierzały szukać kompromisu, wybierając pokaz siły. Zaraz po tym, jak ukraińscy zamachowcy 15 czerwca 1934 r. zastrzelili ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego, zapadła decyzja o utworzeniu obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej. Poza ukraińskimi nacjonalistami trafili tam kluczowi działacze ONR. Ojciec jednego z nich, wojewoda Wacław Kostek-Biernacki nakazał, by jedyną dostępną lekturę dla osadzonych stanowiły dzieła zebrane Józefa Piłsudskiego. Acz na co dzień starano się wychowywać dwudziestolatków mniej wyszukanymi metodami. „Wszyscy musieliśmy się rozebrać do naga i biec przez korytarz do specjalnej sali, gdzie z podniesionymi rękami czekaliśmy na przebieg rewizji w celach. Rozstawieni na ławach policjanci bili przebiegających gumami, a bili dobrze. Z powrotem ta sama historia” – wspominał jeden z osadzonych, Mieczysław Prószyński. Z czasem wymyślano coraz bardziej wyszukane sposoby dręczenia i upadlania oenerowców. Strażnicy np. pozwalali na załatwianie potrzeb fizjologicznych tylko trzy razy dziennie, zaraz po posiłkach. Pod okiem klawiszy więźniowe przykucali ze spuszczonymi spodniami nad dziurami w podłodze, a ci odliczali do czterech. Kto nie zdążył, musiał czekać kolejne kilka godzin. Co ciekawe, dręczenie fizyczne i psychiczne połączone z lekturą dzieł Marszałka przyniosło zaskakujące efekty. „Przeczytaliśmy teksty konspiracyjne z okresu PPS, pisma o wojnie polsko-bolszewickiej, o teorii dowodzenia, krytykę przerostu demokracji – »sejmokracji« – jak określił Piłsudski, no i broszurę »Bibuła«. Zostaliśmy urzeczeni” – wspominał działacz ONR Włodzimierz Sznarbachowski.
Wybrańcy elity
„Patrząc na wszystkie grupy od prawicy do lewicy, musimy stwierdzić, że poza jedną jedyną grupą konserwatywnej Myśli Mocarstwowej nie ma ugrupowania wśród młodzieży, które by aprobowało istniejący ustrój gospodarczo-społeczny” – oceniał w czerwcu 1934 r. „Ilustrowany Kurier Codzienny”. Tymczasem w Berezie Kartuskiej na instrukcjach Piłsudskiego, jak tworzyć tajne organizacje oraz przeprowadzać skuteczne akcje terrorystyczne, kształcili się młodzi gniewni. Kiedy wyszli na wolność, natychmiast zabrali się za konspiracyjną robotę.
Nowe zamieszki na uczelniach zaczęły się jesienią 1935 r. Studenci spod znaku ONR jak zwykle żądali usunięcia Żydów oraz cofnięcia podwyżek czesnego. Rej wśród nich wodził absolwent prawa Uniwersytetu Warszawskiego (studia ukończył w wieku 20 lat) i jednocześnie weteran z Berezy Kartuskiej Bolesław Piasecki. Wokół niego skupili się najbardziej ideowo zaangażowani i radykalni młodzi, tworząc ONR-Falangę. W maju 1936 r. 20 tys. z nich odmeldowało się w Częstochowie, aby na Jasnej Górze proklamować Katolickie Państwo Narodu Polskiego.
Na rosnącą falę buntu władze zareagowały jak zawsze, czyli używając siły. Bardzo użyteczne okazały się sformowane wówczas przez ministra spraw wewnętrznych Władysława Raczkiewicza Grupy Rezerwy Policyjnej. Specjalne oddziały, wyposażone w długie gumowe pałki, tarcze i hełmy, trenowane do walk ulicznych. Wkrótce zasłynęły one ze swej brutalności, m.in. podczas odbicia z rąk oenerowców budynków Uniwersytetu Warszawskiego, pod koniec listopada 1936 r. Po opanowaniu sytuacji chłopcy z Golędzinowa (tak nazywano ich z racji miejsca stacjonowania) ustawili się w szpaler przez Audytorium Maximum i urządzili 250 pojmanym studentom „ścieżkę zdrowia”. Tłukąc ich do momentu, aż ci tracili przytomność.
Dzięki posiadanemu aparatowi przemocy obóz sanacyjny nie oddał władzy. Jednak stopniowo tracił bojowego ducha. Działo się tak od momentu śmierci Józefa Piłsudskiego. Brak charyzmatycznego przywódcy powodował, iż rządząca elita odnajdywała w sobie coraz mniej sił do walki. Acz nadal żyła w głębokim przekonaniu, że tylko Czwarta Brygada jest w Polsce predystynowana do rządzenia. Jednak zarówno prezydent Ignacy Mościcki, jak i szef sił zbrojnych marszałek Edward Rydz-Śmigły dostrzegli, jak zbuntowana młodzież zyskiwała coraz większą sympatię wśród reszty społeczeństwa. Profesor prawa Eugeniusz Jarry, oglądając Audytorium Maximum po sławetnej „ścieżce zdrowia”, nie ukrywał zdziwienia na widok: „obfitości pozostałego prowiantu, zwłaszcza chleba i kiełbasy, w które zacna Warszawa zaopatrywała swych ulubieńców”. Mieszkańcy stolicy demonstracyjnie wspierali dwudziestolatków z ONR i tych sympatii nie dawało się odwrócić. Ludziom przestało przeszkadzać nawet to, że lubili się oni bawić np. w rzucanie spluwaczkami w przechodzącego przez uniwersytecki dziedziniec bohatera walk legionowych prof. Marcelego Handelsmana. Znakomity historyk od lat nie krył się ze swym uwielbieniem dla Piłsudskiego oraz miał semickie pochodzenie – a to oznaczało, że sam był sobie winien.
Takie incydenty nie zniechęciły Rydza-Śmigłego do pomysłu, aby nawiązać dyskretne kontakty z młodymi radykałami. Wydelegował do tej misji pod koniec 1936 r. płk. Adama Koca. Oficer ten zajmował się wówczas budowaniem struktur odnowionej partii władzy o nazwie Obóz Zjednoczenia Narodowego oraz jej przybudówki dla wchodzących w dorosłość karierowiczów – Związku Młodej Polski. Reedukowany w Berezie Kartuskiej dziełami Piłsudskiego Bolesław Piasecki oraz płk Koc szybko znaleźli wspólny język. Dzięki temu już w maju 1937 r. udało się zorganizować pojawienie się marszałka Rydza-Śmigłego podczas zlotu członków korporacji studenckiej „Arkonia”. Dziwnym trafem należeli do niej czołowi przywódcy ONR.
„Moi panowie – przyszedłem tu nie tylko po to, aby spędzić wśród Was kilka przyjemnych chwil, przypomnieć sobie młode lata, lecz przede wszystkim w tym celu, aby zamanifestować, iż wierzę w duszę młodzieży polskiej” – oświadczył im na powitanie marszałek. Wkrótce rząd premiera Sławoja-Składkowskiego zaczął spełniać kolejne postulaty narodowców. Na początek minister wyznań religijnych i oświecenia publicznego Wojciech Świętosławski we wrześniu 1937 r. udzielił rektorom zgody, by wprowadzili na wyższych uczelniach getto ławkowe dla Żydów. W kolejce zaś czekały następne antysemickie zarządzenia. Widząc pierwsze sukcesy, oenerowcy zaczęli lgnąć do obozu władzy, stając się dla niej użytecznym narzędziem. Pół roku później, kiedy Polska zagroziła Litwie interwencją zbrojną, spanikowani obywatele próbowali zabierać oszczędności z kas PKO. Zapobieżenie runowi na banki przy użyciu oddziałów Rezerwy Policyjnej byłoby politycznym samobójstwem. Jednak gdy kolejki przed bankowymi kasami rozpędzali uzbrojeni w laski bojówkarze ONR-Falanga, rządzący tylko demonstracyjnie rozkładali ręce. No bo co mogli zrobić wobec tak patriotycznie nastawionej młodzieży, chcącej ratować przed krachem system finansowy kraju?
Cała ironia sytuacji polegała na tym, iż w czasach ekonomicznego kryzysu, kiedy ideologia faszystowska podbijała Zachód, rządzące w Polsce elity swym postępowaniem napędzały radykalizowanie się młodzieży. Po czym te same elity, żeby tylko nie oddać władzy, przejęły idee młodych, kompletnie zaprzeczając temu, co same wcześniej głosiły. Wszystko tylko – lub aż – po to, żeby raz zdobytej władzy nigdy nie oddać. ©?